logo
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
188 online
50 086 903

MOJA REWOLUCYJNA KSIĄŻKA

TOP

Dzień | Tydzien | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum
Czy kiedykolwiek bałeś się medycyny germańskiej? Poznaj sekret prawdziwej energii życiowej

DSC01448

Czy kiedykolwiek bałeś się medycyny germańskiej?

Jakbyś drżał, tym bardziej poznaj sekret prawdziwej energii życiowej

No dopsz.

WIECIE, że jestem fanką, yyy … fanatyczką radosnego, czyli zdrowego życia. Ale nie jestem sybarytką, hedonistką, czy kimś w tym kształcie, gdyż jestem po prostu zwierzęciem. Może nie glistą, tylko ssakiem.

JAK każde zwierzę chcę, żeby ludzie byli szczęśliwi, umieli się sobą zaopiekować, nie byli od nikogo uzależnieni, potrafili docenić to co mają i jednocześnie konsekwentnie starali się o to na czym im zależy.

Tu Kupisz moją rewolucyjną książkę z autografem "Leczenie dobrą dietą"

TU KUPISZ moją rewolucyjną książkę z autografem „LECZENIE DOBRĄ DIETĄ”

A do tego potrzeba mocy, wytrwałości, pewności siebie i umiejętności cieszenia się. Szczególnie to ostatnie jest rzadką cechą dorosłych ludzi, chociaż każdy z nich potrafił szczerze i bez smutku z tyłu głowy, po prostu cieszyć się, gdy był jeszcze formą dziecka.

Szukając informacji tendencyjnie wybieraj wiadomości mogące sprawić, aby Twoje wewnętrzne zwierzę poczuło się naprawdę dobrze.

Potrzebujesz więc zdrowego jedzenia, wybiegania, nawodnienia, natlenienia, wypróżnienia, oczyszczającego snu i słońca, oraz jak najczęstszego wyłączania ego

NO i wszystkiego ma być dużo, czyli akurat pod dostatkiem.

GDY zapewniasz sobie te elementy, Twój umysł rozkwita i zaczyna pracować na pełnych obrotach, w związku z czym rośnie Twoja wydajność. Masz lepsze pomysły, lepiej pracujesz, więcej zarabiasz i masz czas nie tylko dla siebie, ale również dla innych. Bo wiesz, jak korzystać z umysłu, nie identyfikując się z nim, czyli z ego.

Czyli żadne tam perpetuum mobile, ale doskonały kocioł w lokomotywie, tym bardziej wydajny im lepsze zassie paliwo

Wyobraźmy sobie, że zastygamy w bezruchu i medytujemy bez końca w charakterze mnicha. Wyobraźmy sobie, że wdychamy pranę ze słońca i nic nie jemy w związku z tym. Wyobraźmy sobie, że długo biegamy, a potem zjadamy tylko 300 kalorii. Wyobraźmy sobie, że pościmy i mamy normalnie egzystować. Wyobraźmy sobie, że chcemy być wolni, a nie mamy pieniędzy.

Ja sobie takich rzeczy po prostu nie wyobrażam.

Gdy jesteśmy odżywieni, syci, pewni swoich przekonań, silni i sprawni możemy być beztroscy jak zwierzęta 

GDY zachorujemy nie stracimy tej mocy z dnia na dzień, będziemy mogli się od niej odbić, skorzystać z niej, będziemy nauczeni stwarzać dla siebie jak najlepsze warunki egzystencji.

Na dany moment potęga intelektu, jest nieprawdopodobna

Jednak DEPRESJA to nie jest tylko choroba umysłu, to jest efekt chorego ciała, które nie było w stanie wesprzeć zagubionej głowy.

Żeby zbudować mocny umysł, najpierw trzeba wzmocnić siły witalne, które siedzą w ciele

WIEM jak wyleczyć chorobę wieńcową w miesiąc, jak cukrzycę wyleczyć w miesiąc, a wszystko na etapie ciała, bez wpływu na czyjeś myślenie. To samo z octem winnym. Wiem jak nim leczyć, ale też wiem w jaki sposób może ciału zaszkodzić.

JEDNAK wszystko dzieje się poza umysłem. 

Dopiero, gdy ciało będzie potrafiło skumulować energię jak bateria, to wtedy Twoja psyche będzie miała skąd czerpać moc 

Mało tego, takie ciało może dzielić się energią z innymi. Budując mocne ciało tworzysz ogniwo, do którego można podłączać własne myśli i inni mogą też tę energię od Ciebie czerpać.

Wielokrotnie dostawałam energię od innych ludzi. Wielokrotnie mówiono mi, że jestem energetyczna, czyli, że można ode mnie łatwo pobrać energię. Mam dużo, czyli w sam raz energii.

Gdy jesteś syty jesteś gotowy do życia 

PREPPERS ma mieć zawszy pełny bak w aucie, żeby być gotowym do akcji obronnej. Człowiek musi być syty w nisko przetworzone węglowodany proste, wówczas będzie zawsze gotowy. Do działania, do sportu, do pracy intelektualnej, do radości w mózgu.

Zupełnie inaczej jest, gdy chcemy wykorzystać właściwości diety w celach leczących 

GDY dojdzie do choroby najgorszą z opcji jest oczywiście zażycie lekarstwa od alopaty, które przytłumi objawy, a niekiedy zablokuje nam zupełnie dotarcie do istoty choroby jak chemioterapia. Ale, żeby nie brać chemii trzeba mieć jaja. Tak jak do tego, żeby nie zaszczepić swojego dziecka.

Zmierzam do tego, że w chorobie musimy postępować inaczej niż zazwyczaj 

WYOBRAŹMY sobie, że mamy ranę na ręce. Jeszcze wczoraj przemywanie rąk wodą po treningu działało jak balsam, a już dzisiaj zwykła woda wylana na ranę sprawia nam ból. Dzisiaj musimy zmienić nasze zwyczaje.

DZISIAJ być może będziemy musieli przestać jeść w ogóle przez pewien czas. Chociaż jestem przeciwna długim postom, bo to po prostu oznacza niedożywienie. Jednak słusznie zauważono, że zwierzęta instynktownie poszczą w kryzysowych sytuacjach. To jest oczywisty mechanizm, bowiem przemiana materii jest kosztowna, zabiera nam energię, a leczenie ciała w chorobie wymaga wielkich pokładów uwolnionej energii.

Podobnie jest z ziołami.

ZIOŁA to poważne lekarstwa. Nie można dowolnie nimi szafować, gdy jesteśmy zdrowi. Zioła to nie jest spiżarnia natury, to jej apteka. Na wszystko jest w naturze odpowiedź. Niestety są tam też wszystkie pytania.

Nie jesteśmy samowystarczalni, w związku z tym potrzebny nam jest ekwiwalent w postaci pieniądza 

Musimy umieć go zarobić, gdyż będzie nam potrzebny do zaspokojenia potrzeb ciała, a następnie umysłu. Tak to działa.

Gdy dopadnie Cię niespodzianie świeżo nabyty syndrom niedowładu rąk przy otwieraniu kopert z potencjalnymi rachunkami, musisz mieć na to jakieś remedium.

Dobrze odżywione ciało sprawi, że w końcu zrozumiemy o co biega na tym świecie.

Zrozumiemy, że chodzi tylko o przekaz energii 

Zajebisty przekaz energii w Kosmos i sąsiadowi. Jan Nowak tego na pewno potrzebuje, nawet jak o tym nie wie, bo myśli, że mu tylko brak hepatilu z telewizora do szczęścia.

Gdy będziesz czuł, że przekazujesz energię i, że ktoś może z niej skorzystać staniesz się o wiele bardziej zadowolony, może nawet szczęśliwy.

I medycyna germańska może się wypchać ze swoimi tragicznymi prognozami 

Żebyśmy tylko chodzili, srali w gatki i oszczędzali psyche w kółko. Jak walnięci w czaszkę metalową płytką, tym razem psycho ortoreksi.

Gdy stracicie kogoś bliskiego, nie zapominajcie na siłę, ale też nie siedźcie wciąż w przeszłości, bo tu i teraz nie ma cierpienia

Dzieci nie starają się na siłę zapomnieć, po prostu bawią się


reklamablogBlog pepsieliot.com, nie jest jedną z tysięcy stron zawierających tylko wygodne dla siebie informacje. Przeciwnie, jest to miejsce, gdzie w oparciu o współczesną wiedzę i badania, oraz przemyślenia autorki rodzą się treści kontrowersyjne. Wręcz niekomfortowe dla tematu przewodniego witryny. Jednak, to nie hype strategia, to potrzeba.

Rzuć też może gałką na to:

Dobre suplementy znajdziesz w naszym Wellness Sklep


Disclaimer:
Info tu wrzucane służy wyłącznie do celów edukacyjnych i informacyjnych, czasami tylko poglądowych, i niekoniecznie wyraża zdanie założycielki bloga, tym bardziej nigdy nie może zastąpić opinii pracownika służby zdrowia. Takie jest prawo i sie tego trzymajmy.


 

(Visited 6 537 times, 1 visits today)

Powiązane artykuły

  1. Niki 11 października 2014 o 20:39

    A właściwie to czego tu się bać? Dlaczego germańska miałaby wciskać ludziom lęk? Serio, nie zauważyłam owych tragicznych prognoz, gdzież one? W niej jest wiele rozwiązań, wskazówek co zagubiony chory człowiek ma zmienić w swoim życiu, w swoim rozumieniu własnej egzystencji, relacji z ludźmi najbliższymi co często rodzi kłopoty zamiast radości i miłości.

    Jakiś czas temu trafiłam na stronę germańskiej, nie czytając wszystkiego tylko najważniejsze rozdziały, które mogły dotyczyć mojego ojca i jego b. trudnych relacji z toksycznym ojcem, skrywanych emocji, żalu po matce zmarłej przedwcześnie, gdy być może najbardziej jej wtedy potrzebował oraz moich ówczesnych trudnych z relacji w dzieciństwie z moim, niezgody na rzeczywistość, nad którą jeszcze wtedy nie umiałam panować –
    wysnułam z tego konkluzję, że trudne sprawy emocjonalne należy szybko rozwiązywać bez zamiatania pod dywan, ukrywania uczuć negatywnych przed ludźmi, z którymi przyszło nam dzielić życie, rozwiązywać je na bieżąco, nie pielęgnować w sobie zła, pielęgnować dobre myśli, dobre wspomnienia i wracać do nich w trudnych chwilach. Istotą jest ich powtarzalność, nastawienie się na częstotliwość poczucia szczęścia. Właśnie jestem na tej częstotliwości (energii) i nie zamienię na żadną inną. A przy tym, odżywiam się zupełnie inaczej niż jeszcze kilka m-cy temu. Zmieniłam te rzeczy wszystkie naraz i to był strzał w dyche, osobno nie działają. Od dzieciństwa powtarzam sobie „jestem dzieckiem szczęścia. Urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą” nie wiem skąd mi się to wzięło było nieuświadomione, z wyczucia, ale to uzależnia, w dobrym tego słowa znaczeniu.
    Zmienić wzorzec myślowy natychmiast, gdy tylko pojawia się w głowie myśl ciężka do zaakceptowania. Ukuć nowy wzorzec i afirmacyjnie sobie go przyswoić. Wzór na szczęście? A jakże! istnieje, szukajcie a znajdziecie. Jest jeden dla wszystkich, ale trzeba sobie podstawić własne, niepowtarzalne dane.
    To nie świat powinien się zmienić, tylko nasze wyobrażenie o nim. I wybaczyć sobie oraz osobie, której wybaczyć trzeba w pierwszej kolejności. Inaczej tego złego nie strawimy, zalegnie nam w najsłabszym naszym narządzie. I to nie będzie choroba od losu czy „bóg tak chciał” czy coś innego równie absurdalnego, a mechanizm przetrwania.
    Przestać się lękać raka, nie wciskać sobie myśli, że i my kiedyś na niego zachorujemy bo „wszyscy chorują”, raka nie wolno się lękać, tylko zawczasu walczyć o siebie, stać się wojownikiem/ wojowniczką o życie. Dobrej jakości życie.

    Ekhmmm ehm… to co opisałam w gruncie rzeczy jest tym samym, co Pepsi opisała w powyższym tekście, a przecież czytałyśmy te same teksty z nowej germańskiej 😉

    1. pepsieliot 11 października 2014 o 22:37

      A ja uważam, że te strachy nie mają żadnego znaczenia i właśnie wolno się bać raka, bo jest straszny i od bania się czy nie bania nie zależy choroba, tylko od zdrowia ciała i dla mnie ten najazd na psychikę jest okropny, żeby ludzie się bali, że się boją, to już jest absurd do kwadratu

      1. Niki 12 października 2014 o 14:27

        Lęk jest toksyczny… i kurtyna. Uzależniająco ciągnie w dół. Promujemy zdrowie czy lęk przed chorobami…? Nic i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Chciałam, ale nie przyjmę tego nastawienia, intuicja podpowiada mi, że jestem na właściwej ścieżce mentalnej. Nie neguję cudzej osobistej racji w tym względzie, moja jest jaka jest, także bądź na przeciwnym biegunie, ja na swoim, a i tak w toku życiowych poglądów gdzieś tam się wielokrotnie stykamy 🙂

        1. pepsieliot 12 października 2014 o 15:02

          Niki ludzie muszą przestać się bać, że się boją. Strach nie może trwać długo i tylko wtedy jest toksyczny, ale strach jest motorem wielu świetnych działań zarówno prozdrowotnych, jak i zdrowo rozsądkowych

          1. Niki 12 października 2014 o 16:28

            Mówimy o strachu czy o lęku? 😉 to duża różnica. Lęk jest toksyczny, strach nie i owszem masz rację, że jest/ bywa motorem. Tyle, że ten strach przed zachorowaniem odbiera ludziom lekkość, swobodę działania i radości życia. To nie tak powinno być. Nie tak, że planuję sobie sobie zdrowy posiłek, a gdzieś z tyłu głowy czai się wkurwiający powtarzający się głos „jem zdrowe rzeczy, żeby nie zachorować, chronią mnie przed rakiem” caly czas jest to negatywizm i automatycznie ciągnie mnie w dół. Nie wiem, może inni mają inaczej, nie wnikam 🙂 w każdym razie na zdrowie! Zdrowy strach w sensie stresik emocjonalny kiedy biorę się za coś nowego, nieznanego mi jeszcze jest okej i fakt – motywuje!
            Okej tylko gdzie, w którym miejscu germańska wdrukowuje ludziom strach przed strachem o zachorowanie na raka, tego nie mogę się doszukać.
            Zrobisz dokładniejszą analizę w tekście o germańskiej, poczytam, zobaczymy.

          2. pepsieliot 12 października 2014 o 19:00

            Po prostu w to nie wierzę. Oczywiście długotrwały stress osłabia organizm i wtedy jesteśmy narażeni bardziej na zachorowanie i trzeba walczyć ze stresem, a lęki i depresja z pewnością są stresujące. Ale wcale nie zauważyłam, żeby ludzie słabi psychicznie częściej chorowali fizycznie. Mocni też chorują, twardziele tak samo, nie bojący się też. Nie widzę germańskiej prawidłowości tylko w stosunku do zająców.

        2. irek 12 października 2014 o 19:04

          Niki dobrze Ci intuicja podpowiada i nie musisz być wojowniczką 🙂 To społeczeństwo nam wpaja, że w życiu musimy się rozpychać łokciami i o wszystko walczyć. Sięgaj po swoje bez leku, strachu i trwogi, dobrobytu starczy dla wszystkich. Walcząc o swoje stajesz się Siewcą Wiatru, a kto sieje wiatr ten zbiera burze.

          1. pepsieliot 12 października 2014 o 19:09

            Wojownicy to również najlepsi opiekunowie

          2. Niki 12 października 2014 o 21:34

            Irek 🙂 ależ ja właśnie lubię być wojowniczką i chcę. Od dziecka tak mam i dla mnie to słowo w dobrym znaczeniu, wojowniczka o dobro (niematerialne) i wszystko co z dobrem związane. Utożsamiam się z tym. Rodzinka obserwuje mnie podejrzliwie, nie ufają mi, bo żyję poza katolickim społeczeństwem, ale kiedyś zrozumieją, że moje działanie i poglądy opierają się na mocnych fundamentach, konstrukcja nie rozsypie się jak domek z kart przy lekkim wietrze. Nie umiem sobie wyobrazić siebie innej.

          3. irek 12 października 2014 o 23:07

            Wojowniczka o dobro, dla mnie te dwa słowa się wykluczają, są na dwóch przeciwległych biegunach.

          4. Niki 13 października 2014 o 10:57

            To nic, Irku. Dla mnie mają sens, osobiste znaczenie. Nie byłabym Niki, sobą, tylko jakąś nobliwą panią Krystyną, łodewer :>

  2. Kinga Piątkowska 11 października 2014 o 20:53

    Co to jest ta medycyna germańska? Btw świetny artykuł!

    1. pepsieliot 11 października 2014 o 22:38

      Kinga 🙂

      1. Kinga Piątkowska 11 października 2014 o 22:56

        Pepsi 🙂

  3. Panna Migotka 12 października 2014 o 10:27

    Pepsi, potwierdzam, świetny artykuł, ale opowiedz tak w skrócie o germańskiej.

    1. pepsieliot 12 października 2014 o 12:19

      Panno Migotko thx, nawet wkrótce napiszę posta 🙂

  4. fanta zja 12 października 2014 o 14:35

    Na dzisiaj uważam, że całkowite pominięcie postu (np. takiego jak post Daniela Ewy Dąbrowskiej – moje odkrycie sprzed roku) nawet w przypadku osoby zdrowej (choć tak naprawdę przecież nikt nie jest zdrowy w 100%, i zawsze może być lepiej) jest pozbawianiem siebie znakomitych mechanizmów rewitalizacji.

  5. klepsydra 12 października 2014 o 18:56

    Germańska jest efektem poszukiwania i łączenia w system bardzo subtelnych czynników sprawczych. Jest prawdziwa i błędna zarazem, to próba i jeden z wielu puzzli. Germańska głównie zajmuje się określaniem wpływu długotrwałych lub bardzo intensywnych emocji powodujących głębokie zadry, traumy. Lęk, złość, zazdrość mogą wygenerować kreatywne działanie, ale jeśli zaczynają być częścią codzienności, zapuszczają korzeń, z którego może wyrosnąć monstrum. To nie jest tylko sztampowa przenośnia. Negowanie uzdrawiającej lub destrukcyjnej roli emocji jest pozbawianiem siebie na życzenie nadrzędnego pierwiastka wiedzy. Można tego nie rozumieć, nie potrafić poskładać w całość, tym bardziej, że stopień skomplikowania jest równy przemianom biochemicznym, ale negowanie faktów jest, nie dość, że głupie, to niebezpieczne. Gdy wystawiasz do walki silnego kontra słabszego, masz parę opcji rozwoju wypadków. Może się nawet zdarzyć, że słabszy zabije sposobem silniejszego. Nie ma najmniejszego paradoksu w tym, że niewidzialne może pogrążyć i zniszczyć coś tak treściwego jak cielsko. Nie musiałam dowiadywać się o tym z drugiej ręki, bo mam własną. Moje doświadczenia: emocja lęku i wstydu wyzwalająca dotkliwy ból brzucha i problemy z oddychaniem. Spektakularny przypływ nadziei i zaufania powodował ustanie codziennego bólu kręgosłupa. Zbyt długo podtrzymywane niskie emocje spowodowały trwały zespół objawowy. Uleczenie tych emocji, usunęło dolegliwość, na którą miałam zarzuconą kotwicę. Wygaszałam bóle głowy przekonaniem, że tak można. Spowodowałam realny ból kostki, gdy postanowiłam wiarygodnie oszukać szefa, że nie mogę pracować, bo doznałam kontuzji. Sabotowanie wpływu zdrowego, odżywczego, energetycznego jedzenia kiepskim stanem samopoczucia. Zawał serca na zawołanie? Dla niektórych błahostka.
    Jedzenie to nie wszystko, emocje to nie wszystko. Czasem jedno stoi wyżej w hierarchii i ma pierwszeństwo dyktowania warunków. Dlaczego? Tego nie wiemy, wciąż próbujemy się dowiedzieć. Gdy człowiek ma szczególny talent do gnębienia ciała na tle psychicznym, podanie mu zdrowego jedzenia, nie musi mu zrobić żadnej przysługi. Jeśli choruje na depresję w wyniku niedożywienia, ma to większy sens.
    Zbyt wiele błędów w interpretacji. Nie ma jednej rady dla wszystkich. Próbowałam, ale bieganie mnie nie kręci. Mogę uznać, że to nie ten czas, nie umiem docenić tej formy sportu, ale to nie zmienia faktu, że nie doświadczam uzdrawiającej mocy biegania. Samo zdrowe jedzenie nie polepszało mojego stanu, dopóki nie poznałam racjonalnych podstaw takiego żywienia. Objadanie się najzdrowszym jedzeniem nie uleczało mojego lęku przed zachorowaniem, dopiero natrafienie na Gersona, napełniło mnie nadzieją, nakierowało na drogę na której przyszłość zajmuje miejsce śmierci i zguby, to spowodowało wyrzut silnych emocji, całkowitą wymianę percepcji, uzdrowienie i otworzenie na nowe możliwości, co pociągnęło za sobą działanie zamiast zastoju.
    Są ludzie, którzy cierpią na psyche tak bardzo, że choćby dać im najrewelacyjniejszy superfood, zarżną jego działanie i będę się sypać dalej, aż całkowicie się rozpadną. Jedzenie to nie wszystko i chociaż ulecza emocje, często to emocje poprzedzają wszelkie przemiany, a za ważną przemianę psychiczno-emocjonalną należy uznać zmianę percepcji i umyślne sięgnięcie po szejka z chlorellą i spiruliną. Robiąc na odwrót, można pozostać z niczym; ale nie trzeba.

    Ps. Germańska nie promuje strachu, wręcz przeciwnie.

    1. pepsieliot 12 października 2014 o 19:07

      Obserwując ludzi mogę powiedzieć, że największą traumę robią sobie codziennie na talerzu. To czym się odżywiasz jest najważniejsze z punktu widzenia chorób cywilizacyjnych.

    2. pepsieliot 12 października 2014 o 19:59

      promuje strach o strach

      1. pepsieliot 12 października 2014 o 20:01

        zresztą dla mnie banie się było tak normalne, że bałam się jak się nie bałam. nienawidzę medycyny germańskiej

        1. Niki 12 października 2014 o 22:02

          Pepsi, przeczytałaś to co pod linkiem się znajduje? Szczególnie chodzi mi o ten zanalizowany przykład choroby kobiety, zależności jakie wystąpiły, kluczem do zrozumienia co to też ów twórca odkrył jest pojęcie biologicznego szoku, konfliktu wewnętrznego, który dr Hamer nazywa syndromem dirka hamera, nazwa wzięła się od jego zmarłego syna, po jego śmierci sam Hamer rozpoznał u siebie rozwój nowotworu. Jak dla mnie bardziej niż przekonywujące.

          http://nowotwor.hekko.pl/?page_id=137

          1. pepsieliot 12 października 2014 o 22:14

            Niki ja omijam to szerokim łukiem i nie czytam. Mam inne zdanie. Już 2 lata temu proszono mnie o rozkminę w temacie, wtedy rzuciłam gałką i stwierdziłam że nie chcę o tym, pisać.

          2. Niki 12 października 2014 o 22:37

            Pannie Migotce wyżej odp. że napiszesz o tym. Bez zapoznania się z treścią co siedzi w germańskiej… nonooo w moim około dziennikarskim świecie to by nie przeszło 😉 zaraz zostałoby wychwycone jako lanie wody, sorry tak to jest, trzeba się nieustannie zmagać z zarzutami czytelników o nierzetelność, pustosłowie, stronniczość i inne takie złe rzeczy… patrzą człowiekowi na ręce i w mózg 😉 kurde no pepsi, to nawet ja czytam coś co uważam za syf, żeby wiedzieć co „wróg” zamierza.

          3. pepsieliot 13 października 2014 o 06:45

            Niki spoko, wyjaśnię dlaczego nie napiszę 🙂

          4. Niki 13 października 2014 o 11:19

            uffff 🙂

      2. dawid 9 lutego 2015 o 04:20

        musisz się z nim zmierzyć, poznać dogłębnie czym on jest, nie promuje strachu – uświadamia w nim

  6. klepsydra 12 października 2014 o 19:24

    Obserwując ludzi, czy wnikając w ich głowy i sieć indywidualnych wpływów i zależności?

    Czy umiesz sobie wyobrazić, co by się z Tobą działo, gdyby jakimś magicznym sposobem odcięto Ci wszystkie wyobrażenia o pomyślnej przyszłości, o tym jakie masz talenty, czego możesz dokonać, czym możesz wspierać i odżywiać swoje ego, a pozostawiono tylko jedzenie?
    Albo wraz z tym jedzeniem wrzucono Cię w bezlitosną rzeczywistość, w której twoje psychiczne-umysłowe-witalne wskaźniki lecą na łeb.
    Proszę o odpowiedź. To tylko ciekawość, mam nadzieję, że nie czujesz się napastowana.

    1. pepsieliot 12 października 2014 o 19:55

      Nie absolutnie nie czuję się napastowana.
      Uważam, że jedzenie ma wpływ na nasze myślenie, na postrzeganie świata. W każdym człowieku tkwi wiele zadr z przeszłości. Czasami nawet wynikających z mylnie interpretowanej, jak zazdrość o niby bardziej kochanego brata, czy siostrę, co wcale nie musiało mieć faktycznie miejsca. Znamy uczucia zawodu, niezrozumienia, wielu z nas zetknęło się z porzuceniem. Każdy zna złe myśli, niesprawiedliwość, która go spotyka. Ale też każdy z nas bywa niesprawiedliwy. Gdyby taka teoria miała sens, absolutnie wszyscy byśmy jej podlegali. Bez wyjątku. Nie chorowałyby tylko dzieci ze słodkich domów.
      Tymczasem.
      Zaczepiła mnie na ulicy pewna kobieta, gdyż stanęłam obok niej i zaczęła nie pytana opisywać mi niesamowite, nieprawdopodobne rzeczy. Że jak je, w pewnym momencie dostaje palpitacji serca, że szczególnie przy smalcu, czy golonce, już nie pamiętam, opisywała desery, torty, które zjada wraz z rodziną. Wyglądała nieforemnie i składała się tylko z jedzenia. Nadjechał jej autobus, ale jeszcze wcześniej zdążyła odpowiedzieć na moje pytanie wielkim zdziwieniem: – Z czym?
      Gdy zapytałam ją, czy coś zamierza z tym zrobić?
      Owszem nasze myśli bywają dla nas trujące, ale i tak głównie jesteśmy skłonni do niemiłych myśli. Już fakt, że nie potrafimy wyłączyć procesu myślenia, że musimy myśleć wciąż i wciąż. Gdyby tak nie było, ludzie nie rzucaliby się na medytacje, na bieganie. Przecież to jest wszystko po to, żeby przestać źle myśleć. To ma być remedium.
      Bo złe myśli nas bolą, czujemy ich skutki od razu. Są dyskomfortem nie do ukrycia, więc myślimy, że są dla nas najgorsze. Niektórzy ludzie mają myśli tak złe, nie do opanowania złe, że stają się depresyjni, wpadają w manie dwubiegunowe, cierpią na całego. A tu okazuje się, że trochę witaminy D i paru pierwiastków są w stanie pomóc. Kuracje doustne.
      Ufam tylko kuracjom doustnym, czyli szamie i zmęczeniu fizycznemu odbierającemu złe myśli. Oraz oddechom i nawadnianiu. Można mieć paskudne myśli i lęki, gdy się jest odwodnionym.
      Wierzę w potęgę jedzenia i odżywiania, a dopiero później modyfikowania myśli na mniej bolesne.
      Nie da się ludziom odebrać Klepsydro tego czym są. Gdybym straciła osobowość musiałabym przyjąć jakąś inną.

      1. Niki 12 października 2014 o 22:28

        Ahaa no to u mnie zadziałało inaczej, gdyż najpierw musiałam zmienić dawny, stary zakorzeniony już w dzieciństwie wzorzec osoby nieśmiałej (nieśmiałośc to lęk, a lęk niszczy miłość) niepewnej swego celu w życiu, bez pasji, odrzuconej, pozbawionej wartości, słabej, nieradzącej sobie w trudnych sytuacjach na inny wzorzec myślowy.

        Myśli i uczucia już mnie nie bolą, nawet gdy ktoś bliski mi emocjonalnie (z rodzinki, bo ta zawsze ma na człowieka wpływ, te relacje potrafią sprawiać ból) perfidnie usiłuje mnie wkręcić w poczucie winy itd. nie ma takiej opcji, nie ma takiej siły. Zbyt ciężko pracowałam przy zmianie wzorca, by teraz ktoś to zniszczył, mnie zniszczył.
        Musiałam po prostu zbudować swoją osobliwość na nowo, od podstaw, stworzyć fundament dla nowej „ja”, nowego życia, by mogły zadziałać też inne aspekty typu odżywianie ciała, dotlenianie, nasłonecznianie, radość życia. Bez zmiany wzorca samo zdrowe jedzonko nie chciało zadziałać. Jestem wyjątkiem? 😉

      2. HesiaMela 13 października 2014 o 00:14

        Pepsi, a czy o tym oddychaniu, o którym tu wielokrotnie wspominasz, mogłabyś coś więcej? Chyba, że już gdzieś pisałaś, ale w tagach nie znalazłam?

        1. pepsieliot 13 października 2014 o 06:46

          Hesiu w sumie to nie pisałam, dobry pomysł napisać co i jak

  7. irek 12 października 2014 o 20:15

    Jedzenie nie jest celem samym w sobie tylko jednym z atrybutów towarzyszącym nam na drodze do szczęśliwego i zdrowego życia. Wiadomo że czym bardziej energetyczny (nie chodzi o kalorie ) pokarm wprowadzimy do organizmu tym na wyższych wibracjach funkcjonujemy. Mówię o surowej organicznej roślinnej żywności. Lecz spożywając posiłek będąc w negatywnym stanie emocjonalnym robimy sobie krzywdę. Prawda ta jest znana od setek lat szczególnie na wschodzie.
    Widzę, że dyskusja ciekawie się nakręciła, Klepsydro dobry post, mam nadzieję, że Twój login nie ma nic wspólnego z przemijającym czasem 🙂

    1. pepsieliot 12 października 2014 o 21:57

      Jedzenie nie jest celem samym w sobie? żyłam tak długo w błędzie

      1. irek 12 października 2014 o 22:38

        Pepsi czytaj ze zrozumieniem, czego nie rozumiesz ? Wyraźnie napisałem, że jest wiele atrybutów składających się na zdrowe i szczęśliwe życie, jednym z nich jest zdrowe jedzenie. Ale jako jeden z wielu składających się na całość. Inne to np. sport, rozwój duchowy, miłość, poszerzanie sfery dobrobytu itp. Po prostu wszystko to co nam daje zdrowie i radość, samo zdrowe odżywianie, nie wystarczy.

        1. pepsieliot 13 października 2014 o 06:46

          Irku czytam niekiedy bez zrozumienia, wyluzuj

        2. Beatka 13 października 2014 o 09:53

          Przepraszam ,żę się wtrącę , co to ” poszerzanie strefy dobrobytu”? Nie bardzo kojarzę jak to ma wpływ na zdrowe życie , radosne życie?

          1. pepsieliot 13 października 2014 o 10:59

            Beatko na przykład gdy chcesz wyposażyć swój dom w litą podłogę z drewna olejowaną nietoksycznym olejem jadalnym, albo gdy chcesz się żywić tylko bananami organik. Czy mam jeszcze wyliczać?

          2. Beatka 13 października 2014 o 11:45

            Dużo dobrej woli w tym rozumieniu 🙂 Nie zapominajmy tylko ,żeby w tym poszerzaniu się nie zapomnieć. Niektórzy generalnie w życiu zajmują się tylko poszerzaniem strefy dobrobytu, zapominając niestety o celu ,a może czyniąc to -poszerzanie – celem życia… niestety. A wracając ,w górę, do polemiki Pepsi / Niki, myślę ,że indywidualną jest kwestia ,czy zmianę na lepsze zacząć od psyche , czy od żarcia, Jak komu lepiej. Ale pewne jest ,że jedno bez drugiego nie ma racji bytu. A jeżeli chodzi o kwestię czy dobrze jest bać się bać ,to w moim przypadku to niestety boję się swoich lęków i odganiam je jak mogę , a łatwiej mi jest jak jem zdrowo, biegam, i zdrowa jestem. Pozdro.

  8. Kamila 13 października 2014 o 08:43

    Nie podoba mi się ten fragment, że trzeba mieć jaja żeby nie szczepić swoich dzieci… Trzeba mieć coś z głową żeby tego nie robić, te nieszczepione dzieci nie chorują bo jadą na plecach i odporności dzieci szczepionych. Jednak gdy będzie przybywać dzieci nieszczepionych odrodzi się pula wirusów wywołująca choroby z którymi dzięki szczepionkom już sobie poradziliśmy. Dlatego jakiekolwiek propagowanie nieszczepienia uważam za ciężkie przewinienie przeciwko zdrowiu dzieci, które mają nawiedzonych rodziców. Polio, krztusiec, odra zabijają na całym świecie dziesiątki tysięcy maluchów w krajach trzeciego świata.
    Ludzie myślcie trochę! Zwłaszcza gdy eksperymentujecie ze zdrowiem i życiem swoich dzieci.

    1. pepsieliot 13 października 2014 o 10:56

      Kamilo być może nie wiesz wszystkiego, ale nie polemizuję. To potwornie trudna decyzja i długo trzeba poszukiwać odpowiedzi, żeby wyważyć te szalki. Pozdrawiam Cię

      1. JO 13 października 2014 o 12:12

        Niestety Pepsi masz rację. Trzeba mieć dużo odwagi aby nie szczepić dzieci. Wiele powikłań po szczepieniach nie warto spychać na margines pod hasłem „nas to nie dotyczy, nam się to nie stanie”.
        Wczoraj wybuchła dyskusja na ten temat w Mieście kobiet. Oczywiście lekarze nie mogą mówić szczepcie jak chcecie, wg uznania, zawsze nas będą namawiać do szczepień bo z takiej szkoły wyszli. Po prostu. Ale nie lekceważmy wiedzy o skutkach ubocznych.
        Pepsi – najtrudniejsze jest tutaj faktycznie podjąć decyzję. Bo jaką decyzję nie podejmiemy, zostanie pytanie, czy aby słuszną.
        Pepsi dobrze że jesteś!!!

    2. Niki 13 października 2014 o 11:17

      mhm… Kamila, bo przecież szczepione dzieci/ dorośli nie chorują, c’nie? Nie każdy się zainfekuje. Są dzieci, które mogą przebywać wśród kichających i nic. Szczepieni (przy okazji toksykowani) czy nieszczepieni mogą przechodzić infekcję tak samo. Mimo szczepienia wirusy krążą w powietrzu i to wyłącznie od poziomu odporności organizmu każdego z osobna zależy, czy wirus wniknie i jak bardzo uczyni spustoszenie… które to jeszcze poprawią zaordynowane antybiotyki – nie na wirusa, bo na to nie działają, są przepisywane na ewentualne powiązane z nim bakteryjne infekcje, zmiatając w pył też dobre bakterie, co skutkuje wyjałowieniem mikroflory, czyli osłabiając odporność… i koło się zamyka. Toteż nie można obwiniać kogoś, że nas zaraził…
      Ale to już wiesz. Czy nie?

    3. Niki 14 października 2014 o 10:03

      (mój koment zagubił się w otchłani internetów, wisi jak widmo, no to jeszcze raz…)

      mhm… Kamila, bo przecież szczepione dzieci/ dorośli nie chorują, c’nie? Nie każdy się zainfekuje. Są dzieci, które mogą przebywać wśród kichających i nic. Szczepieni (przy okazji toksykowani) czy nieszczepieni mogą przechodzić infekcję tak samo. Mimo szczepienia wirusy krążą w powietrzu i to wyłącznie od poziomu odporności organizmu każdego z osobna zależy, czy wirus wniknie i jak bardzo uczyni spustoszenie… które to jeszcze poprawią zaordynowane antybiotyki – nie na wirusa, bo na to nie działają, są przepisywane na ewentualne powiązane z nim bakteryjne infekcje, zmiatając w pył też dobre bakterie, co skutkuje wyjałowieniem mikroflory, czyli osłabiając odporność… i koło się zamyka. Toteż nie można obwiniać kogoś, że nas zaraził…

    4. dawid 9 lutego 2015 o 04:30

      Trzeba być meganieodpowiedzialnym rodzicem-ignorantem, żeby ładować chemie w dziecko, problemem sa niedobory witamnowo-mineralne, a nie niedobór szczepionek w organizmie, nawet jeśli dziecko zachoruje, podaje mu się dawki lecznicze witamin, ale żeby to pojąć trzeba dużo czytać, a nie zamykać się na wiedzę jak cała Polska i nie dopuszczać żadnych informacji – robić dokładnie tak jak motłoch… Tylko dzieci szcepione chorują np.na białaczkę, Jak niedaj Bóg dziecko umrze przez szczepionke, lekarze i farmacje umywają ręce – beknie tylko rodzic, takie to sprytne.

  9. irek 13 października 2014 o 10:45

    Melduję posłusznie, że przed chwilą wypiłem koktajl bananowo-szpinakowy i jestem wyluzowany 🙂

    1. pepsieliot 13 października 2014 o 11:00

      Irku lovciam Ciee

      1. irek 13 października 2014 o 12:43

        Jak miło się zrobiło…, naenergetyzowałaś mnie na cały dzień.

  10. irek 13 października 2014 o 13:38

    Dla mnie sama nazwa Medycyna Germańska brzmi, patetycznie, ideologicznie i rasistowsko. Nie odkryli nic nowego, od dawna wiadomo, że stres, emocje, negatywne projekcje umysłu wpływają na nasze zdrowie. Opierają się mocno na mechanizmach świata przyrody, ale obecnie współczesny człowiek mocno oddalił się od tego świata. Dlatego różnego rodzaju metody przywrócenia równowagi typu medytacja, tai chi, techniki wyjścia poza umysł itp. przywracają zagubioną harmonię i na nowo przybliżają nas do natury. Zwierzęta żyją w czasie teraźniejszym, nie mają ciągłych filmów w głowie i nie pływają w przeszłości i przyszłości tak jak ludzie. Nikt nie powiedział trzmielowi, że jego aerodynamiczna budowa z punktu widzenia fizyki nie pozwala mu latać. On po prostu lata, wiewiórki nie martwią się czy uzbierają zapasy żołędzi na zimę, po prostu zbierają, robią to od setek lat. Czy gołąb martwi się za co zapłaci czynsz za gniazdo (żart :)) Po prostu lata to tu to tam i nie myśli co zje za tydzień jest w chwili obecnej. Oczywiście zwierzęta przeżywają stres krótkotrwały z poziomu instynktu – drapieżniki itp, ale momentalnie go rozładowują. Większość ludzi tak nie potrafi. Choć mają dużo, zawsze im mało, chcą więcej i więcej, więcej wszystkiego. Choć są zdrowi, myślą o chorobach, choć są kochani, wymuszają więcej miłości, mają plazmę, ale przydałaby się większa, sąsiad ma bardziej zieloną trawę itp. Umysł potrafi zamieszać, zróbmy pstryk i wyłączmy go przynajmniej na moment, wtedy nie będzie już potrzebna medycyna germańska. Jak nie da rady zrobić pstryk, to przynajmniej zwolnijmy i zaobserwujmy pewne rzeczy z dystansu. Ale, żeby tak zrobić to trzeba się przynajmniej zatrzymać, zwolnić a nawet cofnąć na moment, choćby na kilka uderzeń serca.

    1. Niki 13 października 2014 o 18:47

      To nowe odkrycie w germańskiej to pojęcie konfliktu wewnętrznego, biologicznego szoku. Toteż nie u każdej osoby ten mechanizm rozwoju choroby zadziała, ponieważ nie ma dwóch takich samych osób/ osobliwych organizmów psycho-fizycznych.

      Pepsinko, widzę kilka moich wiszących jak widmo, oczekujących na moderację w tym temacie, z ok. 11.00

  11. klepsydra 13 października 2014 o 23:01

    Mam wrażenie, a raczej pewność, że zaszło tutaj nieporozumienie. Jedzenie to nie atrapa; ma niezaprzeczalny i obiektywny wpływ na zdrowie. Emocje to nie atrapa; to też niezaprzeczalne, tylko niektórzy jeszcze nie rozumieją.
    W tym wszystkim „emocje” miały posłużyć za wytrych, a wyszedł wytrysk. Emocje to źródło, podłoże i sens ludzkiego życia. Nie ma życia i podejścia do życia bez emocji, nie ma przekonań bez emocji, nie ma uczucia bez emocji, nie ma impulsu do działania bez emocji, nie ma zdrowia i uzdrawiania bez emocji (tak, nawet negatywnych), nawet racjonalizm i logika podszyte są emocjami. Sranie tez budzi emocje, a nawet uczucie wewnątrz. Za to psychopaci nie przystają nawet do klocka.
    Jedzenie zrewitalizowało i uzdrowiło twoje ciało, wyostrzyło zmysły, rozjaśniło umysł, uspokoiło, zapewniło i usunęło toksyczne, blokujące poczucie zagrożenia; nastąpił przełom. Sądzisz, że tylko jedzenie daje życiodajną siłę? Tylko jedzenie ulecza? Albo najpierw jedzenie, potem ewentualnie reszta? Nie dopuszczasz do siebie myśli, że kolejność może być odwrócona? Na niekorzyść przemawia rzeczywistość. Oczywiście, jest małe ‚ale’.
    Ja myślę, że coś tam już wiesz, ale jeszcze to sobie układasz w głowie. Jedzenie to twój Number One; napawasz się jedzeniem i jego zasługami, nic dziwnego, że tak mocno przy nim obstajesz. Dla mnie jesteś doskonałą kreatorką, z chwilą gdy uwolniłaś chore ciało, odżyło w Tobie coś, co negujesz, a co można nazwać tak, że nie będzie Cię obrzydzało i brzmiało jak mdła baśń.
    Jesteś twórcą, tworzysz i dobrze Ci to wychodzi. Co więcej, do obiektywnej mocy jedzenia dodałaś własną MOC. Twoje ‚pożywienie’ jest lepsze od pożywienia innych ludzi, bo jest przez Ciebie namaszczone i wzbogacone, i jakkolwiek będziesz się tego wypierać, nie warto; to doskonale świadczy o twoich możliwościach grania na bardziej subtelnych strunach, których wciąż się wyrzekasz.
    Jako materialistka – nie myśl, że to źle, jesteś zajebistą materialistką, czyli zajebiście obracasz materią – nie dostrzegasz drugiego dna, o łączeniu nitek nie wspomniawszy. Jeśli kiedyś wydarzy się coś, co otworzy Ci oczy na tę drugą stronę, na pewno z takim intelektem zajdziesz daleko w teorii i praktyce.
    Różnimy się, dlatego nigdy nie będzie jednego rozwiązania dla wszystkich. U Ciebie punkt zwrotny rozpoczął się od jedzenia, innym udało się dobić do tego samego pułapu posługując narzędziem abstrakcyjnym. Nie raz słyszałaś, że jest wiele dróg dochodzenia do sukcesu, nic z tego że droga okazała się dłuższa i bardziej wyboista – sprawdziła się.
    Czy bez owoców i warzyw da się czuć tak jak Ty? Da się. Czy można mieć świetne wyniki i zdrowe ciało, bez względu na genetykę? Można (pomijając drastyczne przypadki) I tu jest to małe ‚ale’ – Czy wszyscy i jak długo?
    Nie wszyscy i nie warto tego roztrząsać. Czy długo? O ile sukces można zamknąć w rozdziale, zdrowia nie; to coś, co trzeba wiecznie osiągać lub podtrzymywać. Dlatego nie warto łamać pewnych praw, bo prędzej czy później, nawet wieczny optymista oberwie za swoją ignorancję; chore i pogwałcone ciało przypomni o sobie i zrzuci z piedestału żywioł i budulec jakim były siły mentalne/duchowe. Nie ma panaceum. Panaceum to równowaga. O ile ma się predyspozycje, można z ‚abstrakcji’ uczynić pigułkę, ale pigułka podtrzymuje do czasu. Nie można wypierać się ani ciała, ani siebie samego, ale to nie znaczy, że przez długi czas nie można manipulować jednym z tych narzędzi, aby wypełnić lukę po drugim. O to chodziło komentatorom; o równe traktowanie ; ) Szala i tak się przechyli, u jednych szybciej, u innych później. I pomijam tutaj cudaków w postaci 100 paru letniej Kanadyjki, która wpisała się do księgi wyczynów niesamowitych, a do tego jara szlugi i żre mięcho. Na to też jest wytłumaczenie, bynajmniej nie same geny.
    Trudność w takiej polemice polega na tym, że super jedzenie jest łatwiej pozyskać niż super siły psychiczne, a do tego żarcie widać, a jego wpływ łatwo uchwycić w laboratorium, w przeciwieństwie do wpływów niewidzialnych, które za to można bardzo dosadnie na sobie odczuć.
    Gdyby jakimś sposobem ktoś wyrwał z Ciebie atrybuty psychiczne (wciąż omijam to paskudztwo o nazwie duchowe) łącznie z wyobraźnią, zostawił jedynie surowiznę, nie utrzymałabyś sił witalnych na tym poziomie, bo nie składasz się tylko z jedzenia, a jedzenie nie jest fabryką dóbr wewnętrznych, chociaż może je wywoływać. Oczywiście nie będziesz miała okazji się przekonać, bo nie dałabyś się okraść Gigantko.

    I upieram się, że intencją Germańskiej nie jest straszenie, a danie zrozumienia. Interpretacja to indywidualna sprawa, ale jeśli przeoczyłam, proszę o dowód, a zwrócę honor.

    1. pepsieliot 14 października 2014 o 06:44

      Mnie Klepsydro jakby co, to nie uleczyło jedzenie, bo ja tak jem prawie od zawsze, ale bieganie 🙂

      1. klepsydra 14 października 2014 o 17:46

        Pośrednio czy tylko bezpośrednio?

  12. klepsydra 13 października 2014 o 23:45

    Przemądrzałe ezoteryzmy, przepraszam… Chciałam napisać, że zazdroszczę Ci, że masz takie zajebiste organik żarcie i wiem, że robi Ci ono tak dobrze, że niejeden facet się chowa ^^

    Urządź prywatę… Weź nas na prywatę, lofciajmy się!

  13. Merry 30 maja 2016 o 08:29

    U mnie właśnie czytanie o Germańskiej Nowej Medycynie, nie wywołało strachu, tylko chęć przemyślenia, wiem, jaki stres mógł u mnie spowodować chorobę (SM), ale na razie i tak nie znalazłam sposobu, aby pozbyć się tego czynnika wywołującego ogromny stres każdego dnia. To mnie nawet w pewnym sensie uspokoiło, rodzina nalega, żebym zaczęła brać leki, ja się jednak wstrzymam, a jak się ugnę, pod ich namowami, to przynajmniej będę mieć święty spokój ze strony rodziny, a gdybym umarła to ze strony Świata, czyli w sumie, każde rozwiązanie pozytywne 😉 A tak z innej beczki, u lekarzy nie uzyskałam odpowiedzi, więc może tutaj ktoś, kto się zna, będzie mógł mi poradzić, a mianowicie, jestem weganką od 2 lat, ale wcześniej nie odżywiałam się zdrowo (no może w połowie, ale jak wiemy to nic nie daje, jak się w połowie je cukier, białą mąkę, chemię itd.), teraz też nie jem idealnie, ale nie chodzi już o chemię, tylko o ilość, bo po prostu nie czuję głodu jak i pragnienia, więc bardzo mało jem i piję, chciałabym zrobić badanie krwi, pod kątem Hashimoto, ale nie wiem jakie parametry zbadać, pod kątem B12, ale wiem, że jest jakaś forma B12, którą powinno się zbadać (pół roku temu robiłam B12 i wynik był jak najbardziej w porządku), formę żelaza i nie wiem co jeszcze, poziom witaminy D, C? Co warto jeszcze by było zbadać, także jeżeli chodzi o SM ? Jeżeli ktoś wie, z góry dziękuję za odpowiedź 🙂

    1. pepsieliot 30 maja 2016 o 13:03

      Normalną B12, kwas foliowy, do tego homocysteinę, żelazo i ferrytynę, TSH, oraz wszystkie hormony tarczycowe i przeciwciała, 25(OH)D,mocz, lipidy, kwas moczowy, morfologię, CRP, cukier i insulinę na czczo, i przeprowadzić domowe testy na kalibrację witaminą C, na zakwaszenie żołądka, płyn Lugola przez skórę, oraz kupić moją książkę Leczenie dobrą dietą

    2. dawid 30 maja 2016 o 15:45

      Jako „studiujący” GNM potwierdzam autentyczność SBS-u ust i gardła, a precyzując podniebienia.
      http://learninggnm.com/SBS/documents/mouth_and_pharynx.html
      Od 2 tygodni napalałem się na egzamin praktyczny na prawko, a w kluczowym momencie nie zdążyłem na niego. Mimo próśb i tłumaczenia, że jechałem na niego rowerem 6 godzin i zgubiłem się na jakiejś wsi z rozładowanym telefonem, nie pomogło to, aby mnie z systemu ponownie dopuścić w tym samym dniu. Wiadomo, kaska. To był dla mnie „kęs nie do złapania”. Pogodziłem się z tym natychmiast, bo ja takie pierdoły nie przeżywam długo i powiedziałem sobie „a to nic zwiedzę sobie miasto przynajmniej, lubię jeździć takie długie trasy a pogoda jest piękna”. Kupiłem sobie jakieś słodycze i to co lubię, by ugasić emocje, a za godzinę dostałem zapalenia podniebienia (?). Boli 2 dzień podczas jedzenia i przełykania, ale już mniej niż wczoraj. Ale faza zdrowienia pojawiła się natychmiast po rozwiązaniu konfliktu. Oczekiwałem egzaminu od 2 tygodni (w tym czasie zbierała się masa konfliktowa). Jak przeczytałem opis na tej stronie co mi jest i dlaczego, to pasowało precyzyjnie. To jest taki pierwszy „przypadek”, że moja sytuacja idealnie pasuje do „teorii” GNM, bo do tej pory bazowałem na teorii bez praktyki. GNM jest trudna i nieprawdopodobna, ale działa i na nic zdają się wszelkie krytyki oponentów, bo wiem, że działa i nic już tego nie zmieni.
      Co do B12, to kiedyś nie wiedziałem, a byłem weganem długo, że wystarczy zmierzyć homocysteinę – aminokwas, do którego „dobrej formy” potrzeba witamin B6, B9 i B12. Jeśli któregoś składnika brakuje, to homocysteina wzrasta. Jeśli homo jest w normie, wówczas B12 jest w normie i to wystarczy. Takie badanie to koszt 30 PLN, a badanie samej B12 80, co kto woli.
      Co do wit. D to nie wiem, ale wiem, że badanie drogie i najlepiej zrobić obie odmiany tego badania, ale wystarcza mi świadomość, że teraz jest słońce, a ja długo się na niego wystawiam, więc nie będę tego robił na razie, bo czuję się świetnie.
      Co do SM, to moja babcia to miała, Umarła w październiku zeszłego roku przez błąd lekarski (spadająca gorączka w domu zimnymi okładami i straszenie przez lekarza, że w każdej chwili pikawa może „siąść” – szok 1., szok 2. – samotność w szpitalu po godzinie 21:00), wcześniejszy szok powodujący gorączkę to fakt, że babcia nienawidziła nigdy wypadów poza dom w ziąb – miała niegojące się rany podczas okresu zimowego. A karetka zabrała ją do szpitala do doktora właśnie w zimę (konflikt utraty rewiru). Gdybym wiedział wtedy o paście CBD, to może bym odwrócił jej losy, a tak po terapiach lekarskich rany były coraz gorsze i było ich coraz więcej, bardzo trudno goiły się. Piszę o ranach wyłącznie na nogach – jako spadek wartości wskutek niemożności chodzenia przez SM, a także, kto wie, szok po śmierci jej córki, a mojej matki, przez samobójstwo w garażu. Zebrało się babci i zgon.
      Gdyby można było, jak sugeruje GNM, pozostać w szpitalu z chorym nawet przez całą noc, to kto wie, jakby potoczyło się to dalej, ale nie można – godzina 21:00 i wypieprzasz, rano czekając na telefon ze zgonem. Supermedycyna.
      Ale wracając do tematu SM babci – to podejrzewam, jak to opisuje GNM, że przyczyna tkwi oczywiście w problemie „nie móc nigdzie uciec, udawać martwego”. I tak rzeczywiście było w jej historii – za młodu była gnębiona przez dziadka i chowała się w suszarni na ogrodzie przed nim. Nie mogła podzielić się tym z nikim, chociaż sąsiedzi widzieli i wiedzieli o co chodzi, ale ona się wstydziła (konflikt w izolacji). Szkoda, że ludzie starsi zazwyczaj nie są reformowalni i jakakolwiek próba wyjaśniania tak trudnego i zawiłego tematu jak GNM kończy się porażką. Nie da się nikomu pomóc jeśli ktoś tego nie chce… Dziadek na starość zmądrzał i opiekował się babcią cały czas. Obecnie jest po 2 zawałach wynikłych po utracie rewiru związanego z córką i żoną.
      A zapalnikiem matki do jej samobójstwa był strach o SM, bo czuła jej objawy i wierzyła, że SM jest dziedziczne, więc nie chciała skończyć jak babcia. Ale wg GNM SM nie jest dziedziczne, dziedziczne są tylko zachowania, zatem córka może mieć podobne przekonania do matki, które zapalają podobne konflikty, nie zaś samo SM jako przenoszone drogą płciową…
      Strach nie ma żadnego związku z GNM, a jej celem nie jest absolutnie go wywoływać, To, że ktoś odbiera ją negatywnie to tylko i wyłącznie jego problem.
      SM nie istnieje, a wiara w to nie prowadzi do uleczenia się, Dopiero zrozumienie co jest przyczyną – paraliż – i dlaczego pozwala odkryć większe pole do zrozumienia i większe do działania. Póki co, oleje CBD mogą pomóc w objawach (nie mylić w leczeniu). Pomagają w ten sposób, że odciążają, a chory ma jakby więcej energii życiowej, by temu sprostać. Oleje są dobre do regeneracji nerwów. Ja zrozumiałem lepiej „SM” oglądając taki właśnie reflex udawania martwego przez antylopę złapaną przez geparda. Padaczka była ewidentną fazą zdrowienia po paraliżu (sensie biologicznym).
      https://www.youtube.com/watch?time_continue=32&v=xmF52x3EJso
      A jakie badania jeszcze zrobić do SM? Zapewne TK głowy i udać się z nią do terapeuty GNM. W Polsce może być o takiego trudno, ja szukałbym być może w Niemczech, otwartym kraju.

Dodaj komentarz

Sklep
Dołącz do Strefy VIP
i bądź na bieżąco!

Zarejestruj sięZaloguj się