coś na kształt recenzji "Jedz i biegaj" Scotta Jurka
  • Pepsi EliotAutor:Pepsi Eliot

coś na kształt recenzji "Jedz i biegaj" Scotta Jurka

Dodano: 31

Hejstwo Ludziom, Nigdy nie sądziłam, że pójdę do Empiku, wybiorę książkę napisaną przez multibiegacza i będzie to pozycja dla mnie. Dla grubej dziewczynki unikającej lekcji WF-u jak modelka iberoamerykańskiej literatury jest to nie do pomyślenia. Dla klasowego kujona niezdary i późniejszej słoniogi w jednym, powstaje cała masa doskonałej beletrystyki. Jest Davide Lodge, jest Irving John, byli, ale przecież są i będą zawsze rzeczeni: Borges, Cortazar, Mallea, Sabato, a „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Márqueza? Był Stachura, jest Pilch, Shuty, Masłowska. Kurwa, jest całokształt dla wielbiącej deszyfrować słowo. A poradniki jak wpierdalać finezyjnie i być na topie? Jest wszystko, a raczej było. Jak zylion razy wspominałam, że od dziesięciu lat jestem innym człowiekiem. Jestem człowiekiem stąpającym, kłusującym, biegającym. Od pierwszego niezdarnego kroku do 20000 hopsów i więcej dziennie. Chociaż moja technika biegania pozostawia wiele do życzenia, moja wytrzymałość również, jednak kiedy otworzyłam książkę Scotta Jurka "Jedz i biegaj" uświadomiłam sobie ze wzruszeniem, że moją ciężką pracą nad sobą, wbrew warunkom fizycznym i skłonnościom teraz co jest wielce nieprawdopodobne, mam książkę o ...sporcie dla mnie. Choć słowa sport i ja to był od zawsze oksymoron. Widocznie nie teraz. Kiedy wszyscy weganie, biegający czy też nie, tak się jarają tym dziełem, pomyślałam, że napiszę se hejta o niej. Tak z czystej przekory, bo co mi będzie taki maminsynek, od dziecka szybki i szczupły nawijał o ultramaratonach? Kogo to obchodzi, co smaży na swojej patelni i jak Nora Ephron w swej na pół biograficznej powieści „Zgaga” (sfilmowanej z Meryl Streep i Jackiem Nicholsonem w rolach głównych), która była prekursorką pisania literatury i przeplatania jej przepisami na adekwatną szamę i wrzucania owych przepisów w tekst. Szczerze, nie lubię takich chwytów formalnych, choć w Zgadze mnie akurat nie drażniły, bo nie były ograne, ale w książce Skotta Dżarka bo prosi, by tak wymawiano jego polskie nazwisko, psują mi narrację. I miałam też hejtnąć ten cały sentymentalny wpis o domu rodzinnym, w wydaniu nieautorskim. Ktoś, Friedman Steve napisał Dżarkowi tę książkę i teksty o bieganiu są prawdziwe, bo co tam można stylem nafałszować, ale teksty o chorej matce i domu rodzinnym napisane są w tej samej konwencji co inne książki amerykańskie na zlecenie. Język jak u Kijosakiego. Prosty do bólu, bez finezji i grama dowcipu, ale bardzo klarowny i jednoznaczny. Ja to bym mu nieczytelną biografię walnęła. Do mnie by się zgłosił po kod literowy nie do rozszyfrowania. To by była literatura. Dziwna. Ale kij z tym. Zamierzałam napisać hejta po kilku wersetach, ale im dalej się zagłębiałam w treść. Kiedy uświadomiłam sobie, że kolo nawija do mnie. Do dawnej słoniogi, co teraz kłusuje, pisze sportowiec. Że do moich doświadczeń i mojego codziennego życia przemawia, że się mogę nieskończenie wiele nauczyć, to uderzyłam w taki szloch, że już do końca książki łkałam. Że wreszcie robię sport i taka jestem szczęśliwa i dumna z siebie. Że jestem takie emo biegu. Bo drodzy Ludzie co ten slang mój czytacie, dla każdego jest ta książka kto postanowił pomóc sobie, stawiając swój pierwszy krok w podskoku. Każdy kto teraz wstanie i wyjdzie na pole, albo wejdzie na bieżnię i podskoczy to jest biegacz. Każdy może to zrobić, kto ma jakieś minimalne zdrowie w nogach. Zacząć swój kłus. Scott opowiada jak bardzo potrafi się zdyscyplinować. Wiele pisze o tym, że w biegach na wielkich dystansach już nic się nie liczy tylko umysł. Każdy może sobie to przełożyć na swojego mikrona biegaczego. Wstaję teraz od kompa, wkładam cokolwiek na siebie i zapierdalam do podskoków. Krok za krokiem, bo tak mi rozkazał gar. Bo mam mocny, silny czerep na karku. Scott może na pustyni rzygać z odwodnienia po 90-tym kilometrze, ale wstaje i biegnie dalej, jak najszybciej, a ty nie możesz swojej dupy oderwać sprzed kompa? Żeby pokicać 30 minut? Chyba masz do łba nasrane. To co kolo Scott potrafi zrobić ze swoją wolą i dzięki temu jak potrafi zmusić swoje cielsko do wysiłku jest niespotykane. Wręcz nieludzkie. Ale skoro jemu się udaje, to mnie też się uda. W mojej chujnej mikroskali, ale co z tego. Chciałabym raz pobiec 100 kilometrów. Myślę że to marzenie każdego, kto przebiegł maraton. Oczywiście boję się. Uważam, że maraton to już całkiem sporo i można na prawdę powiedzieć dość. Nawet mam osobistą opinię, że 20 kilometrów to taki akuratny dystans dla człowieka. Który można codziennie robić. Biegam nie więcej niż 50 kilometrów tygodniowo, jednak owe 50 na tydzień pozwala  w każdej chwili przebiec maraton. Scott biega ponad 200 kilometrów na tydzień, a niekiedy 300. Scott biega i wie po co. Ja też już doskonale wiem po co biegam. Nasze cele biegacze są inne, co oczywiste, ale jest też coś wspólnego dla wszystkich biegaczy. Masujemy się od środka. Masujemy nasze obolałe życiem gary. Więc przeszlochałam całą książkę. Wiele bezcennych uwag, o rozciąganiu pokrywa się to ze "Skazanym na trening" Paula Waldego. Przepisy oczywiście opuszczałam bo niezmiennie jestem na surowej 811, do czego na prawdę receptur nie potrzeba żadnych, a jem to, żeby lepiej biegać. Zaś porady biegacze, nawodnienie, trening, oddychanie, świetne! Wielka inspiracja do pracy nad sobą. Jest też oczywiście bardzo ważny aspekt promujący weganizm. Scott ma za sobą ogromne osiągnięcia sportowe. Jest wyrocznią dla świata długodystansowców. Ludzie będą chcieli go naśladować. Mit, że tylko spożywając białko zwierzęce jesteśmy w stanie dostarczyć sobie niezbędnej puli aminokwasów, szczególnie, kiedy ktoś jest wyczynowym sportowcem został obalony. To jest drugi tak bardzo ważny aspekt tej książki. Wielka propagacja weganizmu. Im więcej sportowców będzie stosować i co za tym idzie promować taki styl odżywiania, tym większa szansa na ekspansję weganizmu. Oczywiście jest też dawka marketingu 3.0. Jak u Kijosakiego, Tracego Briana i innych nauczycieli. Rozdajemy na lewo i prawo dobro. Bieganie to nie zwykłe przemieszczanie w pocie czoła, ale jakaś misja i głębsza sprawa w kwestii dobrodziejstwa dla ludzkości. Tych kitów nie kupuję. Ale w rzeczy samej wraz z książką rzeczoną jednak zakupiłam. Jednak tak musi być w tego typu dziełach amerykańskich. Jak w filmach nagradzanych Oskarami przez czcigodnych akademików, zawsze na końcu filmu ojciec z synem muszą odbyć szybki stosunek, albo człowiek z wilkiem i zawsze oglądam te niezbędne epilogi, stałe punkty programu, spod gazety, tak się wstydzę. To jakże w książce bestsellerze a priori do wielkiej populacji skierowanej mogłoby zabraknąć dobroci zakończonej miłosnymi uściskami dla gawiedzi. Misja, przesłanie, dzielenie się, to wszystko puszczam mimo uszu, bo nie wiem z kim i na jaki temat. No chyba, że dla mnie i dla innych czytelników, do podkręcenia biegaczego pragnienia. To tak. Jednym krótkim słowem: Polecam. Dwoma krótkimi słowami: Bardzo polecam. Trzema krótkimi słowami: Ludzie, jebitnie polecam.

Samozwańczy krytyk literacki, Eliot

PS,O! Pierwsze sto lat ludzkiego życia jest zawsze najtrudniejsze. (czajnik vs. toster)
-
 31

Czytaj także