logo
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
443 online
54 215 023

TOP

Dzień | Tydzien | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum
  • Hunza w Himalach,a Pepsi w gotyku

    Dzień dobry w niedzielę Państwu,

    No i znowu zaczęły się gotyckie tym razem dylematy.
    Mniej więcej wiem o co mi chodzi, ale jakoś tak mniej. Przede wszystkim jestem osobą bardzo współczesną z pozoru, a w rzeczywistości w gotyku rozkochaną.
    Korzystam ze wszystkich przywilejów współczesności z chęciami i zapamiętaniem i jednocześnie chciałabym po prostu żyć w zgodzie z naturą i odseparować się od pędu, a najbardziej mi chodzi o uniezależnienie się od świata przemysłowego i okrutnego.
    Ale czy to jest w ogóle możliwe?
    Właśnie wzięłam pod lupę Hunzów. Zapewne każdy już coś o nich słyszał. Miłe plemię w Himalajach, malutka monarchia zajmująca w niedostępnych górach dolinę 160 km długości i 1600m szerokościDostać się tam było jeszcze do niedawna szalenie trudno. Generalnie nie ma wstępu dla odwiedzających.
    Potrzebne jest specjalne zezwolenie władz pakistańskich oraz imienne zaproszenie króla Hunzów.
    Sama wyprawa jest też niezwykle karkołomna, ponieważ w dolinie nie lądują samoloty a przeprawa przez góry była i jest wręcz niebezpieczna. Teraz to się zmieniło. Cywilizacja dotarła, to znaczy wiedzą już co to jest pepsi.
    Dlatego też byłe historie opowiadane przez lekarzy i naukowców, którzy mieli szczęście odwiedzić Hunzę, malują obraz prawdziwego raju na Ziemi.
    Światowe centrum długowieczności właśnie tam w dolinie rzeki Hunza, na ciasnym międzygórskim przejściu między Pakistanem a Indiami znalazło swoją siedzibę.
    Do tego pochodzenie Hunzów jest nam bardzo bliskie, bo są to Scyto-Słowianie i najprawdopodobniej wywodzą się z Europy wschodniej. Hunzowie dożywają, a raczej dożywali w doskonałym stanie zdrowia fizycznego i umysłowego ponad stu lat. To o czym piszę dotyczy czasów nie tak odległych, ale jednak współczesny Hunza już został dotknięty paralizatorem naszego, mam na myśli współczesnego „dobrobytu i diety”.
    Wracam do opowieści o Hunzach sprzed coca coli i cukru.Pracują aktywnie do końca swych dni, nie ma tam pojęcia emerytury, kobiety 50-cio letnie rodzą dzieci, a mężczyźni dziewięćdziesięcioletni zostają ojcami. Nie koniecznie tych dzieci właśnie. Choroby zdarzają się tam niesłychanie rzadko. Rak, choroby serca, zawały, wrzody żołądka czy choroby dziecięce takie jak odra, świnka, ospa wietrzna są tam właściwie nieznane. Nie muszę chyba dodawać, że o SM nikt nawet nie słyszał.
    Czemu zawdzięczają Hunzowie tak niesłychanie korzystną sytuację zdrowotną?
    Dolina, w której żyją, jest całkowicie odcięta od świata. Nie ma tam przemysłu, samochodów, sklepów, a pieniędzy się prawie nie używa. Większość ludzi zajmuje się rolnictwem.
    Ziemia daje obfite plony, chociaż nie stosuje się nawozów sztucznych ani oprysków roślin. Powietrze jest kryształowo czyste a gleba daje wodę zasobną w związki mineralne.
    Hunzowie nie są wegetarianami, ale mięsa jedzą bardzo mało, podobno tylko raz w roku. Zwierząt jest niewiele, bo nie ma pastwisk do ich wypasania. Sa kozy i kozie mleko Hunzowie piją w związku z tym. Występuje natomiast obfitość zbóż, warzyw i dorodnych owoców.Z ziarna wypieka się prosty chleb, a warzywa i owoce są zjadane na surowo pod postacią sałatek zakrapianych olejem z pestek moreli. Drzewa morelowe rosną wszędzie, a owoce są tak słodkie, że cukru nie używa się w ogóle.
    Mieszkańcy doliny nie są też abstynentami. Piją wino otrzymywane z miejscowych winogron i zwyczajowo wychyla się szklaneczkę dziennie.
    Czy nieskażone środowisko i proste, zdrowe jedzenie są czynnikiem wystarczającym dla takiej długowiecznej witalności narodu?
    Nie koniecznie, ale jak dodamy do tego fakty, że jest to kraina, gdzie nie ma wojska ani policji. Nie ma złodziei ani przestępców. Agresji i zagrożenia. Ludzie czują się bezpieczni, pomagają sobie wzajemnie, czują się szczęśliwi i na swoim miejscu. A pracę swoją wykonują bez stresu i zegarka, z głębokim przekonaniem o słuszności tego, co robią. To już mniej więcej wiadomo, że nie może być najgorzej z Hunzami.Według Hunzów człowiek jest podobny do rośliny. Musi mieć silne poczucie przynależności. W przeciwnym razie więdnie i umiera jak roślina wyrwana ze swojej gleby, a bezczynność jest znacznie większym wrogiem życia niż praca.
    Najlepszym umysłowym lekarstwem jest pogoda ducha, a nienawiść i narzekanie powodują napięcie i nerwowość.
    W menu Hunzów nie ma praktycznie mięsa, są prawie wegetarianami. Jedzą głównie surowe warzywa, bo szkoda opału na podgrzewanie, pieką czapati, rodzaj podpłomyka to chleb Hunzów nierafinowany, może nawet za gruby, niedelikatny, ale za to pełen wartościowych składników pokarmowych, jedzą dużo owoców, jabłka, morele i wiśnie. Z winogron robią wino.
    Kawałek czapati z kilkoma morelami jest dla każdego Hunzy posiłkiem kompletnym, razem z kilkoma szklankami ich zimnego lodowcowego napoju czyli wody.
    Uprawiają szpinak, sałatę, marchew, groch, rzepę, dynię, młode liście różnych ziół oraz nasiona strączkowe. Używanie ziół do gotowania i do sałatek jest zwyczajem upowszechnionym, a bardzo lubiana jest herbata ziołowa. Często jada się ziemniaki i rzodkiewki.Gdy gotują warzywa, robią to w zakrytym garnku, tak że światło nie niszczy ich wartości odżywczych, Ta metoda jest podobna raczej do naszego duszenia niż do gotowania. Ogień utrzymuje się mały, co powoduje, że jedzenie gotuje się we własnym sosie, nie trzeba potem dolewać wody. Wody w ogóle dodaje się bardzo niewiele i po ugotowaniu podaje się razem z jarzynami albo wypija, ale nigdy nie wylewa. W ten sposób straciłoby się fosfor, wapń, żelazo, jod i wiele innych, cennych substancji odżywczych, których brak odczuwają nasze organizmy, a które wzbogaciłyby tylko kosz z odpadkami.
    Hunzowie warzywa po prostu tylko obmywają z ziemi i zjadają surowe (najczęściej) lub gotują w skórce. Nigdy nie wyciskają ze swoich warzyw soków, ani nie skrobią skórki, tak jak my to robimy. Skóra zawiera cenne sole mineralne, niektórych niektórych z nich brakuje w soku oraz w warzywach grubo skrobanych lub obieranych.
    Ulubione owoce Hunzów obok moreli, które w zimie jedzą w postaci suszonej.
    Wiśnie są bogate w żelazo i działają krwiotwórczo.
    Gruszki, podobnie jak jabłka, pochodzą z Azji Mniejszej i Wschodniej Europy. Mają działanie dezynfekujące i ściągające ze względu na zawartość kwasu taninowego oraz wielu innych soli mineralnych włącznie z potasem. Migdały Hunzów są słodkie i słynne na cały świat, tak zdrowe niebotycznie.Woda spływająca z lodowców , która piją Hunzowie jest mętna od mineralnych osadów , tę wodę używają też do nawadniania ułożonych tarasami pół, wydartych z kamienistego górskiego podłoża.
    Życie Hunzów jest ciężkie, pełne pracy fizycznej, wszystko wykonują ręcznie, nie mają maszyn rolniczych, nawet taczek. Ludzie nie jeżdżą ale wszędzie chodzą pieszo.
    Co uprawiają Hunzowie? Na ich małych poletkach królują pszenica, gryka, proso, jęczmień i lucerna, z warzyw uprawiają ziemniaki, groch, cebulę, buraki, marchew, pomidory i sałatę.
    Na miedzach rosną drzewa, głównie morele, orzechy, migdały, brzoskwinie, śliwki, jabłka i gruszki.Zwierzęta hoduje się tylko użyteczne: kozy, owce, jaki. Mleko i jego przetwory je się bardzo często natomiast mięso raz w roku jak juz wspomniałam.
    Wprawdzie Hunzowie pracują na polu od rana do wieczora ale prowadzą racjonalny tryb życia, praca jest przerywana co parę godzin na posiłki a spać chodzą już o 20.00.
    Ich religia to Islam. Hunzowie to przyjacielscy ludzie, nigdy się nie śpieszą, mają zawsze czas na pogawędkę z sąsiadami. Tych pogawędek bałabym się najbardziej. Nie ma wśród nich osób otyłych, nie spotyka się tam kamicy żółciowej, chorób krążenia, nadciśnienia, zaburzeń umysłowych, raka, reumatyzmu , cukrzycy i wielu innych chorób.
    W opisie pradawnego sposobu życia tego ludu znajdujemy zadziwiające fakty. Otóż pola Hunzów nie były w stanie dostarczyć im tyle pożywienia, by mieli je przez cały rok. W tej sytuacji aż do czerwca, kiedy dojrzewa gryka, lud Hunzów całymi tygodniami pościł. Posty te niekiedy przeciągały się aż do dwóch miesięcy w roku. W tym okresie Hunzowie byli jednak radośni i zadowoleni, a nadto wykonywali swoją najważniejszą pracę w roku uprawiali pola i naprawiali zasypane zimowymi lawinami kanały nawadniające.To o czym piszę już było jak wspomniałam na początku.
    Dziś Hunzowie żyją w pełnym kontakcie ze światem. Mężczyźni służą w wojsku, a niektórzy z nich pracują w głębi kraju. Do odizolowanej niegdyś doliny sprowadza się trwałe artykuły spożywcze, cukier, białą mąkę i konserwy. Lud Hunza “nie musi” już głodować, ale za to mieszkańców doliny zaczęły trapić typowe choroby cywilizacyjne, próchnica zębów, zapalenie wyrostka robaczkowego, schorzenia dróg żółciowych, nadwaga, przeziębienia, cukrzyca i wiele innych, których wcześniej nie znali. Hunzowie potrzebują obecnie nie tylko lekarza, ale i policjanta, gdyż została zakłócona ich równowaga fizyczna i psychiczna.
    Nic więc dziwnego, że wielu myślicieli, uczonych, filozofów, lekarzy przywiązywało dużą wagę do postów, głodówek, umartwień ciała jako środków służących dobrze człowiekowi i zdrowiu jego ciała i duszy.
    Ale jeżeli nic się nie zmieniło w środowisku Hunzów, tylko jedzenie i do tego nie tylko ciała, ale i głowa im podupadła, to znaczy że dieta ma jeszcze ważniejsze znaczenie niż ludzie sądzą. Wynika z tego, że jest najważniejsza.
    Ale nawet jakby Hunza nadal nie znali chorób i telewizorów, to i tak nie chciałbym tak na prawdę być Hunza.
    Bo Pepsi to osoba współczesna do bólu. Pepsi to osoba zachodu, chociaż w kulturze europejsko wschodniej narodzona.
    Niby natura, niby dzikość. A tu mieszczaństwo, wygodnictwo i przedmioty lubię niby używane, ale najlepiej sztucznie wintydżowane. Lubię cały dzień chodzić po górach, ale nigdy nie marzę później o surowym schronisku, tylko o pachnącym lawendą naturalną łóżku w dobrym hotelu. Jak myślę o naszej samotni w oddali, to jednak myślę też o dużym 4×4 benzyna 4,5 litra, no bo trzeba tam jakoś bezpiecznie dojechać. Potem, czy zacznę tkać ciepłe kilimy koce? O czym niby marzę. Raczej nie, wszystko kupię raczej. Może jakiś patchwork uszyję, ale też nie wiadomo, bo tyle super kołderek gotowych można kupić. Wprawdzie zbieram piękne materiały, właśnie z tą myślą. Mam już szablony. Kupuję nawet adekwatne filmy, żeby zrobić stop klatkę i przerysować wzór indiańskiego patchworka. Polecam romans z Bulock Sandrą i byłym Johansen Scarlett, rzecz dzieje się w Sitka i tam piękny rekwizyt patchwork gra rolę sztafażu wprawdzie, ale i tak piękną. Czyli muszę mieć, DVD, potem film z empiku, a wcześniej go ten film zobaczyć muszę w kinie lub canale +, żeby wpaść na trop wzoru patchworka.Kupować Geographic National muszę. Bo tam też na trop dobrego wzoru można trafić. Kupować duże Taschen books ze sztuką Majów lub Apaczów. Wszystko to gromadzić. Kupować materiały. Ściągać próbki. Kupić nowego Singera w kwiatuszki, bo tamten nie był. A na koniec kupić patchwork u Laury Ashley, czy koc w Home Living coś tam coś tam. I jak sobie siedzę, przed kompem i popijam zieloną herbatę z aloesem i cytrusami bio z wody z lodowca, to mi się wydaje, że może bym chciała być Hunzą. Ale trzeba by było z ludźmi się zbratać. Nie daj Boże wypić szklaneczkę. Żyć we wspólnocie, a to jest chyba coś czego najbardziej się boję. Wspólnota. Para, dwójka razem ze mną to jakby dla mnie już akurat jest wspólnota.
    Więc skoro wspólnota nie, to zapewne i nie żadna strefa błękitna. Los typa odludka nie jest zbyt ciekawy, dla ludzi z boku, ale dla samego zainteresowanego jest jedyną formą w jakiej może egzystować. Ludzie dziwią się, że można nie chcieć się bratać. Ja jestem takim skrajnym przypadkiem, że jeżeli sprzedawca rozpozna mnie, to znaczy da temu jakikolwiek wyraz, już nie mogę bezstresowo i beztrosko udać iś do tego sklepu ponownie. Czaję się, zaglądam czy aby go nie ma. Lubię być anonimowa. Nierozpoznawalna.
    Czy ja Hunzą mogłabym być? Czy chciałabym chociaż? Nigdy. Ani adwentystą dnia siódmego się fraternizować w Kalifornii, ani w Kostaryce się owocami łamać, ani w Monte Carlo szastać znajomościami przy nadbrzeżu wspólnie mule czy ostrygi jeść i popijać schłodzonego sardyńczyka.
    A dlaczego tego wszystkiego nie mogę robić?
    Bo znam siebie i znam ludzi i wiem, że wieloobliczowość jest naszą naturą. I raz jest anielsko i nagle każdy może każdego zranić. A ja się tego panicznie boję. Boję się, żeby ktoś mnie nie zranił, albo żebym ja nie zraniła kogoś, o to też drżę. Ale jej odwaliło powiecie od surowego być może nawet, ale ma mebelki poprzestawiane, co, jak jakiś sprzedawca może mieć jakiś wpływ na to wszystko? Sprzedawca może powiedzieć na ten przykład, dobrze, że pani już nie jest taka szczupła, bo bardzo pani na zabiedzoną wyglądała. Taka lakoniczna uwaga mnie może nawet zwalić z nóg. Gość nawet w dobrej wierze jakby to powiedział, to ja i tak zobaczę tłuste monstrum, które wyszło ze sklepu, czyli ja. Albo kominiarz, po kontroli kominka w moim poprzednim domu, gdzie salon miał dwie kondygnacje otwarte nagle, jakby biczem by skonstatował, o żesz ja bym w takiej stodole mieszkać nie mógł. Ktoś inny by się zaśmiał, ale nie pepsi. Już nigdy nie byłoby mnie przy kontroli kominka. Odbiegam. Zresztą oni zawsze wpisują przez asekurację, że coś jest nie w porządku, chociaż masz dom dzień wcześniej odebrany przez komisję kominiarską. Wracam.
    Wiem, że ta moja przypadłość to nie jest subtelność, ani wrażliwość. To jest absolutne przewrażliwienie. To jest wada wadliwa. Ale mimo tej świadomości odbiera mi to ochotę do wspólnoty, bardzo.To się stało już dawno temu w szkole podstawowej, albo jeszcze wcześniej. Ale ignorowałam te symptomy i nadal lgnęłam do ludzi, nie świadomie i mimochodem pewnie nawet siałam takie samo spustoszenie u innych podobnych do mnie, bo nie wątpię, że jest ich wielu, takich co swoją tkankę nerwową mają na wierzchu, na skórze. Jakby ciało powierzchnią oka było. I każde dotknięcie jest dla nich, dla mnie niewspółmiernie i bolesne. Dziwnym jest natomiast zjawiskiem fakt, że w necie jest zupełnie inaczej. Uwielbiam być krytykowana, bo odbieram to jako szczerość. Sama też krytykuję i wbijam kijki w mrowiska. Oczywiście mam na myśli krytykę, a nie okropne rzeczy, nawet paszkwilami ich nie można nazwać, które się dzieją na małym pokojowym psie na przykład. To jest już jakieś zło samo w sobie, tym bardziej wzmocnione, bo okrutną głupotą okraszone. A okrucieństwa głupoty boję się najbardziej. Boję się też środowisk ludzi omamionych jakimiś złymi ideami, bezrefleksyjnością, ortodoksji wiary się boję, podziałów się boję. Boję się też zwierząt, ale inaczej. Mam wrażenie, że zwierzęta wiedzą, że się ich boję i będą chciały to wykorzystać, jako przywódcy stada, w których ja jestem tym zwierzęciem, które siedzi w kucki na stole i czeka aż ktoś z domowników wróci do domu. Każdy pies patrzy na mnie przenikliwie. A w Gregu ostatnio zakochała się krowa. Tylko od niego brała trawę z ręki, sama nie skubała. I patrzyła tylko na niego. I tęskniła kiedy odchodził do swoich zajęć. A była całkiem obcą, nieznajomą krową. Dla niego ujmująco uprzejma, a na mnie dziwnie reagująca. Niby obojętnością, ale coś mogła knuć. Kopyt się bałam i zębów. I ogona.Samotna w wypasionym środowisku górskim, surowym, ale jednocześnie wyposażonym w wodę strukturalną, z dowozem świeżych owoców i warzyw organicznych, w dobrym domu idealnie wkomponowanym w otoczenie, z filmami w ciepłym wnętrzu, z aktualną literaturą i prasą, spoufalona ze światem przez błyskawicę neta. Z klimatem rano zapewniającym szaro fioletowe mgły, wrzosowiska, tęsknota. Zero palm, nul kaktusów i nothing beznamiętnego lazuru na firmamencie. Krajobraz jak z klimatów McGratha Patricka. Jednym słowem gotyk. Gotyk, gotyk to słowo mnie wciąga. Podkochuję się w nim chyba.  Bardzo dobrze wybiegana. Łi.
    A więc nie Hunza, chociaż tak już było po drodze, w Himalajach.

    Ściskam Was i owoców dojrzałych życzę, bardzo bliska i na wyciągnięcie ręki, a jednak tak oddalona jak wirtualna łąka. Pepsi.

    (Visited 1 386 times, 2 visits today)

    Powiązane artykuły

    1. Monika 15 kwietnia 2012 o 23:53

      W Himalajach sa przeogromne pajaki z 4 oczami ktore sie na mnie patrza z obrazka. Wkleilabym chetnie, ale sa wnikliwe.

      Google it:)
      Feee

      1. pepsieliot 16 kwietnia 2012 o 08:43

        Monia, na głównej stronie jest zakładka napisz do mnie i tam masz mojego maila, więc wyślij mi wszystkie dane adresowe, ściskam

    2. elitawa 16 kwietnia 2012 o 09:48

      Cześć,
      Niemal połowę swego życia sadziłam,że moje miejsce jest nie tu,gdzie jestem.Lubiłam mieszkać pod słonecznym niebem Nowego Jorku i Montrealu(gdzie słońce świeci dłużej niż w Polsce;))
      i nawet czyniłam plany, że zamieszkam w Kanadzie u boku intrygującego artysty o polsko-austriackich korzeniach. Ale po powodzi 2010 r.coś się we mnie drastycznie odmieniło i zakochałam się na zabój w mojej chałupinie i mojej ziemi! Za każdym razem,gdy wracam do domku, czule go witam i czuję,że on też się cieszy z mego powrotu.Nigdzie nie jest mi tak dobrze i bezpiecznie,jak tu i ze sobą. Tłumów ludzi już mi teraz nie potrzeba,co jeszcze jakiś czas temu wiązało się z marzeniem o założeniu pensjonatu.
      Dziś kupiłam kolejne sadzonki wiśni,czereśni,porzeczek i truskawek–to dla mnie sygnał,że postanowiłam zapuścić tu korzenie;))Pozdrawiam,Ewa

      1. pepsieliot 16 kwietnia 2012 o 19:27

        Elitawa, Ewa kocham cię

    3. quest 16 kwietnia 2012 o 10:09

      Najwyższy czas byś Pepsi prześwietliła jogę. Pisarz francuski C. Kerneiz, piszący pod pseudonimem „Felix Guyot”, zaczął swoją książkę „Joga: nauka o zdrowiu” tymi słowami: „Czuć się dobrze, pozostawać młodym przez długi czas i żyć do solidnego wieku, takie jest potrójne życzenie, które mają ludzie każdej rasy i kraju od wieków zapisane na dnie ich serc. To potrójne życzenie jest bardzo naturalne, bo jest prostym wyrażeniem jednego z najpotężniejszych i najbardziej trwałych instynktów: samo-przetrwania. Życie! Chcemy żyć z jak największą możliwą intensywnością. Aby walczyć z chorobą, gdy przychodzi oraz aby odwrócić tak dalece jak to możliwe groźbę śmierci, która jest w zalążku choroby; odłożyć stary wiek i, przez ćwiczenie, położyć kres śmierci, mamy higienę, która jest jedyną, to jest prawda, anatomiczna, ale niezależna dziedzina medycznego królestwa.”
      Wracając na nasze podwórko nadmienie, iż prekursor jogi w Polsce Wincenty Lutosławski dożył ponad 90 lat, Stanisław Górski, legenda polskiej jogi, 96 lat. Inni mieli mniej szczęścia jeśli chodzi o długość życia. Wprawdzie są to mężczyźni, gdyż panie propagatorki tej dziedziny u nas jak np. Wanda Dynowska lub Malina Michalska aż tak solidnego wieku nie doczekały. Wymienionym wyżej osobom joga pomogła zwalczać niedoskonałości zdrowotne.

      1. pepsieliot 16 kwietnia 2012 o 19:31

        quest hej, joga jest niesamowita i myślę, że trzeba ją porozkminiać, jakoś stale wydaje mi się że dla mnie jest zbyt wolna i statyczna, ale to bzdura i tak na porawdę każdego dnia po treningu rozciągam się stosując jogińskie chwyty na fujarkę, ściskam, owocek 🙂

        1. quest 16 kwietnia 2012 o 20:57

          Czy za wolna i statyczna, to zależy od szkoły jogi, np. niejaki Osho propagował w swojej jodze jogging, pływanie, tańce i inne tego typu wygibasy

          1. pepsieliot 16 kwietnia 2012 o 21:44

            A właśnie Osho, słyszałam ale nic nie wiem, więc tym bardziej się na tym skupię 🙂

        2. quest 16 kwietnia 2012 o 22:01

          Joga większości kojarzy się ze staniem na głowie, świecą i siedzeniem godzinami w lotosie. Wincenty Lutosławski polecał spacery i marsze z odpowiednim sposobem oddychania. A Ćandra Namaskar jest pierwowzorem tai czi, czyli sztuki walki.

          1. pepsieliot 17 kwietnia 2012 o 08:28

            quest hej, słusznie masz wolty do ignorantki pepsi, cały czas ten mit pokutuje w mojej głowie, że będzie nudno, ale świecę lubię zrobić i robię od czasu do czasu, ściskam owocek

    4. Ania 16 kwietnia 2012 o 14:42

      Ja mam tak samo z ludzmi. Zawsze mnie przerazaly rozmowy ze znajomymi w pracy przy kawie, czy zagadywanie kogos przy jego biurku. Wogole jestem taka, ze jak ktos nie bedzie podtrzymywal rozmowy, to ja napewno nie. Czasem ciezko mi z moim chlopakiem, bo on jest moim przeciwienstwem, ja go nazywam czlowiek-pies. On musi byc we wspolnocie, ma wielu znajomych, z ktorymi ciagle sie kontaktuje. czesto nie mozemy razem zjesc, czy gdzies wyjsc, bo dzwonia 2 telefony jednoczenie. ja sie czuje jakbym byla z nim i 3 druzynami pilkarskimi jednoczesnie. A jeszcze ich mamy sie znaja, dzwonia do siebie i wszyscy wszystko wiedza.
      zielone jabluszko!

      1. pepsieliot 16 kwietnia 2012 o 19:34

        Ania kochana, trzymam z Tobą, dzisiaj rano jak otworzyłam bloga był tylko jeden wpis i to nie na temat, zamarłam, pomyślałam , że nikt takiego sobka nie zaakceptował, że nikt nie jest podobny, ale pzrezcież na każdym spotkaniu większym widzę takie osoby jak ja, cały czas marzące, żeby juz wyjść, nie potrafiące gadać bleble, jak juz coś powiem to zamiera cisza, bo tak to jest niepopularne, Ania lovciam Cię, różowawo żółta gruszka.

        1. Emilia 16 kwietnia 2012 o 20:28

          Nie raz trudno jest ludziom cos na to odpowiedziec, bo mysle ze twoj post jest bardzo osobisty, co nie znaczy ze cos jest w tym negatywnego! 🙂 Ale dlatego moze mniej tych komentarzy. Sama tez przeczytalam i namyslalam co by tu powiedziec i najpiew nie powiedzialam nic. Ale znam to, znam to. Tylko nie znam dobrze takiego super podejscia jakie ty masz. Moze bo jeszcze wokolo mnie tyle mlodych dziewczyn studentek ktore sobie wmawiaja ze to nienormalne, ze trzeba siedziec codziennie na kupie i sie smiac z glupich kawalow i przynalezec bo jesli sie chce byc bardziej ze soba i kotem i chlopakiem albo babcia to jest sie nietowarzyskim, wrecz aspolecznikiem. A czy sie jest komus blisko czy nie, to nie gra roli. Wszystko takie powierzchowne. Kiedys tez myslalam ze jesli w moim zyciu nie przemyca sie 147893 osob na raz to cos jest nie tak, ze jesli na imprezie bez alkoholu nie umiem nawiazac rozmowy to cos nie tak i tak dalej. A teraz juz tak nie jest. Jestem po prostu wybredna co do ludzi i z tych ktorych mam blisko jestem szczesliwa, wiecej nie potrzeba. Jesli wiem ze gdziec pojde gdzie beda ludzie z ktorymi nie bede sie czula dobrze, to nie ide. Kiedys bym poszla, sobie niby w tylek kopnela zeby sie oswajac.
          AAAALE mysle ze gdyby czlowiek urodzil sie tam w Himalajach, nie byl by az tak taki. To by sobie na drzewo usiadl i podumal jesli za duzo rodziny w chacie by sie zebralo ale ogolnie to przezwyczajenie od malego do wiekszej spolecznosci by w nim siedzialo. Tylko ze bez tej sztucznosci, bez przymusu, tak jak to mozna spotkac na zachodzie.

          Buziaki!

          1. pepsieliot 16 kwietnia 2012 o 21:41

            Emilia Ty jesteś bardzo mądra i Twój post bardzo mi pomógł, nie przyszło mi to do głowy, już sobie wymysliłam, że nikt mnie nie lubi za tego posta, a rzeczywiście mogło być tak jak piszesz, bo widze że są, wiec ściskam wszystkich i Ciebie Emi

    5. Ania 17 kwietnia 2012 o 00:05

      Dokladnie Emilia, wybrednosc w doborze towarzystwa. Wole byc 1000 razy sama niz ubierac sie i wychodzic na jakies durne spotkanie. Mam waskie grono przyjaciol i to mi odpowiada, z nimi oczywiscie lubie gadac (w wiekszosci). W zeszlym roku poznalam dziewczyne na dworcu kolejowym, okazalo sie, ze jest z NY, a ja wtedy ogladalam w kolko odcinki „sex and the city” i to bylo przyciaganie. Jestem na to otwarta. Czasami mnie ciagnie do ludzi. I to bardzo. Ale jak ja to czesto mam, nie moge sie doczekac, az sie nasiadowa skonczy. Na imprezach rodzinnych uciekam do dzieciakow, one sa szczere, chca sie bawic i kochaja miloscia najczystsza. Dorosli sie przekrzykuja, gadaja o polityce albo o innych glupotach.
      I naprawde sie ucieszylam, jak przeczytalam tego posta, bo doslownie w weekend byla glupia sytuacja wmanewrowania w jakas kolacje, ale na zasadzie bez uzgadniania, tylko przymus i to nagle. Na dodatek trzeba bylo zrobic dobre wrazenie, bo cos tam cos tam. Wilam sie jak piskorz, teraz inni maja zale, a ja juz dola lapalam.
      Lovciam Cie tez Pepsinku, czerwona truskawka <3

      1. pepsieliot 17 kwietnia 2012 o 08:41

        Aneczuś , dorodna czereśnia <3

    6. pepsieliot 17 kwietnia 2012 o 08:36

      Hejka Jazgotttcie, bardzo się cieszę, że się odezwałaś, nawet myślałam, że może jednak czymś Cię uraziłam, chociaż pisałaś że nie jesteś taka podatna 🙂 i nawet dziś przed otwarciem kompa myślałam o Tobie, cieszę się i ściskam Cię i lovciam i owocek

    7. Ma 17 kwietnia 2012 o 11:44

      hmmmm, mieć/znaleźć (mieć możliwość) swoją Krainę dla siebie, do siebie pasującą 🙂
      Kasiu, dziękuję :*

      1. pepsieliot 17 kwietnia 2012 o 11:54

        Ma, dzięki Ka

    8. ewcia 17 kwietnia 2012 o 17:28

      ja tez tu jestem 🙂 ZAWSZE!

      1. pepsieliot 17 kwietnia 2012 o 18:27

        Ewcia, wiem, ściskam i całuski owocek

    9. Ewa Filipkowska 1 czerwca 2012 o 14:47

      Hmmm…. zamyslilam sie po tym Twoim poscie Pepsinku… Wrazliwosc/nadwrazliwosc i to co ujelas tak pieknie i cholernie prawdziwie, ze mi az w trzewia poszlo: „bo nie wątpię, że jest ich wielu, takich co swoją tkankę nerwową mają na wierzchu, na skórze. Jakby ciało powierzchnią oka było. I każde dotknięcie jest dla nich, dla mnie niewspółmiernie i bolesne.”……Wiem cos o tym….to sie nazywa hipernadwrazliwosc, relacja umysl/cialo, choroba psychosomatyczna mnie dotknela… w postaci bardzo ciezkiego atopowego zapalenia skory (skora jest wtedy wlasnie hipernadwrazliwa, jedno malenkie „ziarnko piasku” a cialo reaguje jakby bo zmiotla gorska lawina ) i to zdarzylo sie 5x w zyciu za kazdym razem totalnie burzac moj swiat… tak ze bylam w takich ranach ze przescieradla ode mnie z ropa i krwia odrywano i od kilku miesiecy do roku nie wychodzilam z domu, ba… z lozka do toalety to bylo cholerne wyzwanie i daleka wyprawa… Taka dawka niekonczacego sie bolu….nie do opisania… (przy mojej b. wysokiej odpornosci na bol, ze leczenie zeba kanalowe bez znieczulenia to dla mnie pikus), wiec kiedy mowie „boli”, to ci ktorzy mnie znaja wiedza, ze musialo mnie napierdalac tak, ze sie wiłam jak robak na ogniu przypalany, bez wytchnienia…Trudno bylo wtedy poznac czy ja chlopiec czy dziewczynka, bo nie bylo fragmentu, centymetra kwadratowego normalnej skory na mnie tylko ogromna, wciaz jatrzaca sie miesiacami rana i gronkowiec zlocisty co sie tam pasl robiac spustoszenie niemilosierne. Przy zapaleniu skory wszystko inne co tylko moglo dostac zapalenia, oczywiscie tez sie „zapalilo”. Tak wewnatrz jak i na zewnatrz……Do horroru bez charakteryzacji by mnie wzieli spokojnie, gażę bym wysoką na mur beton dostala, (a moze to jednak byla moja szansa! 😉 I to jest tak, kiedy Twoje cialo pokazuje Ci co masz w glowie ( ze sie od dziecka wszystykim przejmujesz czemu sie krzywda dzieje… kazdym robaczkiem, kazdym insektem, myszka, pszczolka, pieskiem i „ludziem” kazdym…) i ze jednak nie mozna wspolodczuwac tak gleboko, chociaz inaczej nie potrafisz bo tak skonstruowana zostalas i ze musisz cos z tym zrobic inaczej sie sama unicestwisz… i wtedy to jest tak, ze albo sie to przepracuje (przynajmniej sprobuje sie nad tym pracowac) i znalezc w tym wszystkim rowniez wyzsza perspektywe, albo do konca zycia czlowiek zostaje w permanentnym strachu ze zawsze (mozna miec te pewnosc) wlasnie w najbardziej nieodpowiednim momencie w zyciu, kiedy np wszystko sie wali i kiedy to zdrowie jest ci najbardziej potrzebne, wtedy to nasze wlasne cialo nas zawiedzie…./////// Doceniam bardzo Twoj dystans do siebie Pepsinku, to jak żąglujesz i bawisz sie slowem, jak potrafisz „celnąć” zdankiem w samo sendo ;-)… mam tyle radosci czytajac Twoj blog wiec mam go w zakladkach, wchodze sobie i z kubkiem zielonej herbaty w jednej dloni druga łapką klikam sobie w kolejny temat, czasem wchodzac w te same miejsca, czasem odkrywajac nowe…..ale……..i tu jest pewno „ale”……. Moja Droga, obiektywizmu wobec samej siebie czasem Ci jednak brak, naprawde…. Jak mozesz myslec o sobie „Slonioga”!………..:-( Ja rozumiem konstruktywna krytyke, ale to juz jest naprawde przesada… Moze czas raz jeszcze spojrzec na siebie z dystansu, na swiezo i moze w koncu zweryfikowac, ze to co byc moze bylo prawda w odniesieniu do okresu gdy bylas w podstawowce, teraz ma sie nijak do tego na jakim etapie Jestes. To taka moja uwaga… Pepsinku, otwarty umysle… przemysl…<3 ! Loooads of love!!! 🙂

      1. pepsieliot 1 czerwca 2012 o 19:08

        Ewcia, bardzo, ale to bardzo poruszył mnie Twój wpis, i to jaka dzielna potrafisz być, bo ja tak źle znoszę ból. Powiedz, czy to zapalenie skóry jest tylko wynikiem psychicznej wrazliwości ogromnej czy też dodatkowo są jakies przyczyny zewnętrzne czysto fizyczne, nie znam tej choroby, a teraz jak ją opisałaś, to nie mogę przestać o tym myśleć, w takiej sytuacji witarianizm jest chyba stworzony dla Ciebie, bardzo się cieszę, że jesteś, żeby nie było tak miłośnie, owoc, owoc, kiss, kiss

    10. Ewa Filipkowska 1 czerwca 2012 o 23:44

      Wiesz Pepsi, to jak z kazda choroba, mozesz miec tendencje, sklonnosc bo ktos w rodzinie gdzies tam cos wczesniej takiego mial. Niby jakis wujek cos mial za uchem i sie drapal…:-) ale w jego przypadku to byla czerwona mała łatka wiec wiesz… Roznie mowia, np to ze geny to tylko 3% a na reszte sobie zapracowujemy. Mozna miec spora tendencje bo cos ma tatus i mamusia, ale jesli zyjemy zupelnie inaczej niz robili to nasi rodzice, mozemy nigdy nie miec zadnego z tym problemu. Natomiast jesli ma sie tendencje i jeszcze w dodatku np mialo sie traumatyczne dziecinstwo…. to czlowiek nie wkracza wlasciwie wyposazony/zbudowany w doroslosc i chodzi mi tu o wszystkie aspekty, rowniez o cialo emocjonalne, mentalne, silna energetyke organizmu. Kiedy takie dwa czynniki jak ogromna nadwrazliwosc dziecka zostanie sprzezona z takim dziecinstwem, to cialo pozniej musi to jakos „oddac”…Tego nie „zamieciesz pod dywanik”, nie upchniesz w piwnicy niepamieci… Niewyrazona zlosc, bezsilnosc, nienawisc, poczucie krzywdy, ciagly stres i przede wszystkim przeszywajacy, nieprzerwany lęk… to zawsze sie musi uzewnetrznic. Na poczatku np w postaci…. zacisnietych przez cala noc piąstek, gdzie po obudzeniu slady po paznokciach widnieja wewnatrz raczki, w postaci zacisnietych szczek, w nerwowych tikach, podniesionych/napietych ramionach, potem jest to chodzenie „na zacisnietym ze stresu zoladku”, potem… nerwicy serca i takich silnych skorczach ze az odbiera dech…… Wiec czasem dwa czynniki wrzucone w jeden cielesny mały pojazd i robi sie tego ciut za duzo by moc udac ze nic sie nie dzieje. Cialo jest inteligentne, ciala sie nie oszuka, bedzie pukalo zeby sie oczyscic, zeby sie uzdorwic… Cialo daje znaki najpierw delikatnie, potem silniej. Najgorzej, ze przewaznie czlowiek nie ma pojecia co i dlaczego, co do cholery robie nie tak… I wtedy przechodzi sie przez poligon w ktorym okazuje sie ze i tak kurwa nic nie dziala poczawszy od…medycyna konwencjonalna, ziololecznictwo, medycyna chinska, ayurweda, usuwanie pasozytow, maści, magnetoterapia, koloroterapia, sto roznych metod odzywiania gdzie kazdy specjalista co innego ci mowi….cwiczenia energetyczne, hipnoza, praca nad karmą, riberthing, wizualizacje, afirmacje, radykalne wybaczanie, medytacja (taka, siaka, owaka), EFT, regresing (czyli powracanie do poprzednich wcielen), bioenergoterapia, bioenergetyka, czyszczenie watroby, czyszczenie jelit, akupresura, akupunktura, pijawki, leczenie krysztalami, glodowki ( u mnie np 21 dni na wodzie), urynoterapia … itd itd itd nie wymienilam pewnie kolejnych piętnastu bo i tak rzyg, jak sie to wszystko czyta…….. W dodatku (tak „przy okazji”, jakies dziesiatki tysiecy zlotych na tych wszystkich „magikow” z ktorych kazdy nastepny jest tym ktory cie „na pewno” wyleczy…. Tak wiec pol zycia pracuje sie nad tym zeby to wszystko odkrecic i w koncu kiedy nikomu juz nie wierzysz, samemu dojsc do tego dlaczego tak cierpisz gdy inni wpieprzaja mieso, sa pelni nienawisci, jedza MC Donald, pija, pala i zajadaja sie chemią… ale to kuzwa ty – ta „swieta”, wrazliwa, dobra – to ty chorujesz……… I po 20 latach stajesz sie praktycznie pieprzonym „ekspertem” od calego tego medyczno/mistyczno/psychologicznego badziewa, tak wiec przy okazji zyciowych studiow mozna „zlapac” kilka drobnych „specjalizacji”…. 😉 /////// Cieplutkie ściski Pepsinku i sie nie przejmuj bo ja w koncu zdrowa jestem!!!!!!!!!!! 🙂

      1. pepsieliot 2 czerwca 2012 o 07:02

        Ewcia, miałam nerwicę silną nerwową od dziecka, szczególnie na serce działała, to samo co piszesz, myślałam że już zawsze będę się tak bać i po pół roku intensywnego biegania minęła i tak jest od kilku lat.

    11. Ewa Filipkowska 3 czerwca 2012 o 23:38

      Pepsinku, ja mysle ze dzieki bieganiu Twoje cialo samo oczyscilo blokady, ktore mialas od dziecinstwa za pomoca takiej naturalnej/wewnetrznej bioenergetyki. Czesto takie „cuda” dzieja sie gdy intencjonalnie pracuje sie z cialem, cialem i emocjami, czasem nawet w trakcie masazu potrafi odpuscic ogromna blokada/uraz, ktora towarzyszyla nam cale lata, jednak jak pokazuje Twoj przyklad moze sie to rowniez odbyc jako naturalna konsekwencja „zwyklego” biegania..(tak wiec nie bardzo „zwyklego” i tak naprawde nie tylko biegania, bo jak sama piszesz jest to rowniez medytacja w biegu z ktorego otrzymujesz duzo duzo wiecej takze po jego zaprzestaniu gdy z tym innym, silniejszym, lepiej ukrwionym, dotlenionym, elastycznym, bardziej swiadomym cialem i umyslem wkraczasz w swoj dzien..) Cialo zawsze ma intencje, zeby uwolnic sie od tego co mu w trakcie zycia „zawalilismy na garb”, co nam sie przyczepilo/nagromadzilo a co dla naszego ciala jest zaburzeniem/dysharmionia i dlatego wlasnie ze cialo posiada ta wewnetrzna inteligencje, ono szuka kazdej okazji do tego by sie oczyscic/uwolnic/uzdrowic. Niestety jesli uparcie „kultywujemy” (zle odzywianie, nalogi, zlosc, niedostateczna ilosc snu, brak ruchu) nie dajemy organizmowi zadnej szansy. ///// Ciesze sie ogromnie, ze minelo Ci to samoistnie i widzisz sama jakim swietnym wyborem bylo to Twoje Ukochane Bieganie! Owoc-k-nej Nocki! 🙂

      1. pepsieliot 5 czerwca 2012 o 06:12

        Ewcia, dzięki za komenty, bardzo miło mi Cię tutaj spotkać, kiedy rano zabieram się do pisania, mam 93 strony A4, pisanie książki nie jest taki łatwe jak sądziłam, ściskam

    12. zolo du 23 stycznia 2015 o 02:25

      Ewcia. A ja myślę, że Pepsi pomagają głównie, cyt: „jogińskie chwyty na fujarkę” G.
      Masz swego G? Z fujarką?

    13. Ania 6 stycznia 2016 o 22:25

      Czytałam kiedyś, że lekarz, który mieszkał z Hunzami i próbował rozwikłać zagadkę ich długowieczności udowodnił, iż wszyscy mieszkańcy mają bardzo wysokie stężenie pierwiastka śladowego Rb czyli Rubidu. Do tego woda z lodowców jest o ile się nie mylę wodą strukturyzowaną co też im na zdrowie wychodzi:)

    Dodaj komentarz