Witarianizm (cd), krok pierwszy i następne
  • Pepsi EliotAutor:Pepsi Eliot

Witarianizm (cd), krok pierwszy i następne

Dodano: 104

Hej Człowiekom,

To co napiszę teraz nie zawsze będzie się pokrywało z tym co czytam o witarianizmie, poradach, o początkach, są to moje osobiste rady wynikłe z moich własnych przemyśleń.

Kiedy czytam na stronach witariańskich zgredów, zjadłem kilo jabłek i jest dobrze, to absolutnie nie podważam tego oświadczenia, tylko to nie jest żadna rada dla początkujących. Dla nich wręcz może się to wydawać przerażające. Uwierzcie mi, że witarianizm po pewnym czasie jest zajebiście prosty, naturalny i jest najłatwiejszym jedzeniem, ale zanim do tego dojdzie trzeba przejść pewną drogę, która może trwać nawet rok i dłużej. Ta droga to będą przemiany, które zajdą w waszych ciałach, ale także w waszych umysłach. To jest świetne zjawisko, jakie mi się przydarzyło i doceniam, że natrafiłam na ten styl życia, bo jest na prawdę git.

To jest banał i wszyscy już czytali to milion razy, ale chodzi o najprostszą rzecz na świecie, o odżywienie organizmu, na tyle, żeby zaczął sam z siebie idealnie funkcjonować. I dopiero kiedy organizm zostanie właściwie odżywiony, a jeszcze wcześniej odtruty, to wtedy możemy mówić, o tym, że jest to jedzenie proste, łatwe i naturalne. Niestety przed wami minimum osiem miesięcy poszukiwań, a nastawcie się, że nawet rok. I wtedy ktoś powie, chodziłem po górach i zjadłem sobie kilo jabłek i ja wiem, że to jest na prawdę doskonała rzecz. Ktoś narzucił na prawidłowo funkcjonujący organizm kilo organicznych malinówek, organicznych bo z opuszczonego sadu i to jest na prawdę wszystko co mógł dla siebie zrobić najlepszego.

Witarianizm może być wegański, ale także wegetariański, czy wręcz zawierać surowe mięso. Trzecim przypadkiem się nie zajmuję, gdyż pomijając względy moralne, czytałam wielokrotnie, że surowe mięso zawiera pasożyty. U doktora Cousensa na jego blogu przeczytałam opracowanie na temat witaminy B12, zrobiłam z tego artykuł na tym blogu, więc jak ktoś chce, może do tego wrócić. Jest też tam drugi artykuł, który mówi, że jednak jesteśmy w stanie czerpać witaminę B12 z wcześniejszych fragmentów przewodu pokarmowego, a nie jak twierdzi Cousens, mamy jej kupę, jednak już w kupie, czyli w niezbyt dla nas poręcznym miejscu, chyba że ktoś podje trochę kału jak dajmy na to goryl. Generalnie praktyk Cousens twierdzi, że mniej więcej 30% wegan nie musi suplementować B12. Ja bym jednak nie ryzykowała bez częstych badań założenia, że jestem akurat w tych 30tu %. Do tego niedobory B12 mogą się ujawnić dopiero po 3 latach weganizmu. Żebyście tak znowu nie żałowali, że mięsożercy mają luzik, to na pocieszenie dodam, że wielu mięsożerców ma również braki B12, a wiąże się to z upośledzonym wchłanianiem z przewodu pokarmowego zjebanego właśnie od jedzenia mięsa. Wyobraźcie sobie, że często im to mięso nastrzykują w rzeźniach właśnie witaminą B12. Ludzie boją się, że im zabraknie mięsa w diecie, a zwierzęta hodowlane żywią się GMO i inną straszną strawą, którą potem oni zjadają. Został też obalony mit, że tylko białko zwierzęce ma pełną pulę aminokwasów esencjonalnych, czyli takich, których człowiek nie umie z innych wytworzyć i musi je dostarczyć właśnie w takiej formie. Uwierzcie, białko roślinne jest zajebiste, a i tak jako dorośli nie potrzebujemy go więcej niż 1,1 grama na 1 kilogram masy ciała.

Wracając do witaminy B12, jeżeli nie chcesz jej suplementować, boisz się jeść organicznej ziemi, ze względu na pasożyty, nie chcesz też zjeść trochę własnej kupy, raczej nie możesz zostać weganinem, chyba, że założysz, że jesteś w owych 30-tu %, ja bym jednak nie ryzykowała. Anemia z braku B12, jest bardzo groźna i do tego ludzie nie zdają sobie sprawy, że możesz być na diecie 100% roślinnej, a jednak z powodu braku B12 dostać zawału czy udaru mózgu, jak fanatyk fast foodu, nie mówiąc o poważnych zaburzeniach psychicznych. Jeżeli odrzucasz suplementację, to kilka procent twojej diety powinny stanowić owoce morza, najlepiej oczywiście surowe ostrygi, czy przegrzebki, a jak nie masz na to kasy, ani do tego głowy, to przynajmniej krewetki podgotowane, czy kraby, przecież nie musisz być 1oo% na surowo, gdyż to też jest mit. Wtedy miałbyś być może za jednym zamachem również załatwioną sprawę witaminy D (bardziej przyswajalne, ta pochodzenia zwierzęcego) i Omega3. Od razu mówię, że nie życzę sobie Jahu, pod tym tekstem uwag typu, że skąd wiem czy krewetka nie cierpi bardziej niż zarzynana krowa, czy bardzo inteligentna świnia. Tak uważam, byłam w rzeźni. Jestem ateistką, optuję za dopuszczalną aborcją, a jestem przeciwna zarzynaniu zwierząt. Sama czuję się zwierzęciem i wiem, że człowiek czy nasi bliscy krewni, choć jesteśmy roślinożerni, to jednak nikt nie zakładał, że będziemy żyli w sterylnych, wyjałowionych środowiskach i będzie jakikolwiek kłopot z B12. Coś się przecież zjadło z ziemi, robak był interesujący, wiercił się, trzeba go było połknąć, bo może byłby smaczny. Ktoś się pobrudził kupą na policzku, potem to polizał całkiem przypadkiem. Tak to się odbywało. Potem zmądrzeliśmy i jednocześnie okropnie zgłupieliśmy. Odwróciliśmy się od natury i sami zaczęliśmy sobie jebać bebechy i dynie. Mały synek znajomej od miniatury ludzkiej był na surowym pokarmie roślinnym, ona mówi, że jest weganinem, a ja mówię chyba wegetarianinem, bo zapomniała, że karmi go jeszcze własnym mlekiem. Ludzie nie urodzili się weganami, bo jesteśmy ssakami, ale potem jak krowa i wiele innych ssaków jesteśmy roślinożerni, ale bez przesady. Trochę brudu i bałaganu zwierzęcego jest nam tak samo potrzebne jak gorylowi. Wracając do witarianizmu. Bez względu czy jesteś wegetarianinem ( pomimo etymologicznego znaczenia tego słowa, owoce morza, a nawet ryby uważane są za pokarmy wegetariańskie, ja bym poprzestała na owocach morza, ale to wasz wybór) czy weganinem ( z warzywami morskimi, jak najbardziej) ażeby zostać witarianinem musisz zrobić pierwszy krok, a najlepiej 5 kroków. 1.   Wyeliminować mleko i wszystkie jego przetwory ( weganie już mają łatwiej) 2.   Wyeliminować chleb, w tym wszystkie ciabatty, pumpernikle i takie tam (wszyscy mają do dupy) 3.   Wprowadzić 60% surowego roślinnego w diecie. I kalorycznie i objętościowo i wagowo, żeby nie było, że ktoś obeżre się tylko orzechami, 1g tłuszczu = 9 kalorii, 1 g węgli = 4 kalorie i białko też = 4 kalorie, a potem tylko gotowańce. Po prostu na oko. 4.  Na czczo zaczniesz wypijać 1,5l wody, w miarę możliwości nisko sodowej, średnio zmineralizowanej, jak źródlana, może być z wyciśnietą cytryną, raz tak, raz siak. Musimy się nawodnić i wyprowadzić toksyny drogą przez układ wydalniczy. Nie próbuj jak jesteś na tradycyjnej diecie iść na siłownie i wypacać ten syf przez skórę i wszystkie komórki ciała. Najpierw detoksykacja przez tyłek. Jak masz kasę, albo czas i imperatyw, najlepsza do picia porannego byłaby woda strukturalna. 5.   Uczymy się prawidłowo oddychać. Położysz się na plecach, dociśniesz łopatki do podłogi, na brzuchu położysz książkę i zaczniesz oddychać nosem, wydychać możesz ustami, tak, aby książka windowała się do góry i opadała. Oddychać mamy głęboko, przeponą, a nie klatką piersiową, jak szczególnie uwielbiają laseczki.

Już jak to zrobisz twój organizm zacznie odżywać! 

Na początku jesteś w panice, bo myślisz jeszcze inaczej. Myślisz stereotypowo, że przecież muszą być posiłki, że trzeba coś skomplikowanego robić, że koniecznie musisz mieć wyciskarkę do soków i to nie byle jaką tylko dwuspiralową, najlepiej Angela za 5000 tysi, a bleneder koniecznie morowy, a dehydrator jaki drogi. Tak się na początku myśli i nawet może wtedy jak jesteś na witarce, typu Boutenko. Przepisy, ćmoje boje. Na początku tak, ale jest święta zasada dr. Grahama, której się trzymam, jak coś wygląda jak pizza i smakuje jak pizza, to na pewno jest też takie zdrowe jak pizza. Więc na początku może dobrze jest zjeść sobie takie rzeczy podobne do naszych przyzwyczajeń, ale na dłuższą metę nie o to w tej diecie chodzi, chociaż na podstawie amerykańskich statystyk najwięcej wytrwałych witarian jest właśneim na takiej diecie witariańskiej, ale wysoko tłuszczowej. Jednak ja nie dam wam żadnego tego typu przepisu. Takie cymesy możecie zrobić dla cioci na imieninach, albo na święta. Możecie sobie wyskoczyć do restauracji, już w trzech miastach w Polsce są restauracje witariańskie, w Krakowie ma się rozumieć RO 100% witariańska i 100% organik coś na prawdę pysznego, wegańsko-witariąńska Surya w Warszawie, ludzie też bardzo chwalą i we Wrocławiu, ale nie wiem czy jest 100% witariańska.

Od czasu do czasu wypiję sok warzywny jak mnie ktoś poczęstuje, albo jak jestem na wyjeździe, jak kiełek się pojawi w sałacie nie ma sprawy, jak jem tylko jabłka przez cały dzień też ok, jak wypiję rano szejka z dziesięciu bananów i pół ananasa, a o 16 przypomnę sobie, że nic od tamtej pory nie jadłam, a przebiegłam właśnie 5 kilometrów po Tatrach i nie umieram z głodu, to tak jest teraz. Witarianin ze stażem może długo jechać na jednym posiłku węglowodanowym, bo ma już bardzo odżywiony organizm. Przestajesz odczuwać głód w taki sposób do czego byłeś przyzwyczajony. Jesz bardzo dużo cukrów prostych, bo przecież w owocach jest właśnie taki, a nie masz uczucia zwałki po wahaniach insuliny. Jest zupełnie inaczej niż sądziłeś, że będzie.

Kiedy zaczynałam z witarianizmem nie miałam do dyspozycji takiej strony jak ta, gdzie ktoś już popełnił sto błędów i teraz chce chętnych ludzi poprowadzić na skróty, łatwiejszą drogą. Na początku ta dieta jest jakby trochę droga, przynajmniej tak się wydaje, ale potem na prawdę git.

Zakupy na pierwsze 3 dni późno jesienne: - tani blender, byle miał duży pojemnik i jakąś przyzwoitą moc (2 stówy trzeba wydać, ale to wszystkie urządzenia mechaniczne) - 30 bananów, - 1 ananas, - 1 paczka mrożonych organicznych najlepiej, są nawet w Realu, jagód, malin i truskawek - szpinak duży pęczek, lub 2 pęczki zielonej pietruszki - jakieś jabłka do przegryzania ale tylko organiczne lub dzikie (uwaga! Jabłka należą do parszywej dwunastki, nie można ich jeść nie organicznych) - sałata główka, ale też musi być organiczna (też z parszywej dwunastki) - pomidory ( jak papryka to tez z parszywej dwunastki) - jak masz gdzie kupić, to paczka daktyli bio (namaczamy przed dodaniem do szejka i wyjmujemy pestki) - 2 średnie cukinie - 2 średnie bakłażany - paczka pieczarek ( dobrze jakby organicznych, ale jak są polskie to nie koniecznie) - paczka migdałów surowych (trzeba czytać na opakowaniu, bo zwykle je pasteryzują)(UWAGA! moczymy 12 godzin i wodę wylewamy dwa razy, aż będzie idealnie przezroczysta, a orzechy włoskie aż przez 48 godzin i co 12 godzin zmieniamy wodę) - kapusta kiszona (nie pasteryzowana, w miarę możliwości) - może ogórek kiszony (nie pasteryzowany, z tym nie ma zwykle kłopotu) - awokado - różowa sól himalajska, lub morska jak nie masz himalajskiej - trochę cebuli - ziemniaki  TYLKO ORGANIK (parszywa dwunastka) - soczewica dajmy na to zielona - paczka pysznej zielonej herbaty jakby co, bo kawy nie pijemy

Na czczo 1,5 litra wody Śniadanie może być podwójne jak masz czas na długie picie, jak nie to drugie śniadanie takie samo jak pierwsze, może być z innych owoców, ale zawsze na bazie bananów 5 bananów, ¼ ananasa , pięć liści szpinaku i miks. Wypijasz 2 szklanice, pół litra drugie śniadanie, albo to samo, albo 5 bananów, pół paczki mrożonych owoców, pół pęczka pietruszki miks i znowu 2 szklanice czyli pół litra.

Potem jesz sobie jabłka, czy jakieś owoce. Możesz sobie zrobić sałatkę z sałaty i pomidorów i wkroić 1/3 awokado i może chcesz koniecznie kiełki to wrzuć i może chcesz dokroić kiwi, to dokrój, i zielonej pietruszki i trochę posól. Jak masz ochotę na sok z buraka, czy marchewki, czy z selera i jabłka, to wypij niezobowiązująco, a jak nie masz sokowirówki, to się napij w centrum handlowym, ale w ogóle nie musisz pić soków, możesz zjeść kilkanaście migdałów, albo kilka jak za dużo awokado dodałeś do sałatki.

Obiado – kolacja. Siekasz cukinie, bakłażana i cebulę, albo bakłażana, pieczarki i cebulę i dusisz bez dodatku wody i oczywiście bez tłuszczu na wolnym ogniu pod przykryciem dobrze ubite pod pokrywką. Mieszasz od czasu do czasu. Możesz troszkę posolić. Możesz dodać jedno jabłuszko pokrojone, bardzo podkręca smak. Podajesz z wielką sałatą, z pomidorami, resztą pieczarek na surowo i na przykład sparowanym ziemniakiem, a następnym razem z podgotowaną soczewicą.

uwaga: przez całą zimę można codziennie jeść zupę Hipokratesa, której przepis mam z książki Terapia Gersona i podam ją w najbliższym czasie, bo jest gdzieś wprawdzie na tym blogu, ale nie do odszukania chyba.

Po pewnym czasie będziesz zwiększać udział surowego, ponieważ gotowane to bardzo smaczne warzywka, ale mają jak jeden mąż trujące azotyny, ale też dostarczą sporo minerałów. Jednak co owocek to owocek.

Generalnie trzymamy się zasady 80/10/10, czyli 811. 80% kalorii z węgli 10% z białka 10% z tłuszczu

Parszywa dwunastka 1. jabłko 2. seler 3. truskawka 4. brzoskwinia 5. szpinak 6. importowana nektarynka 7. winogrona 8. czerwona papryka i kazda inna (zielonej nigdy nie jemy, bo to jest po prostu nie dojrzała papryka) 9. ziemniak 10. jagoda amerykańska 11. sałata 12. zielony jarmuż czy też kapusta włoska taka marmurkowata Jest też przemiła piętnastka, która jest z kolei oporna na pestycydu z herbicydem i wstawię ją w najbliższym czasie.

Oświadczam, że nie jestem lekarzem i nie wolno mi leczyć. Że jeżeli ktoś ma poważne schorzenie, typu rak, czy bierze insulinę, musi zgłosić się do lekarza, najlepiej porozumieć się z dr.Grahamem, dr. Cousensem, dr. Małgorzatą Desmond, (jest pediatrą chyba, ale pomoże i da odpowiednie wskazówki) lub udać się na terapię Gersona, lub ją samemu przeprowadzić w domu, po przeszkoleniu) Na początku dodatkowo suplementowałam się greensem, takim warzywno-owocowym naturalnym specyfikiem, gdyż chciałam zapewnić sobie wszystko, teraz tego już nie robię, bo nie ma takiej potrzeby, po badaniach widać, że mniej więcej mam wszystko z wyjątkiem żelaza, więc dodatkowo biorę spirulinę organiczną w tabletkach, bo nie mogę przełknąć prochu, jem również mój acai, ale to z przyzwyczajenia chyba. Pomimo małej ilości żelaza, moja morfologia na witarianizmie poprawiła się w stosunku do tej sprzed, kiedy byłam jeszcze tylko weganką od wielu lat.

Co możesz odczuwać w ciągu pierwszego roku, a najwięcej w ciągu pierwszych kilku miesięcy:

Negatywy: Uczucie zimna Uczucie zagubienia, bo niby nie wiesz co masz jeść Uczucie, szczególnie przez pierwsze 3 miesiące coś jakby przed grypą, niekiedy łamanie w kościach Czasami swędzenie skóry

Pozytywy Wszystkie objawy chorobowe, nawet te najlżejsze mają tendencje do zmniejszania się. Jak to rozumiem? Widzisz, że twój organizm coś atakuje i widzisz jak szybko i dzielnie stacza walkę. Na przykład łapie cię przeziębienie, jesteś już pewny, że cię zaatakuje i nagle po 3 godzinach się uzdrawia Menstruacja łagodnieje Zimno na wardze jak się w ogóle pojawi, trwa 3 dni a nie 2 tygodnie Cera się polepsza Wiele chorób lub dolegliwości może się cofnąć, a najlepiej, że nigdy nie rozpocząć, chociaż masz dajmy na to fatalne geny, w tym te najgorsze choroby. Znika nienormalny stosunek do jedzenia, jesteś odżywiony, więc przestajesz myśleć o żarciu nawet jak byłeś kompulsywnym obżartuchem. Ten punkt najmniej wydawał mi się wiarygodny, ale tak jest. Zostaję w domu, na zabitej dechami wsi, bez auta i jedzenia i w ogóle nie myślę o tym, dawniej to było nie do pomyślenia. Niezwykle rośnie kreacja. Proces starzenia niesamowicie zwalnia.

Zaczynasz rozumieć, że jedzenie to po prostu coś tak zwyczajnego jak oddychanie. Nic takiego. Naturalna rzecz. Byle było żywe, nieskażone i nie zepsute.

To na dzisiaj, następne kroki przed nami. (CDN) Ściskam Was Jor pepsinek
-
 104

Czytaj także