Kompulsy, objadanie się, czyli jak się żyje jedzeniem?
  • Horry PorttierAutor:Horry Porttier

Kompulsy, objadanie się, czyli jak się żyje jedzeniem?

Dodano: 67

Ozdrowieńczy katamaran znanego parapsychologa Horrego Porttiera.

W pewnych sprawach intymnych, jak kompulsywne jedzenie lepiej się poradzić cudaka, niż psychologe. Na szczęście tutaj mamy przypadek dwa w jednym:) Pomimo wielu artów na stronie o życiu jedzeniem, ja też dostaję zapytania od Was w sprawie napadów ładowania energii bez umiaru. Tycia z powodu ogromnego przeżerania się. A niekiedy nie tycia, gdy kompulsjom towarzyszy szybkie zwracanie jedzenia. Jak zwał, są to zaburzenia odżywiania. Przychodzisz do ważnego psychologa, a ważny psycholog zagaja pytaniem. Ma się rozumieć zaczyna od oczywistości marnując Twój cenny czas, który mogłabyś przeznaczyć na skombinowanie tony szamy i wygospodarowania na to wieczoru w samotności. Bo tak jest najmilej uprawiać tę kompulsję. Psychologe w ten deseń do Ciebie: - Czy kiedykolwiek czułaś, że Twoje nawyki żywieniowe są poza Twoją kontrolą? Ty grzecznie: - Łi. Psy: - Czy czujesz się winna po spożyciu dużych posiłków? Ty: - Łi. Psy: - Czy jesteś w stanie przestać jeść, mimo że nie jesteś zadowolona ze swojego obrazu ciała? Ty: - Noł. Jakbym potrafiła, to by mnie tutaj nie było. W didaskaliach Bo tak naprawdę wszystko już wiesz o swoim zaburzeniu. Wiesz, że Twoje zaburzenie jedzenia to szamanie bardzo dużych ilości szamy bez kontroli. Wiesz dobrze, co to znaczy szamać pomimo absolutnej sytości. Kiedy masz już wszystko w przełyku, a wciąż szamiesz. Znasz dobrze to uczucie. Możesz być głodna, owszem. To jest nawet miłe uczucie, ale podczas napadu przerwać w stosownym momencie, to ponad Twojej siły. Nigdy nie jesteś na to dość syta. Psychologe dalej nawija do Ciebie nowomową psychologe: - Możesz sobie myśleć, że zmniejszenie masy ciała jest rzeczą dobrą i najlepszą, którą musisz zrobić, ale to nieprawda. Nawet jeśli po diecie schudniesz, to i tak Twój nawyk, czyli niepohamowany apetyt wróci i spowoduje powrót kilogramów, które straciłaś. Będziesz być może nawet jeszcze grubsza. Powiało matrixowym optymizmem?

A teraz parapsycholog Horry:

Wiem Kochanie wszystko. Wiem, że jesz, aby poprawić swoje samopoczucie. Wiem, że w dzieciństwie byłaś nagradzana za dobre stopnie pączkami. Wiem, że ojciec wciąż stawiał Ci przykład Twojej szczupłej przyjaciółki, najlepszej w klasie z Badmintona. Owszem, było trochę niesprawiedliwości w Twoim życiu i strachu. I przyjemnie było zjeść 11 ciepłych lodów i popić litrem pepsi (sorki). Ale grzebanie w przeszłości jest bez sensu. Jest niskowibracyjne. Teraz za to lecisz do lodówki, gdy tylko jakieś emocje się pojawią. A pojawiają się, bo tak działa matrix, czy to strach, czy ból istnienia, czy inna ekscytacja. Cokolwiek może się zakończyć wielkim obżarstwem. Nawet kupienie mopa na parę. Mógłbym Ci w tym momencie zapodać, abyś przed każdym posiłkiem zadała sobie następujące pytania: Czy aby nie jem, aby zapomnieć o moich problemach osobistych? Czy ten podwójny czisburger pomoże mi jakoś rozwiązać te problemy? Czy to nie jest aby, jakaś forma ucieczki? Ale tego nie zrobię. Nie powiem Ci też, że jesteś klinicznym przypadkiem i prawdopodobnie masz już za sobą jakąś historię depresji, czy chociażby psychozy, neurastenii, albo nerwiczki lękowej. Że niepohamowany apetyt pewnie spływa na Ciebie, gdy zbliża się przerażający Cię nastrój. Że jedząc długo i dużo podnosisz poziom serotoniny i innych hormonów, które sprawią, że poczujesz się w końcu szczęśliwa. Albo po prostu, byłaś znerwicowana i sfrustrowana, po czym żarłaś (sorki, ale to Twoje słowa) i ponownie byłaś znerwicowana i sfrustrowana, a serotoniny nawet jak coś tam zmieniały, to i tak po żarciu jesteś sfrustrowana. Do tego napady obżarstwa masz również po przyjemnym spotkaniu z kumpelami. I wtedy i wtedy. Mogą się wydarzyć zawsze. Więc gówno prawda, że chodzi Ci o tę serotoninę. Spoczko. To jest pętla. Zapętla Cię i już.

A tu mega oczyszczająca "terapia 4 szklanek"

Jak więc jest z Tobą kochanie?

Po prostu uciekasz zapominając, że kluczem do zerwania jakiegokolwiek złego nawyku jest pozbycie się przyczyny, a nie staranie się tłumienia zaburzenia? Bla bla bla. Jeśli masz niepohamowany apetyt, a nie usuniesz jego przyczyny, to Twój organizm znajdzie sobie inne ujście.

Każdy nałóg musi sam odpaść.

Znam kilku takich, co po przejściu ekstremalnych diet, owszem, trwale schudli, ale zostali alkoholikami, jeden narkomanem, a kilka fajnych dziewczyn nic tylko łaziło po sklepach. No i nadal były faje, and uzależnienie od kofeiny. Każde niezrozumienie istoty sprawia, że możesz pozbyć się nałogu niejako wbrew sobie, ale automatycznie wpadniesz w inny. Ty na stronie, w sensie, że do siebie: - Nienawidzę tego pana psychologe i Horrego też, idę się nażreć. Jest teoria i jest życie. Jest anoreksja bez kontaktu z szamą i zwykłe jedzenie, że się je, bo to owszem jest przyjemne, ale przede wszystkim potrzebne. No i jesteś Ty, która częściej skuma anoreksję, niż jedzenie w sam raz.

Ozdrowieńczy katamaran Horrego

Pierwsza pomoc: bieganie

Żyjesz póki co w matrixie i jesteś jego baterią. Rządzi Tobą oprogramowanie ego. Nie odpadnie od Ciebie żaden nałóg, gdy nie zaczniesz rozcieńczać swojego fałszywego ja. Wszystkie emocje są odpowiedzią Twojego ciała na egotyczne myśli, a następnie tłumisz owe emocje żarciem. Jedni tłumią psychotropem, inni alko, jeszcze inni Marią (oby), albo twardym. Nie wyłączysz swoich destrukcyjnych myśli ot tak sobie. To jest trudne na początku. Myśli wyłączysz mimowolnie wpadając w medytację. Tak działa bieganie 40 minut, masujesz harę (5 cm pod pępkiem masz czakrę życia, z japońska harę). Teraz nawet nie myśl o odchudzaniu, czy jedzeniu mało, wcale o tym nie myśl. Akceptuj sytuację i rusz ze skrzyżowania. Masz tylko jeden cel, mianowicie codziennie udać się na trening biegaczy. Może się tak zdarzyć, że bieganie jeszcze wymusi chęć do żarcia. Nic sobie z tego nie rób. Biegaj jak wariatka.

Druga pomoc (równoległa do pierwszej): post przerywany

Wiem, że nie chcesz się obżerać, ale dopóki to od Ciebie samo nie odpadnie, na pewno ataki obżarstwa (bulimii) jeszcze się pojawią. Czy jest jakaś metoda, żeby te ataki były "bezkarne"? Jeść dużo, tak jak lubisz, tyle, że w niezbyt długim oknie (oczywiście najlepiej wysoko wibracyjnie, czyli w przewadze roślinnie i na surowo), oraz każdego dnia długo pościć.

Jednym słowem dieta dla kompulsywnych -  program "Jem i ... chudnę".

To jest już pierwszy krok do wyjścia z matrixu: Mówisz Ty: - Horry odpadł ode mnie nałóg kompulsywnego żarcia, przestałam być baterią. Wychodzę.

Z miłością Na zawsze Twój Horry

   
 67
  • Keyt   IP
    Wypadłam z kompulsji na kilka miesięcy, sympatyczne czasy ale moje ego znowu mnie wrzuciło w bagno cukru poganiającego tłuszcz i na odwrót i tak sobie w tym trwam. Zadałam sobie wczoraj najprostsze z możliwych pytań: kim jestem? I spłynęło na mnie, biorąc pod uwagę jak inne miałam podejście do siebie i świata w czasie "abstynencji", że nie dowiem się tego pod gruzami batonów i ciastków, że dla mojego głosu potępienia zawsze będę tylko maciorką-szaraczkiem. Niby jest i magnez i b-complex, ale smętne smuty i tak mnie ogarniały co rusz, bo jak mogły nie, skoro ciało w rozsypce pod toną gruzu? Pora kolejny raz się ogarnąć. Chyba milionowy.
    Przyjemnego wieczoru wszystkim :))
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 1
    • Ania   IP
      Czytam Cię od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej regularnie, ostatnio bardziej. Nadrabiam zaległości i uczę się duuuużo. Że też na ten wpis nie wpadłam wcześniej... No mam problem z tym kompulsem. Nie chce ode mnie odpaść. Odkąd pamiętam, wydawało mi się, że ważę trochę za dużo i muszę schudnąć...zawsze ważyłam troszkę za dużo... ale jak teraz patrzę wstecz to teraz naprawdę ważę więcej niż kiedykolwiek. Chciałabym ważyć tyle ile kiedyś wydawało mi się, że to za dużo... Próbowałam postu 16:8 kilka razy po jakimś czasie przerywałam i tak w kółko. Napady kompulsywnego żarcia mam jak wracam z pracy (na poście to też czas mojego okna żywieniowego, bez postu napad też jest) - potrafię się wyhamować trochę przy mężu bo mi wstyd się tak obżerać ale niestety zwykle nie ma go jeszcze w domu kiedy wracam ja. Jem najpierw to, potem tamto i czasem przegryzam jeszcze czymś i myślę sobie, że dobrze, że nie przepadam za słodyczami bo byłoby znacznie gorzej. No więc jem a potem jest mi niedobrze, próbowałam to zwracać już parokrotnie i mnie to zaczyna przerażać - tzn. ja sama siebie już zaczynam przerażać.
      Nie idę do psychologa bo wiem, że zajadam obecnie problemy na które nie znalazłam jeszcze rozwiązania, z resztą napisałaś powyżej wszystko co usłyszałabym od doktorka. Dawniej nie było kompulsu ale był leniwiec pospolitus i dupowiec kanapowiec.
      Nie lubię ćwiczyć. Zmuszam się dwa razy w tygodniu do zumby, muzyka mi poprawia humor.
      No i biegać mam mówisz... no dobra, będę biegać... jakoś muszę, mam nadzieję, że moje kolana to zniosą jakoś bo ciężko mają. Dorobiłam się 92 kg przy wzroście 180 cm. Wstyd, wstyd i hańba ! Dzięki Ci Pepsi za Twą mądrość i bezpośredniość, bo do mnie nie da się bułkę przez bibułkę. Love !
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • M.   IP
        Pepsi Droga,

        Dziękuję za odpowiedź. Może zbyt pobieżnie się wyraziłam, przez co umknęło kilka ważnych rzeczy...

        Oczywiście, mogłabym tak się nastawić jadąc tutaj, ale takie rozwiązanie mnie nie satysfakcjonuje. Po piewsze dlatego, że nawet jeśli od razu po powrocie wracam do mojego reżimu (dla mnie to słowo ma pozytywne konotacje w odniesieniu do mojego życia) dietetycznego i sportowego, to jednak skutki takiego obżarstwa działają negatywnie na moją psychikę jeszcze przez kilka dni to. A po drugie, najważniejsze, to nie jest cheat day, tylko oznaka głębokiej frustracji, którą nie wiem jak ugryźć. Czy mam nie przyjeżdzać do swojego domu rodzinnego? Pamiętam, że kiedyś pisałaś o tym, że rodzinę trzeba zaakceptować i czasem nawet zrezygnować z kontaktów częstych, jeśli działają na Nas negatywnie.

        U mnie jest ambiwalentnie... Z jednej strony kocham ich i tęsknie za domem, chce ich zobaczyć. A z drugiej strony mam dość tych szpilek i pokątnych spojrzeń. Moja mama akurat mnie wspiera i akceptuje, na tyle ile potrafi. Tata średnio, ale przynajmniej w moje wybory nie ingeruje. Natomiast z siostrą jest najgorzej. Zawsze jak tu przyjeżdzam i akurat ona też jest w domu, to wiem mniej więcej czego się spodziewać. Tym razem miało być inaczej, ale znowu się nie udało... Jechałam piękną, urokliwą trasą, czułam jedność ze światem, z Panią, która siedziała obok w pociągu. Miałam pod kontrolą każdy krok i ruch, czas zwolnił... Piękna muzyka w słuchawkach, woda, słońce i nagle bach. Powrót do rzeczywistości. (Nie mogę powiedzieć o sobie, że pozbyłam się ego, co to to na pewno nie i nawet blisko nie jestem, ale na pewno ścisła dieta i dyscyplina sportowa trzyma mnie w ryzach i sprawia, że momenty takiego totalnego poczucia szczęścia i sprzęgnięcia z miejscem i czasem występują coraz częściej. To jest kolejny powód dla którego nie chcę odreagowywać sytuacji domowej kompulsami). Napiszesz mi droga Pepsi, że nie mówię o siostrze, tylko o sobie samej się wypowiadam. Bardzo możliwe, że tak jest. Że to jest mój problem do przerobienia. A właściwie z całą dozą pewności tak jest. Jak to jednak zrobić, aby mnie nie ruszało? Jak to przerobić w sobie? Na codzień nie mam z tym problemu. Innych, obcych ludzi, którzy w jakiś sposób "wchodzą mi w paradę" potrafię zbyć delikatnym uśmiechem, a w domu jakbym znowu miała 15 lat i była małą, bezbronną dziewczynką. Denerwują mnie tej uśmieszki, dogryzania, pytania wscibskie. Ona chce mną rządzić, chce siłą wyciągać informacje, radzić co mam robić. 'Olać to i pójść dalej', tak wiem, kochana Pepsi. Ale w tym przypadku nie potrafię. Siedzę i się nie odzywam, przeżywam tylko w sobie i za chwilę sięgam po ciastko. A później kolejne i kolejne... Kiedyś jeszcze czasem skomentowałam jakieś zachowania, które mi się nie podobą, jej nerwy czy to jak wychowuje dzieci. Ale teraz już przestałam, bo wiem, że to jak grochem o ścianę. I tak wiem co usłyszę w odpowiedzi "Jak będziesz miała swoje dzieci, gówniarzu, to też będziesz tak robić". (Tekst dzisiejszy apropos mikrofalówki, której nie używam). I tak w kółko Macieja... Nie odpowiadam, nie wdaję się w dyskuję, ale nie odbija się to ode mnie tylko wnika głęboko w skórę i odbiera kilka chwil wieczności...

        Plus tej mojej pisaniny jest taki, że od razu trochę lżej mi się zrobiło :)

        Całuję kochana,
        M.
        Dodaj odpowiedź 0 0
          Odpowiedzi: 0
        • M.   IP
          Pepsi droga,

          Napiszę ten komentarz, bo już mam dość dzisiejszego dnia i powracającego problemu.

          Z problemem kompulsywnego objadania się borykam się prawie 10lat, bo mniej więcej od 15 roku życia i frustracji związanej z tym, że moi rodzice nie zgodzili się na to, abym pracowała jako modelka. Wtedy, jako nastoletnia dziewczyna z niezłymi warunkami fizycznymi, ale mieszkająca w dziurze zabitej dechami, uważałam, że to koniec mojego życia i już nic w życiu nie osiągnę. Z żalu zaczęłam żreć na potęgę. A potem to już wiadomo, znamy to wszyscy doskonale... Kariery w modelingu nie zrobiłam, bo z piętnastoma kg na plusie już nikt mnie chciał. Później zażerałam już każdą frustrację i brak wsparcia ze strony rodziców i znajomych stąd. Czułam, że nie przystaję do własnej rodziny, że jestem zupełnie inna. Nikt nie rozumiał mojej zajawki fotografią, sztuką, filmem, modą, muzyką, literaturą, filozofią... Byłam jakimś dziwnym dzieckiem odszczepieńcem w prostej, rolniczej rodzinie...

          Już wtedy czytałam Twój blog. Pamiętam Twoje pierwsze wpisy o 811 i zdjęcia z G. z Paryża na tle wieży. Już wtedy czułam z Tobą niesamowitą więź i sporo rzeczy mi wtedy rozjaśniłaś i uporządkowałaś w mojej głowie. Dziękuję :) Choć to temat na inny komentarz....

          Po maturze od razu wyprowadziłam się z domu. Miałam swoje wzloty i upadki, choć nałóg ciągle się trzymał. Jakieś dwa lata temu podjęłam pracę, w której ważny był wygląd fizyczny. I wtedy się ostro zawzięłam. Z uporem i konsekwencją maniaka zaczęłam chodzić na siłownię, biegać... Kompulsywne jedzenie wtedy czasowo samo odpadło, jako, że praca i sport pochłonęły całą moją uwagę i siłą rzeczy jadłam mniej tworząc przy okazji konkretny deficyt kaloryczny. Samo się schudło. I zakochałam się w sporcie. To uczucie trwa do dziś, choć już bez tak wielkiej manii targania żelastwa (w pewnym momencie moje konkretne mięśnie przestały mi się podobać), ale w ciągłej obsesji pokonywania siebie i przekraczania swoich granic. Teraz trenuję lżej, choć ciągle systematycznie, ale dbam przy tym o jedzenie. To też temat na inny raz...

          Niestety, moje napady wracają za każdym razem, gdy przyjeżdzam do domu rodzinnego. Relacje z rodzicami są średnie, ale najgorzej jest z moją siostrą. Jest ode mnie 10 lat starsza, ma dwójkę dzieci, męża, którego nie znoszę. W domu rodzinnym nie czuję się komfortowo, nie czuję się sobą i nie zachowuję się tak, jak zachowuję się mieszkając w Warszawie. Tak naprawdę, doszłam do wniosku, że oni mnie zupełnie nie znają. Nie narzucam się moimi zainteresowania, ale oni swoimi w moim kierunku ciągle - głupie filmy, muzyka disco-polo i świńskie żarcie. Kilka godzin tutaj i czuję się tak przybita, sfrustrowana i niekochana, jak nigdzie indziej. Z jednej strony to miejsce mnie koi, bo jest na wsi, mogę wyjść na dwór, poleżeć na łące tuląc z psa. Z drugiej strony, relacje z bliskimi powodują, że nie chce mi się żyć i oczywiście pierwsze co robię, to sięgam po to g****, którego pełno w szafkach. No i zaczyna się uczta. Od wczoraj jem na potęgę. Dzisiaj cały dzień przepłakałam zajadając to batonami, colą i lodami. I marzę już tylko o tym, aby jutro wsiąść w pociąg i wrócić do mojego codziennego reżimu sportowego i dietetycznego. Problem jednak zostanie, bo ta sytuacja powtarza się za każdym razem, gdy tu wracam... Pepsi droga, jak sobie pomóc? Już naprawdę czuję się bezsilna z tą sytuacją... Będę wdzięczna, jeśli się do tego odniesiesz.
          Dodaj odpowiedź 0 0
            Odpowiedzi: 1
          • asiuli  
            Dziękuję i ja Pepsiaku, Horry i wszyscy obecni. Czytam ze wzruszeniem te wpisy komentarze. Mam dosyć już gierek w jakie się bawię, dosyć bezsensownego porównywania się, dosyć kłamstwa w jakim żyję. Mam dosyć siebie. Już dosyć! <3 dziękuję! kocham! puszczaaaaammmm!!!
            Dodaj odpowiedź 0 0
              Odpowiedzi: 1