logo
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
281 online
54 243 575

TOP

Dzień | Tydzien | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum
  • Ile baranich do domu wymaga Twój styl życia?

    barany

    Witarianizm i co dalej? Bieganie, a co potem? Czyli wpis odkurzony.

                                                                     Elo Elo Przemądrym

    Stajesz przed lustrem i widzisz nalaną twarz, jakby woda z podkrakowskiego jeziora zamiast tam, osiadła akurat pod Twoimi gałami.

    Jest sierpień, a Ty gapisz się tępo na cielsko, które przede wszystkim rozczarowuje. Może ktoś wskoczy na nie i zacznie wiosłować, sądząc, że siedzi w pontonie?

    Widzisz mordę, która w ulu jakby siedziała zamiast w spa, gdzie powinna bawić. Idziesz więc szybko na przebieżkę, bo czytałaś u pepsi, że będzie jak najbardziej. Ale czad.

    Biegniesz kilka sekund, nawet nie minutę i nie możesz, bo Ci gonią piersi, tłuszcz na brzuchu wybija Cię z rytmu rezonansem, bo masz od razu kolkę, zadyszkę, cokolwiek. Możesz tylko iść, ale nie za szybko.

    Jednak i tak nie idziesz zbyt długo, nawet nie pół godziny, chociaż wiesz, że z tak niskim pulsem niczego nie poprawisz znacząco. No chyba, że masz siedemdziesiąt lat plus.

    Czy to Cię zadowala?
    Czy o to Ci chodziło?
    Czy to jest to najlepsze co Cię w życiu czeka?

    Niekiedy mówisz:

    – Chcę żyć normalnie, nie chcę stale nawijać o diecie, zdrowiu, a to całe enigmatyczne chińskie pierdolenie nie niesie dla mnie żadnych inspiracji.

    Ktoś dawno temu tu napisał:

    – Poczekajmy aż ci wszyscy wielcy guru witarianizmu, a szczególnie miał na myśli guru 811, poumierają i się okaże, jak ta dieta wpłynęła na ich zdrowie i długość życia.

    Z tym, że skoro guru zamierzają żyć ponad setkę, to może tego nie doczekać i odłoży widelec przed nimi chociaż jest od nich młodszy o kilkadziesiąt lat. Jeszcze tak może być, ale nie koniecznie, ale wtedy umrze w niewiedzy.

    Ludzi zainteresowanych witarianizmem, z którymi komunikuję się w kwestii diety mogłabym podzielić na trzy grupy.

    Pierwsza to działacze

    Od niej zacznę, gdyż sama niechcący się z nią identyfikuję.
    Grupa zapaleńców, trochę jakby fanatyków, którzy słysząc o zdrowotnych właściwościach prowiantu, ale też treningu, rzucają się w takie projekty, jak w dym. Chociaż zdarza się, że będzie to słomiany zapał.

    Ale jest wielki plus, który obsługuje tę grupę ludzi, czyli czynnik działania.

    Gdy dział wykonawczy czyli cielsko, nie przejmie projekcji osobistego sagana, to tracisz szansę na wygraną. Przegrywasz walkowerem. Bowiem tylko działanie samo w sobie jest atrybutem progresu.

    Oczywiście najlepiej, gdy jest to przemyślana fatyga.

    Druga to rozkminiacze

    Stykam się z nimi w świecie witariańskim, ale nie tylko, bo spotykam ich na siłce, ale też w biznesie. Są to ludzie, którzy mają wszystko rozkminione na maksa.

    Nie pójdą do fitnessu, bo nie mają jeszcze pełnego oddychającego ekwipunku. Nie jedzą na surowo, bo nie mają idealnego blendera, który dopiero kurier na plecach przytarga we wtorek, oraz nie przeczytali wszystkich naukowych dowodów na poparcie. Albo nawet nie zebrali subwencji na budowę własnego laboratorium.

    Rozkminiają – to dobrze, wnikają do jądra prawdy na ile mogą – to ekstra.

    Ale zdarza się, że tak piętrzą trudności, że działanie się po prostu nie odbywa.

    Że do ostatecznej fatygi nie dochodzi.
    Że znój, praca i mordęga nigdy nie dojdą do głosu, bo tak empiria dostanie z liścia teorią sagana.

    Cielsko nie ruszy się z posad, bo argumenty stale będą za słabe, a niekiedy sprzeczne.

    Tymczasem powinieneś najpierw zacząć biec, a potem spozierać na gitary: – A cóż za dziwaczne buciska mam na sobie?

    Bo tak naprawdę ciągła rozkminka i szukanie absolutu, który raczej nie istnieje nazywa się po prostu kunktatorstwem.

    Nigdy nie ruszysz z miejsca, bo nigdy nie będzie dostatecznie idealnie dla Ciebie.

    Trzecia to kłamcy

    No i wreszcie trzecia grupa ludzi, którzy zapalają się do projektu niezwykle. Zarażają swoim entuzjazmem innych.

    Stają się nawet wyroczniami, tylko właściwie sami jeszcze nie przeszli na tę dietę, czy też jeszcze nie przebiegli 10 kilometrów w kupie.

    Już zabierają głos, doradzają i strofują, jednak ich uczniowie za chwilę są o wiele dalej od nich. Gdyż sztubacy stają się praktykami, a mistrzowie wciąż tylko teoretyzują.

    Robią to jednak z takim zacięciem, werwą i swadą iż nikt nie podejrzewa, że aktywista z barykady na śniadanie zjadł właśnie wiedeńskie jajeczka w koszulkach z chrupiącym pieczywkiem. Nawet on sam tego nie podejrzewa.

    Znam wrogów nikotyny, którzy palą papierosy, znam ludzi, którzy dla dobra pupila zrobiliby sobie sznyta na policzku, ale jedzą zdrową cielęcinkę.

    Jednak nie zawsze wygląda to tak dramatycznie.

    Po prostu witarianizm wydał im się hipsterski, wizerunkowo cool i spoko pijarowski, dlatego teraz gotują strawy w piwnicy pod osłoną nocy.

    Takie klasyfikuję typy i co z tego?

    Wszyscy Ci ludzie zetknęli się, a następnie zwrócili się do witarianizmu, jako postawy żywieniowej, gdyż coś ich w niej ujęło.

    Wszyscy mają takie same szanse na wielkie zmiany w swoim życiu.

    Jedni muszą pracować nad większą konsekwencją, drudzy skrócić czas rozkminy i przejść w fazę działania, a ostatni trochę dłużej postać przed lustrem i przemówić bardzo szczerze do siebie samych powinni:

    – Czy ten erzac mnie zadowala?
    – Czy o tę namiastkę mi chodziło?
    – Czy to jest to najlepsze co mnie w życiu czeka?

    Natenczas wyróżniam też dwa spojrzenia na trening biegowy.

    Pierwszy look

    Ależ mi się nie chce. Chce mi się, jak psu orać. Gdyby mi się tak chciało, jak mi się nie chce. I w te printy.

    Tyle czasu nudnego zaiwaniania, namolnego podnoszenia gitar. Dzisiaj wymiękam. Nie jestem w stanie tego zrobić.

    Nawet jak już biegnie taki, jakimś cudem, mówi do siebie: – kończę. Kończę, chociaż dopiero zacząłem. Rzeź. Ludobójstwo. Kończeeeeee.

    Drugi look,

    Jestem wytrzymały, sprawny, zwinny. Albo, nie jestem wytrzymały, ale wytrzymam. Nie jestem jeszcze sprawny, ale dam z siebie wszystko. Nie jestem zwinny, ale już robię się chyży.

    Mam wzmocnioną psyche, bo nad nią pracuję i wygrywam z opornym saganem.

    Jestem szczupły, albo dopiero będę, ale już podobam się sobie. Uśmiecham się zmęczoną mordą do swojego odbicia w tremie po treningu.

    Bardzo przyjemnie się czuję. Do tego dążę. Nirwana.

    Wszystko w Twoich grabkach. To Ty decydujesz w życiu, a słowo masakra możesz sobie powiedzieć dopiero po treningu.

    Ale z drugiej strony, czy ktoś mianował mnie ożeż strażnikiem?

    Z innej zaś strony rozmawiam z Socjetą, która dietą i trybem życia szkodzi sobie moim skromnym zdaniem i staram się Ją przekonywać, czasami z dobrym skutkiem i jakie ma to znaczenie, czy robię to z pobudek pychy, czy altruizmu?

    To nie jest machiawelizm w czystym wydaniu, ale jest coś w tym, że cel uświęca środki.

    Nigdy ślepo nie weszłam w 811 lansowaną przez DR, czy jego dziewczynę teraz od diety ram tam tam, bo w owocach nie ma wielu minerałów i od samego początku jem dużo zieleniny i warzyw. Oczywiście pożeram też bardzo dużo owoców, zgodnie z zasadą 10g węglowodanów na 1 kg ciała.

    Mam swoje cielsko do obsłużenia, w klimacie w którym żyję. A banany uwielbiam.

    Lubię też, że mojego bloga odwiedzają różni ludzi, jednak nikogo nie wyróżniam i dlatego staram się go pisać w taki sposób, żeby każde zwierzę, które zechce tu zaglądnąć też czuło się komfortowo.

    No może zdarzyło mi się którąś krewetkę przestraszyć, czy zimno morską rybę, za co rzeczone serdecznie sorki. Ale to tylko dlatego, że nie jestem weganką, a roślinożercą.

    Gdyż tak jak napisałam po stokroć, w przyrodzie nie występują ssaki wegańskie, a roślinożerne jak najbardziej siur.

    I to jest właściwie takie idealistyczne dążenie, nie miłość do wszystkich żywych istot, bo tego a priori nie jestem w stanie zrealizować, bo mnie kilku wnerwia maksymalnie i nie administrowanie sumieniami, bo sama mam co nieco na sumieniu, ale zbliżanie się do prawdy, nawet jak żółw.

    Nawet tak jak w dziecinnej zabawie:

    – Mamo, mamo ile kroków do domu?

    – Dwie stopki do przodu i trzy mamutowe do tyłu – odpowiada mama.

    Na co ja Socjecie Przeładnej, życzę:

    – Siedem milowych w przód,

    pepsin

    (Visited 2 137 times, 1 visits today)

    Powiązane artykuły

    1. Joanna 5 sierpnia 2014 o 20:23

      Pepsi,pepsi…. Czytam Twój blog od dawna. Pisze po raz pierwszy. Wyszłam z Anoreksji,teraz walczę z bulimia… Bardzo chce przejść na 811,bo naprawdę liczę ze to uzdrowi mój chory umysł i chore już cielsko. Co sie zabieram za poważne jedzenie to klapa… Napad na chlebek,słodycze… Eh… Może jakieś wskazówki? Chyba brak mi silnej woli..

      1. pepsieliot 5 sierpnia 2014 o 20:31

        Hej Joanno, jak się ma problemy z łaknieniem, to łatwiej nic nie jeść niż jeść mało. Nie wiem, czy pamiętasz ten mój wpis, piszę w nim o swojej bulimii http://www.pepsieliot.com/jesc-jesc-jesc/ , no i uważam, że mój program jem i … chudnę (w zakładce w prawej kolumnie), jest idealny dla bulimików i tych od kompulsywnego szamania. napisała go w końcu była bulimiczka pepsi, od dawna zdrowa i chuda jak szczapka

        1. Joanna 5 sierpnia 2014 o 20:56

          Dzięki kochana. Wybacz,ze przymarudziłam,ale czasem mam zwyczajnie dość bo moje psyche daje mi popalić 😉 oczywiście nie poddaje sie u szukam wszelakich sposobów co by okiełznać ‚małego’ głoda 😉 No tak lepiej nic nie jeść… I tez tak myśle,ale ten sposób wyjścia z kompulsow doprowadził mnie do wyniszczenia. Próbuje jem i chudnę….. Małymi kroczkami 😉

          1. pepsieliot 5 sierpnia 2014 o 21:16

            Joanno nie radzislam nic nie jeść, wręcz przeciwnie, tylko zaznaczyłam, dlaczego tak blisko anoreksji do bulimii

            1. Peny 5 sierpnia 2014 o 21:43

              Joanno, sama nie jesteś, sama walczyłam z anoreksją, by powitać bulimię. 15 kilo przybyło w ciągu 8 miesięcy, bo jestem grubasem bulimicznym, po prostu nie wymiotuję, obrzydza mnie to, za to kompulsy jak najbardziej. Z surową dietą bawię się od maja, na początku z reguły miałam trzy, cztery surowe dni, a potem kompuls. Nawet te cztery surowe dni coś dają! Cały czas walczę, wytrzymuję coraz dłużej, teraz z wakacje już prawie ciągle jestem na surowo, zdrowieję, włosy zgęstniały, urosły, twarz nabrała kolorów, chłopaki się zleciały, i okres po 2 latach wrócił. Walcz! 811 na pewno Ci pomoże, nawet jeśli zdarzą Ci się porażki. Wiem, co mówię 🙂

    2. Karola 5 sierpnia 2014 o 22:00

      Mi też ten sposób jedzenia pomógł w zaburzeniach odżywiania;)Więc Joanno głowa do góry i nie poddawaj się,najważniejsze to doceniać siebie i mieć świadomość jak mocno nasze dobrze odżywione i sprawne cielsko wpływa na naszą psyche!

    3. JJ 5 sierpnia 2014 o 22:26

      Trzeci look. Zamiast biegać trenuje cokolwiek innego. Zamiast żreć samą trawę urozmaica rozsądnie swój jadłosPiS. B-)

    4. Joanna 6 sierpnia 2014 o 19:10

      Baaaaaardzo Wan dziękuje! Dużo mocy we mnie tchnelyscie! 😉

    5. fila 6 sierpnia 2014 o 23:58

      Haha, 3 razy czytałam tytuł, ale dopiero po przeczytaniu wpisu zrozumiałam.

    6. blacksheep 7 sierpnia 2014 o 03:21

      zdając sobie sprawę z tego że mleko matki NIE ZALICZA SIĘ do niewegańskiego pożywienia proszę o przykład ssaka typowo roślinożernego (czyli w ten sposób wegańskiego) który tak naprawdę nie jest wg Ciebie wegański.

      ps. „I to jest właściwie takie idealistyczne dążenie, nie miłość do wszystkich żywych istot” czy to odnosi się do weganizmu?

      1. pepsieliot 7 sierpnia 2014 o 09:10

        wszystkie ssaki pożerają wraz z pożywieniem roślinnym brud, w którym jest masa drobnych żyjątek, mrówek, owadów, gąsienic, dlatego nie muszą się suplementować B12 i uzupełniać zielonkami pełne spektrum aminokwasów, no a taki szympans bonobo to na całego białko zwierzece pożera, je jaja, jak podkradnie i tak dalej.

    Dodaj komentarz