Pepsieliot
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
207 463 693
32 online
32 704 VIPy

Dlaczego z otworu gębowego nie powinno wiać Apple, według dr. Mercoli?

Znowu ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś?

Z pewnością zdarzyło Wam się coś na kształt, podkopania autorytetu. Abo raczej, autorytet kopie w zad. Właśnie tak się czuję z powodu dr. Mercoli silnie opiniotwórczego blogera na portalu tu o pokrewnej mi tematyce. Czyli siedzącego w niszy medycyny alternatywnej. O wielu rzeczach mówi głośno i wyraźnie, a o owocach przebąkuje, jakby trochę na boku, trochę na sztorc.. Niby dobre, niby spoko, ale raczej uważajcie, miejcie się na baczności, bez szaleństw, jednym słowem, mocne ożeż. I znowu wracam do odwiecznego problemu, czy owoce można traktować jak czystą fruktozę? Czy można do owoców mieć nieprzychylność? Stosunek bardziej szkalujący, nienawistny, bo wiadomo, że fruktoza to najgorszy z cukrów prostych. Owoce to źródło najlepszych przeciwutleniaczy, witamin i minerałów. I z tym się sporo osób, w tym dr. Mercola zgadza. Czyżby jednak w owocach rzeczywiście siedziała mina? W postaci okropnej fruktozy, która otłuszcza wątrobę i rozwala trzustkę do imentu w szybkim tempie, w tym zachęcając ją do raka? Patrz przypadek Ashtona Kutscher’a, przygotowującego się do roli frutarianina Steve Jobs’a, nomen omen odkładającego widelec przedwcześnie z powodu raka trzustki. A jednak? Mercola przekonuje, ale tak jakoś na dwoje babka wróżyła, jakby siedział w katakumbach, że będziemy mieli więcej korzyści z niejedzenia owoców, niż z ich jedzenia. Tylko idiota polemizowałby z faktem, że cukier prosty zwany fruktozą występuje w owocach. Centralnie fruktoza jest preferencyjnie metabolizowana do tłuszczu w wątrobie, a jedzenie dużych ilości fruktozy powiązane jest z negatywnymi skutkami metabolicznymi i endokrynologicznymi. Czy w takim razie jedzenie bardzo dużo owoców zwiększa ryzyko powiązane z opornością na insulinę i leptynę, oraz rakiem? Dr. Mercola mówi, że na logikę, wydaje się, że tak. Przykładowo badania wykazały, że trzustkowe komórki nowotworowe z upodobaniem używają w szczególności fruktozy do podziału i proliferacji, a zatem fruktoza przyspiesza wzrost i rozprzestrzenianie się raka. Doktor Mercola w związku z tym poleca ograniczenie całkowitego zużycia fruktozy do około yyy … 25 gramów dziennie. Jednak, gdy masz już insulinooporność, chorobę serca, raka lub wysokie ciśnienie krwi, powinieneś fruktozę wyciąć do 15 g, lub mniej na dzień. Ożeż. No i w tym miejscu doktor wkłada przypowieść o Ashtonie, który wypowiedział się dla głównej telewizji amerykańskiej, że frutarianizm, to dieta, która powoduje poważne problemy, i on przygotowując się do roli Jobs’a, wylądował na pogotowiu z kompletnie rozwaloną trzustką, co w tym kontekście wydaje się szczególnie przerażające. Bowiem 5 października 2011 roku w wieku zaledwie 56 lat, zmarł bogacz i geniusz, dwa w jednym, a wszystko być może dlatego, że za bardzo obżerał się, nomen omen nadgryzionymi jabłkami. Dr. Mercola rzuca w eter nostalgiczne pytanie: – Dlaczego duże ilości owoców mogą okazać się niezbyt zdrowe? Zanim dalej pociągnę temat, wrzucę listę paru owoców i zawartości w nich fruktozy: Średnia limonka                            0 g  fruktozy Średnia cytryna                           0,6 g Szklanka żurawiny                     0,7 g Średnia marakuja                      0,9 g Średni daktyl                               2.6 g 1/8 melona kantalupa              2.8 g Szklanka malin                           3.0 g Średnia klementynka              3.4 g Średnie kiwi                                 3.4 g Kubek jeżyn                                 3.5 g 10  czereśni                                 3.8 g Szklanka truskawek                  3.8 g Szklanka kwaśnych wiśni          4.0 g Plaster ananasa                          4.0 g Połówka średniego grejpfruta różowego, lub czerwonego         4.3 g Średnia mandarynka               4,8 g Średnia nektarynka                  5,4 g Średnia brzoskwinia                5,9 g Średnia pomarańcza                 6.1 g Połówka średniej papai             6.3 g 1/8 melona żółtego                    6.7 g Średni banan                               7,1 g Średni daktyl Medjool                7,7 g Średnie jabłko                               9,5 g Średnia persymona                 10,6 g 1/16 arbuza                                 11.3 g Średni gruszka                             11,8 g Ćwierć szklanki rodzynek        12.3 g Szklanka winogron bez pestek, zielonych, lub czerwonych         12.4 g Pół średniego mango                16,2 g Szklanka suszonych moreli  16,4 g Szklanka suszonych fig          23,0 g

Żeby nie było, moje śniadanie na 811, to 10 bananów, pół melona i 2 duże kiwi + skórka otarta z połowy cytryny, czyli 71g+ 26,8 + 8 +0 , co się równa yyy … 105,8 g fruktozy na śniadanie. I tak od 10 lat, dzień w dzień. Oł szit.

Wracam do wywodu dr. Mercoli Chociaż obecnie ludzie są coraz bardziej świadomi relacji pomiędzy nadmiernym spożyciem fruktozy, a otyłością, oraz przewlekłymi chorobami, to jednak wielu z nich zapomina, że owoce są źródłem fruktozy. Wielu z nich z kolei uważa, że tak długo, jak owoc jest naturalny i surowy można go konsumować w nieograniczonych ilościach, nie odczuwając żadnych negatywnych skutków metabolicznych.

No właśnie, jest nas troje, a raczej pięcioro. Dr, Graham, który nie jest lekarzem, Durianrider, który podobno był ćpunem, ale teraz świetnie się sprawdza na rowerze, jego dziewczyna Free Lee z silikonami, Witarianin LFRV z Fejsbunia, no i ja, czyli pepsi eliot. Bo zdaje się szósty Paul Nison, który wyleczył się z wrzodziejącego jelita grubego za pomocą soków owocowych (sic!tu nie ma wątpliwości, to już prawie czysta fruktoza), a więc nawet on przebąkuje, że Instytut Hipokratesa maaaaaa wolty co do owoców.

Wszystko nadciągnęło z drugiej półkuli, która oszalała na punkcie syropu kukurydzianego, który ma ogromną dawkę fruktozy i jest dodawany do każdej przetworzonej amerykańskiej szamy. Żeberka na grilla macerują w sodzie, czyli coca-coli i w sosikach na bazie syropu z kukurydzy. Nie mówię już, że koniecznie GMO. Może stąd ta panika na giełdzie? Dr. Mercola kontynuuje apel, aby brać jednak pod uwagę wszystkie źródła fruktozy, i starać się ograniczyć ogólne jej spożycie. Przyznaje: – To prawda, owoce zawierają włókna korzystne dla naszej diety, przeciwutleniacze, witaminy i minerały, owszem, ale dotąd korzystne, dopóki są spożywane z umiarem. Łiiiiii Dr. Mercola wierzy i ufa, że ludzie zdecydują się zastąpić owoce, przejmując 50-70% kalorii ze zdrowych tłuszczów, czyli oleju kokosowego, awokado i oliwy z oliwek. Szczerze?  Tego bym się obawiała, ale ja tu tylko sprzątam. Dr. Mercola jednocześnie przypomina, aby spożywać umiarkowane ilości białka, do tego najwyższej jakości. Tu się zgadzamy co do joty. Dr. Mercola konkluduje, że wszystkie owocowe diety są w zasadzie dietami fruktozowymi, a to wiąże się z katastrofą dla zdrowia. Przynajmniej w perspektywie długoterminowej. Badania wykazały, że fruktoza może powodować: Upośledzenie tolerancji glukozy, oporność na insulinę, cukrzycę i podwyższone stężenie triglicerydów, oraz groźną otyłość brzuszną, przewlekłe zapalenia, oporność oporność na leptynę i stres oksydacyjny, dysfunkcję śródbłonka, choroby związane z mikro krążeniem, hiperurykemię nerek, stłuszczenie wątroby, wysokie ciśnienie krwi i zespół metaboliczny. Nie mówiąc o najgorszym, czyli połączeniu fruktozy z rakiem trzustki. A to naprawdę zły rak jest i tylko 4% pacjentów może spodziewać się 5-cio letniego przeżycia po jego rozpoznaniu. Co roku rozpoznaje się 44 000 nowych przypadków zachorowań w USA, a 37 000 umiera każdego roku z powodu tej choroby. Rak trzustki ma bardzo złe rokowania. Trzustka zawiera dwa rodzaje gruczołów: zewnątrzwydzielnicze, które produkują enzymy rozkładające tłuszcze i białka, oraz gruczoły wydzielania wewnętrznego sprawiające, że hormony takie jak insulina, regulują poziom cukru we krwi. Steve Jobs zmarł z powodu raka, który zaatakował gruczoły wydzielania wewnętrznego, czyli jednego z rzadszych form raka trzustki. Czyli wszystko jasne. Jego rak został wykryty podczas skanowania brzucha w październiku 2003 roku. Następnie sam na własną rękę poddał się „jakiejś terapii alternatywnej”, która trwała 10 miesięcy, i do dzisiaj nie wiadomo, „jaka to specjalna dieta” o czym świat, na szczęście nie dr. Mercola, mówi z dużą dozą nienawiści. W 2004 roku, gdy rak jednak się rozprzestrzenił, Jobs zdecydował się na operację. Świat medycyny alopatycznej twierdzi, że właśnie za późno, o czas poświęcony na terapię alternatywną. Dokładnie o ten czas poświęcony na szamańskie obrzędy. Tak, czy siak pięć lat później Steve przeszedł eksperymentalną procedurę zwaną terapią izotopów promieniotwórczych receptorem peptydu (PRRT), co miało wyregulować cały układ hormonalny i wydzielanie innych hormonów. Zabieg ten również nie przyniósł spodziewanych efektów. Następnie po przeszczepie wątroby Steve Jobs już się z tego nie wykaraskał. No to zrobiła się szczególna nagonka na fruktozę, chodziło również o owoce, gdyż wiadomo, że Jobs był zwolennikiem frutarianizmu. Mało kto wspominał, że miał też okresy stosowania różnych używek i, że przez wiele lat wdychał miazmaty komputerowe. No ale Woźniak, też wdychał, ale jadł pizzę, więc żyje.

Tymczasem faktycznie, badania opublikowane w 2014 sugerują, że fruktoza może mieć szczególnie istotny wpływ na raka trzustki. Produkcja insuliny jest jedną z głównych funkcji trzustki. Organizm używa insuliny do przetwarzania cukru we krwi, a w laboratorium okazało się, że insulina również sprzyja wzrostowi nowotworu trzustki. Jednak chodzi o coś więcej niż tylko o to. Cukry są metabolizowane za pomocą różnych szlaków metabolicznych i w badaniach wykazano, że ma to istotne konsekwencje, jeśli chodzi o karmienie trzustkowych komórek rakowych i ich zdolności do namnażania. Okazuje się, że szlaki fruktozy i glukozy są zupełnie inne, i że właśnie komórki nowotworowe łatwiej mogą metabolizować fruktozę w celu zwiększenia proliferacji/rozprzestrzeniania się/pączkowania.

Pisałam już o tym długie opracowanie, a dr. Mercola też powołuje się na to stare porzekadło, że „cukier powoduje raka”. Co odkrył 90 lat temu poczciwy dr. Warburg, za co otrzymał nawet Nobla. Tymczasem jest tak, że komórki nowotworowe nie żerują na glukozie i nie posiadają maszyny metabolicznej do spalania tłuszczu. Jednak trzeba się zgodzić z tym, że te patogenne komórki wykorzystują fruktozę do podziału komórek, co przyspiesza wzrost i rozprzestrzenianie się nowotworu. Dr. Mercola w tym momencie zwraca się kolokwialnie, coś jak ja, do czytelnika i mówi: – Jeżeli ta różnica nie ma dla Ciebie znaczenia, to ja już sam nie wiem, jak Cię przekonać. Jeżeli myślisz logicznie i chcesz żyć dłużej, nie możesz ignorować tych faktów. Niby nie ma powodu podejrzewać, że jeśli organizm utrzymuje wysoki poziom insuliny, to zwiększy to zdolność do rozwoju raka trzustki. Jednak obecnie badacze uważają, że jedna trzecia wszystkich typów nowotworów może być spowodowana przez dietę i styl życia. Więc jeśli chcesz uniknąć raka, lub chcesz się jak najszybciej z niego wyleczyć, koniecznym jest, aby zachować poziom insuliny na jak najniższym poziomie. Czy w takim razie według dr. Mercoli owoce należy wyeliminować z diety? Krótka odpowiedź brzmi: – Noł. To nie byłoby mądre, aby wyeliminować wszystkie owoce. Jednak nie należy przesadzać z ich jedzeniem. W warzywach i owocach, fruktoza miesza się z włóknami, witaminami, minerałami i enzymami, czyli z jak najbardziej korzystnymi składnikami odżywczymi, z których wszystkie przyczyniają się do zmniejszania negatywnych efektów metabolicznych. Jeśli jednak ludzie cierpią z powodu jakichś problemów zdrowotnych związanych z fruktozą, takich jak insulinooporność, zespół metaboliczny, choroby serca, otyłość, lub rak, może byłoby mądrze, według dr. Mercoli , jdnak ograniczyć ogólne spożycie fruktozy do 15 gramów dziennie. Obejmuje to fruktozę ze wszystkich źródeł, w tym z całych owoców. Czyli dwa średnie banany dziennie i na tym koniec. Jeśli ludzie nie są oporni na insulinę, można zwiększyć średnio do 25 g całkowitej fruktozy dziennie.

Chyba wszyscy będą zdrowi i nikt nie dostanie raka trzustki, bo prawie wszyscy nie przekraczają tej magicznej liczby dwóch średnich owoców dziennie. Okazuje się, że  nie, że nie tylko frutarianie świrują, bo obecnie przeciętna osoba zużywa jednak około 73 gramów fruktozy dziennie, co stanowi prawie 500% przekroczenia dawki. A ciało nie toleruje tego rodzaju nadużyć biochemicznych według dr. Mercoli. Podsumowując, na owoce według dr. Mercoli powinni szczególnie uważać ludzie z wysokim poziomem insuliny, na co wskazuje pomiar insuliny na czczo. (Najlepiej na czczo mieć 2 – 4, ale norma jest wyższa). Albo można ten fakt z góry założyć i bez badania, czyli zespół oporności na insulinę, gdy masz nadwagę, wysoki poziom cholesterolu, wysokie ciśnienie krwi, cukrzycę i zakażenia drożdżowe.

Należy też umiejętnie odczytywać poziom kwasu moczowego, jako markera podatności na uszkodzenia cielska fruktozą, bowiem ludzie różnią się i niektórzy są w stanie bardziej efektywnie przetwarzać fruktozę. Im wyższy masz wskaźnik kwasu moczowego, tym bardziej jesteś wrażliwy na wpływ fruktozy. Najbezpieczniejszy zakres kwasu moczowego występuje pomiędzy 3 i 5,5 miligramów na decylitr (mg/dl), i okazuje się, że ma to też ścisły związek z ciśnieniem krwi, oraz chorobami układu krążenia. Należałoby nawet cieszyć się, gdyby poziom kwasu moczowego był jeszcze niższy, w zakresie od 3 do 4 mg/dl. Przy czym, w polskich badaniach najczęściej padają jednostki umol/l, co należy sobie w necie przeliczyć. Według dr Richarda Johnson’a, idealny poziom kwasu moczowego jest prawdopodobnie na poziomie około 4 mg/dl dla mężczyzn i 3,5 mg/dl dla kobiet.

Czy w takim razie jestem wściekła na dr. Merkolę? Wręcz przeciwnie, bowiem tak jak już wspomniałam, jak każdy lubię wygodne legowisko, ale nigdy nie wyśpię się dobrze, gdy będę miała złom zamieciony pod dywan. Co nie znaczy z drugiej strony, że nie przysoliłabym mu szpilką w goleń. Dobra, są badania z fruktozą, ale ja chcę badań z owocami. Tak jak przebadali brokuła na dziesiątą stronę, tak bym chciała przeczytać klechdę o bananie w laboratorium i jego historię z mikroskopem. Jednak, skoro podobnie jak ja, należysz do wąskiej grupy ludzi, którzy sądzą, że owoce są zdrowe, bez względu na ilość, byle tylko ograniczać tłuszcz do 10% w diecie, to raz, badaj co jakiś czas glukozę na czczo, dobrze byłoby lokować się między 2, a 4, no i sprawdź jak jest z Twoim kwasem moczowym. Czy faktycznie owoce/fruktoza nic złego nie mogą Ci wyrządzić? Wiele osób z nadwagą ma poziom kwasu moczowego powyżej 5,5, a niektóre osoby może nawet bliżej 10. Oczywiście nie każdy zachoruje na dnę moczanową, czy inne choróbsko, ale są poważne przesłanki.

To jest łatwy i praktyczny sposób na to, aby przestać gdybać i zastanowić się nad swoją konsumpcją fruktozy. Gdy jesteś na 811 i musisz dużo węglowodanów jeść, chcąc nie chcąc, stajesz się w przewadze frutarianinem. Jeśli nie jesz żadnych syropów z agawy, klonowych, nie mówiąc o kukurydzianych, jednym słowem, gdy Twoja dieta, to w przewadze surowe owoce i warzywa, a poziom insuliny na czczo jest wporzo, a kwas moczowy mieści się w wymienionych widełkach, myślę, że możesz się cieszyć moim programem Jem i … chudnę, opartym na sporej ilości owoców i warzyw, oraz przerywanym poście. I jeszcze jedno. Dr. Mercola i wielu innych twierdzi, że nie ma czegoś takiego, jak idealna dieta dla wszystkich. Pozwalam sobie jednak z tym twierdzeniem się nie zgodzić, bowiem na tej samej zasadzie, moglibyśmy powiedzieć, że nie ma idealnej diety dla koni, słoni, czy żyraf. A nawet waranów. Jest idealna dieta dla człowieka, to roślinożerstwo oparte na owocach, ale nie każdy jest w stanie ją stosować, bowiem ma zrypane w kichach i saganie. Dopiero wcześniejsze wyprowadzenie organizmu na prostą, pozwala na zastosowanie właściwej diety. Kwas moczowy i mocznik, powinny być niskie, insulina na czczo także, a potem można pachnieć zielonymi jabłkami do woli. Tak czy siak, zapach świeżych jabłek z otworu gębowego, to najpiękniejszy oddech. Naprawdę nie ma się co jarać innym.

No i biegajmyż

owocek

(Visited 8 931 times, 1 visits today)

Komentarze

  1. Piotr Kierus 15 lutego 2015 o 12:48

    Kasa go zabiła.
    Za dużo wydawał na jedzenie.
    Człowiek głodny – lepiej mysli.
    Jednego zabija jedzenie, drugiego narkotyki, trzeciego cukier, lub alkohol – który powstaje z cukru.

    1. pepsieliot 15 lutego 2015 o 13:08

      Zupełnie się z Tobą nie zgadzam, w kwestii kasy

  2. Piotr Dukowski 15 lutego 2015 o 13:39

    Najbardziej zbilansowana dieta – ćwiartka spirytusu i połówka razowca na prawdziwym zakwasie. Taki dowcip krążył ze 40 lat temu z okładem, jak sprawy racjonalnego żywienia zaczęły być ważne. Wcześniej ważne było, by w ogóle się najeść.

    1. pepsieliot 15 lutego 2015 o 15:45

      Cokolwiek nie powiedzieć, to jest najgorsza opcja, żeby przebiec maraton, a nawet 10 kilometrów. Z razowym chlebem w żołądku i po zrobieniu flaszki, to jakiś koszmar byłby,

  3. ell 15 lutego 2015 o 14:30

    Na pewno jest dieta odpowiednia dla wszystkich koni ?
    Np. są konie które nie pociągną na zwykłym jedzeniu i muszą mieć wysokoenergetyczną paszę bo inaczej flak 🙂
    a inne mają wyjątkowe dobre wykorzystanie zwykłego owsa z sianem

    pozdrawiam 🙂

    1. pepsieliot 15 lutego 2015 o 15:42

      To się tylko i wyłącznie wiąże z wydatkiem energetycznym, jak nie pracuje, tylko stoi w stajni, to nie może dostać takiej ilości owsa. No to ja nie mówię,że po i przed maratonem mam zjeść tyle, co kumpela, która spędzi niedzielę przed ekranem, 3 dni się ładowałam węglami zanim przebiegłam 4o kilometrów z hakiem.

      1. Gosia 15 lutego 2015 o 17:34

        Dla wszystkich koni żyjących na wolności. Ciężka praca to wymysł człowieka.

        1. ell 15 lutego 2015 o 22:19

          Gosia, jeśli tak do tego podejść to zgadzam się

      2. ell 15 lutego 2015 o 22:18

        pepsieliot, chodzi mi o przykład z życia wzięty.

        jeden konik 🙂 miał świetną przyswajalność i na zwykłym jedzeniu pracował codziennie i miał siły na znacznie więcej wariactw.

        a drugi porażka energetyczna. miał robione różne badania i weterynarz musiała mu ułożyć specjalną dietę, żeby mógł wykonać tą samą pracę co ten pierwszy.
        miał anemię chyba… już nie pamiętam dokładnie.

        nie chodziło mi o to że jeden miał siedzieć a drugi pracować. Bo obydwa miały być do sportu.
        ale ewidentnie do drugiego konia trzeba było inaczej podejść w kwestii żywienia.

        1. pepsieliot 16 lutego 2015 o 07:00

          Ell przecież napisałam, że mówię o ludziach zdrowych, chorzy zanim będę mogli jeść jak zdrowi, muszą wyzdrowieć i wielu rzeczy nie mogą jeść. Dr.Cousens podczas leczenia cukrzycy w 30 dni, też nie od razu kazał pacjentom odstawić insulinę.

          1. ell 16 lutego 2015 o 20:03

            czepiłam się tylko twierdzenia… tak zrozumiałam, że istnieje idealna dieta dla koni.
            Pewnie istnieje… ale w sporcie jako specjalnie ułożona pod danego konia i jego potrzeby 🙂 inaczej nie będzie wyników, ani zdrowego konia na długie lata.

            Z moich doświadczeń… konie ambitnych jeźdźców wiecznie zmagają się z kontuzjami. Jest powszechny brak wiedzy jak użytkować konie na długie lata w sporcie.
            Sama tego nie wiem 🙂 (ale już się tym nie zajmuje)

            Ludzie odnośnie siebie też bardzo mało wiedzą.
            Dziś jedna Pani przekonywała mnie usilnie że cukier jest zdrowy :O
            Po czym nałożyła sobie margarynę opisując ją jako pychotę :O

            chodziło mi tylko o te konie 😉

            sama bardzo dużo się uczę z twojego bloga 🙂

          2. pepsieliot 17 lutego 2015 o 06:25

            Ell <3

  4. atqa 15 lutego 2015 o 16:34

    Byli i są tacy- jak William Donald Kelley czy dr.Nick Gonzalez- dla których rak trzustki nie oznacza z góry „złego rokowania”czyli przeżywalnosci 12-18mcy przy konwencjonalnej terapii- ale 20lat przy wyborze alternatywnego leczenia.

    (dodatkowo wyżej wymienieni  podobnie jak dr. Mercola, twierdzą że nie ma diety idealnej dla wszystkich)

    Więcej można przeczytać tutaj:

    http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2011/10/09/dr-nicholas-gonzalez-on-steve-jobs.aspx

    http://www.kenayag.com.pl/vademecum-zdrowia/item/17-alternatywne-metody-leczenia-raka.html

  5. Panna Migotka 15 lutego 2015 o 17:01

    Pepsi, a co sadzisz o Starch Solution?

    1. pepsieliot 15 lutego 2015 o 18:28

      Generalnie nie namawiam do gotowania i do skrobi,jeżeli nie 811, to o wiele bardziej przemawia do mnie dieta śródziemnomorska,

  6. Panna Migotka 15 lutego 2015 o 20:04

    Mało komentarzy.Szkoda, bo temat bardzo istotny. Pepsi,przyznam ,ze z lekka przeraziłam się.
    Zahaczyłam o Start Solution, bo w ostatnim czasie mam ochotę na kasze, szczegolnie jaglaną, płatki owsiane i takie tam.Właściwie owsiankę z jaglanką mogłabym jeść codziennie. Plus warzywa. Dobrze się po tym czuję.

    Ale najwazniejsze : moj jarmuz, który póżną jesienia przesadziłam w wielkie donice i postawiłąm na ganku, zazielenił się ! I dostaje małutkie sliczne jarmużowate listeczki! Stoi sobie na słońcu i żyje!
    Ach,aż trzy wykrzykniki , ale cieszę się niepomiernie. Aż go wycałowałam.

    1. zolo du 16 lutego 2015 o 08:27

      Modliszka – wpierw całuje, potem pożera 🙂

  7. karkaa 15 lutego 2015 o 20:17

    kurcze akurat pare dni temu badałam ph i wyszło 8, jestem na 811 od 2mc,owoce jem na śniadanie(codziennie około 6bananów plus inne owoce każdego dnia) i na drugie śniadanio-obiad także owoce,
    mam zbadać cukier?? bo zmartwił mnie ten artykuł delikatnie, kiedyś miałam problem z przyrostem drożdżaków (Candida)

    1. pepsieliot 15 lutego 2015 o 21:52

      karkaa zbadaj i cukier i insulinę na czczo

  8. Summer 15 lutego 2015 o 20:33

    Pepsi, a co sądzisz o takim suplemencie jak wierzbownica?

  9. ell 15 lutego 2015 o 22:25

    jak jak się stresuję to owoce mi najlepiej wchodzą 🙂

  10. agiagi 16 lutego 2015 o 08:16

    A ja bym „twojego” doktora M wysłała do Campbella i niech zrobi porządne badania na milionie osób i nie w warunkach laboratoryjnych na dwóch grubych amerykanach z rakiem na sztucznej paszy. Moj guru Campbell pisze w swojej książce ze badania z zakresu dietetyki są bardzo skomplikowane. Procesy metaboliczne są bardzo skomplikowane. Czułość tych badan jest niewielka znaczy ze wszystkie badania „wyizolowane” można podważyć. Jak weźmiesz trzustkę i fruktozę na blat to i nawet może otrzymasz raka! Ludzie przez 20 lat żyłam w przeświadczeniu ze banany są tuczące!! Jeeezus wszystko są nam w stanie wmówić. Jedzmy jabłka i to w dodatku Polskie jabłka i błagam nie wariujmy – 25 gram fukozy a jak masz błękitne oczy to 17 gram a jak mieszkasz na równiku Raka to 13,5! Nie nie nie! Organizm ludzki jest milion razy mądrzejszy od Dr. M. Syf naokoło bierze się z rozwoju cywilizacyjnego nie z fruktozy. Gorszy wpływ na nas ma skażone powietrze, woda, jesteśmy otoczeni plastikiem, falami magnetycznymi i innymi śmieciami. Biedna fruktoza:(

    1. pepsieliot 16 lutego 2015 o 17:08

      Campbell nie we wszystkim ma rację

  11. Frida 16 lutego 2015 o 10:53

    Pepsi, czy niska insulina i wysoki cukier swiadcza o insulinooporosci?

    1. pepsieliot 16 lutego 2015 o 17:04

      nie, insulina jest wysoka przy insulinoopornosci

  12. Niki 16 lutego 2015 o 11:10

    Właśnie teraz zaczęła się audycja w Trójce nt szczepień, później będzie do odsłuchu na ich stronie

  13. gosia 16 lutego 2015 o 14:14

    czy tu machnęłaś się cyt.-badaj co jakiś czas glukozę na czczo, dobrze byłoby lokować się między 2, a 4,

    1. pepsieliot 16 lutego 2015 o 17:02

      chodzi o insulinę oczywiście

  14. Basia 16 lutego 2015 o 18:53

    Dr Warburg NIE ODKRYŁ, że „cukier powoduje raka” lecz stwierdził, że już istniejące komórki rakowe nie oddychają tlenem lecz czerpią energię z beztlenowej fermentacji glukozy. Ci którzy poszli jego śladem np.dr Evagelos Michelakis, dr Budwig, Torsten Thunberg szukali sposobów aby uruchomić w komórkach nowotworowych enzym oddechowy, przywrócić oddychanie tlenem. Badania na szczurach z guzami nowotworowymi ludzkimi wykazały, że gdy to się uda komórki chore dążą do samounicestwienia. Guzy co najmniej maleją, choroba nowotworowa się zatrzymuje. Czyli glukoza nie jest według dr Warburga przyczyną raka lecz komórki rakowe wykorzystują glukozę do namnażania się. Myślę, że to ogromna różnica.
    Zarówno Gerson jak i Budwig całkowicie zakazują spożywania cukru białego a picie soków także z owoców jest podstawą ich diet leczniczych.

    1. pepsieliot 16 lutego 2015 o 20:03

      Basiu pisałam na poważnie taki artykuł, a teraz po prostu sobie zażartowałam, przełknij już ten kij , a na poważnie dzięki za merytoryczny kom.

      1. Basia 16 lutego 2015 o 20:34

        Nie ma za co:-)

  15. Kasia S 16 lutego 2015 o 23:05

    Pepsi, wspomniałaś że też jeseś za tym aby spożywać niewielkie ilości dobrego jakościowo białka jak radzi Dr. Mercola. Jakie bialko spozywasz?

    1. pepsieliot 17 lutego 2015 o 06:22

      spirulinę i chlorellę, a G. dodatkowo białko z konopi (będzie w następnej kolejności w naszym sklepie)

  16. perlchen1 10 stycznia 2016 o 21:04

    http://wolna-polska.pl/wiadomosci/alzheimer-choroba-karmiona-cukrem-2016-01
    A tu dr Mercola pisze, że cukier/ fruktoza karmi Alzheimera.

    1. pepsieliot 10 stycznia 2016 o 21:21

      Merkola nie zjadł wszystkich rozumów puki co na szczęście, nie wie wiele o surowej diecie wysoko węglowodanowej i nisko tłuszczowej

  17. kiszonka 29 grudnia 2022 o 20:14

    Hej Pepsi 🙂

    A co sądzisz o czystym kanadyjskim syropie kolonowym na specjalne okazje… w sensie np. na dlugie wędrówki piesze, do moczenia języka w pyszności tego gorzkiego, orzeźwiającego płynu dla podtrzymania mocy do dalszej wędrówki?

    Ogólnie sprawdza się, podobnie jak miód, wiadomo, ogromna przewaga fruktozy, ogromna pyszność i energię daje…

    Jest to przystępne na takie okazje, bo trudniej dźwigać wtedy plecak jabłek na plecach… ale jabłka to tez fruktoza głównie w sumie… No i o dziwo miód czy syrop klonowy kończą się wolniej niż jabłka… jabłka padają ofiarą przedwczesnego obżarstwa na szlaku… 😉 A z trzeciej strony – np. banany nie nadają się dla mnie na szlaki, bo banany lubię i toleruję wyłącznie zimne, ciepły banan konczy się nieprzyjemnymi konsekwencjami, coś na kształt biegunki, więc na szlaku mega niepraktyczne… (w ogóle lubię osobiście tylko zimne i mega dojrzałe banany, idealnie cale brązowe…) No i zimne banany i tak by przepadły przedwcześnie (napady ze strony wilków 🙂 więc wygrywa miód… a raz był ten syrop (został mi sprezentowany i mega posmakował… teraz mam wahanie, czy kupić sobie już samodzielnie, oczywiście tylko na specjalną okazję…)

    Swoją drogą kocham fruktozę, ale od jakiegoś miesiąca – dwóch odczuwam spadek konsystencji zdrowotnej i zastanawiam się, co jest problmem, może przeciążona wątroba nadmiarem fruktozy, a moze po prostu za wymuszona zimową aurą termogeneza która jest procesem fizkologicznym ale w głębszym rozrachunku jednak niekorzystnym moim zdaniem (jałowe cykle odtwarzania i rozbijania ATP – krew się ogrzewa, ale jest to jednak ciągły wysiłek metaboliczny po którym wątroba musi dodatkowo sprzątać ustrój).

    Pojawiały się juz głupie, hipochondryczne mysli z dawnych czasów, więc na badaniu krwi dodane zostały parametry trzustkowe i wyszły bardzo ładnie. Więc to nie trzustka, ale wątroba jednak cierpi… ale z jakiego powodu…

    Trójglicerydy wciąż w normie – 94 (norma do 150) ale to jest ta wyraźna tendencja zwyżkowa którą ciągle obserwuję w badaniach krwi – dawniej były te trójglicerydy ponizej 50 u mnie, wręcz za nisko… czyli jakiś stanowczy zwrot, i to paradoksalnie po odstawieniu mięsa i reszty potraw gotowanych (obecnie raz w tygodniu jem ziemniaki i to jest jedyna gotowana rzecz jaką jem praktycznie… nie jem w ogóle przetworzonych produktów).

    Jestem na niskotłuszczówce stanowczo, ale też przesadzam z porcjami jabłek, które kocham najbardziej jednak ze wszystkich owoców… komponent wysokofruktozowy… biorę sie za siłę woli i będę odpowiedni czas testować wiekszy rygor (w praktyce to wygląda u mnie tak, ze zamiast przyrzeczonych sobie 10 jabłek kończę dopiero gdzieś pod 20 – piszę szczerze…).

    Zaczynam szperać, ale lektura przynosi niejasne refleksje. Proces fruktolizy, czyli wykorzystania w wątrobie fruktozy – piękna rzecz. Ale piszę, że tylko 1% fruktozy idzie prosto ku trójglicerydom, a jednak przytłaczająca większość idzie sobie do glikogenu i glukozy, czyli pięknie, bo ciągle ćwiczę i niech się tym cukrem mięśnie pożywią, trzustka daje radę… a jednak coś nie idzie optymalnie.

    Może są jeszcze jakieś alternatywne ściezki, że to przejdzie w trójglicerydy, albo po prostu mam też pod tym względem popsuty metabolizm, że u mnie więcej idzie w trójglicerydy…

    Takie luźne refleksje… Ogólnie wyniki z krwi dodały mi otuchy, mniej głupich myśli co to tam się może wykluwać, wiecej motywacji do testowania i ukierunkowanego działania .

    Jednak niefajny okres ta zima dla metabolizmu… termogeneza to dodatkowy wysilek, u mnie jest jeszcze to osobiste wyzwanie, zeby w tym roku wytrzymac w temperaturze 23 stopni zamiast 25-26 w domu (dla dobra klimatu, na przekór wyzyskiwaczom paliw kopalnym)… i to jednak… boli… mentalnie juz nie, rytuały ubierania się zostały przyswojone, ale to jest jednak męczarnia… od czasu zmiany diety uwielbiam wysokie temperatury, niskie są okropne… Ale nie łamię się w tym postanowieniu na razie.

    Od dwóch miesięcy jakies nie do konca wyleczone przeziębienie, niefajnie tłuste i skąpe masy k…. (to mnie najbardziej niepokoi), no ale teraz czuję, że jak trochę postawię tamę tym jabłkom (no cóż, potrafi szkodzić to, co najbardziej kochamy…) to może sie polepszy i jakoś tę zimę przetrwam…

    Takie luźne impresje… mimo że jem raz w tygodniu te gotowane ziemniaki w mundurkach i jem tran, to wydaje mi się, ze jakoś można podpiąć moją osobistą dietę pod witarianizm, całą resztę jem owocowo-warzywną, surową. Nie jem też oczywiście zbóż (glutenopodobnych również), nie jem strączkowych no i oczywiście nabiału też nie. Nawet… kiszonki nie są juz moim znakiem rozpoznawczym, bo ograniczam (też stanowią obciążenie dla wątroby w gruncie rzeczy, ale nie najgorsze z mozliwych), niemniej przyznaję że teraz zimą trudno się od nich odciąć.

    No ale oczywiście jem ogromne masy jedzenia, nie chcę tego spisywać, nie chcę się przyznawać… pojawia się ta wibracja wstydu, bo jestem z backgroundu kompulsywnego, kocham jeść, usta kochajace jeść… jedzenie zawsze było tylko i wyłącznie czystą rozkoszą, bez buntu, ale owszem, pewne napady wilczego głodu to reakcja czysto stresowa, reakcja, i ego nieźle zawsze na niej pogrywało, zsyłajac poczucie winy, że skoro czuję ewidentny ból w trzewiach z powodu choćby samej objętości jedzenia, to nie jest to przecież dla mnie zdrowe…

    Teraz jestem w lekkiej niedowadze wciąż, mimo tych ogromnych ilości jedzenia, ale waga nigdy nie miała dla mnie znaczenia, tylko jest to poczucie winy, że nie znając umiaru, po prostu sobie szkodzę, i muszę tak bardzo nad sobą panować… no muszę, co zrobic, to jest ta dodatkowa praca nad sobą do odrabiania zawsze, bez taryfy ulgowej…

    1. Pepsi Eliot 30 grudnia 2022 o 06:49

      Hej Droga Kiszonko, syrop klonowy jest ok, był nawet na blogu wpis o syropie klonowy (że jest naprawdę prozdrowotny), ale w wyniku przenosin bloga sporo wpisów przepadło. To nie to samo co syrop z kukurydzy, czy nawet z agawy.
      Kupa klejąca niekoniecznie musi być tłusta, naprawdę niepokojące są kupy, które pływają, a nie wpadają w czeluść kibla. A Twoja trzustka jest ok, więc nie ma się co martwić.
      Inną sprawą jest, że przy tak dużej ilości jedzenia, wydalasz tak małą masę kałową, co sugeruje, że masz niepełne wypróżnienia.
      Robiłabym przez pewien czas lewatywy z kawy, rumianku, czy nawet witariaańskiego moczu.
      Post przerywany jest dobrym rozwiązaniem dla wilczych apetytów, po prostu po pewnej godzinie nie ma już myślenia o jedzeniu, a jesteś tak nażarta oknem z jedzeniem, że masz to ułatwione 🙂
      ściskam

      1. kiszonka 30 grudnia 2022 o 08:16

        Dziękuję Pepsi 🙂

        Zacznę od walki o skrócenie okna jedzeniowego, rozlazło mi się niestety ostatnio.

        Jakieś zaparcie niestety jest. Raz dziennie to za mało (i jeszcze w napięciu i wyczekiwaniu, żeby choć to trochę, żeby choć raz), zwłaszcza że przez dłuższy czas była już fajna stabilizacja – 2 lub 3 razy dziennie, i objętość adekwatna, było to uczucie, że nic nie zalega w organizmie, a teraz zrobiło się mniej fajnie.

        Ta zima po trochu robi swoje, ale też wiem, że np. większy komponent wysiłku tlenowego pewnie lepiej by przepalał tę energię. Ale tu leży kłodą moja powolność – biegam dwa razy w tygodniu i to jest niewątpliwie wysiłek tlenowy, ale już np. basen w moim wydaniu jest za wolny no i na siłowni czy w domu też ćwiczę ekstremalnie wolno. Ale siłownię i te powolne ćwiczenia uwielbiam, kiedy bieganie to wciąż największa walka ze sobą.

        Muszę pozbierać wszystkie elementy, na które mam wpływ i udoskonalić, nie folgować wygodzie. Ze mną jest też ten problem, że dla mnie żadna dieta nie jest wyrzeczeniem, bo tak naprawdę wszystko mi smakuje, wszystko lubię jeść, więc jak się biorę czy za jabłka, czy za banany, to nigdy to nie będzie w moim wydaniu „skromny wikt” to jest szał ciał 😉

        Jest też jeszcze taki aspekt, że większa podaż fruktozy może stymulować wątrobę żeby uwalniać jeszcze więcej tłuszczu… nie jest stłuszczona, ale i tak jakieś glębsze zasoby tłuszczu moze jeszcze mieć… ale to by oznaczało kolejną fazę niemiłego detoksu, niedlugo minie dopiero pieć miesięcy od mojego odstawienia mięsa… nie wiem, może to jakiś kolejny etap tego, a może to nie ten trop.

        Ubolewam, że nie mam tłuszczu podskórnego (nigdy go u mnie nie było nawet przy wadze 140 kg) ale to chyba cecha czysto genetyczna/osobnicza i tłuszcz podskórny nie jest uniwersalny dla ludzi… Możliwe, że ludzie którzy mają ten tłuszcz, lepiej tolerują zimno zewnętrzne, choć nie wiem, nie jestem w ich skórze… z drugiej strony te komórki tłuszczowe też muszą zostać odżywione i też ogrzane, więc konsumują energię… ale mogą też zostać spalone, a to już bardziej scenariusz pod kątem snu zimowego, a przecież nawet Innuici w sen zimowy nie zapadają, choć ich życie w trakcie nocy polarnej na pewno ma w sobie elementy stagnacji i kto wie czy ich metabolizm trochę nie wkracza na te ścieżki… No ale za sen zimowy bardziej niby powinien odpowiadać ten komponent brązowego tłuszczu, a jego nigdy nie ma u człowieka w imponujących ilościach, tak jak u niedźwiedzia. Ale nawet u niedźwiedzia te komórki przecież nie służą do ogrzewania ciała (wręcz przeciwnie! trzeba ponieść wydatek, żeby je ogrzać), ale do karmienia organizmu, gdy śpi i nie je… a do izolacji cieplnej służy przecież gruba, gęsta sierść, jak się zwierze napuszy, to wydaje się nam dwa razy grubsze niż jest, a to przecież nie jest tłuszcz tylko zwykła sierść…

        Tak czy inaczej ja rezonuję z poglądem, że podstawową rolą komórki tłuszczowej w ludzkim ciele jest… magazynowanie toksyn, które deponuje/przekierowuje tam wątroba, gdy nie może wydalić ich bezpiecznie do żółci i w ten sposób powoli wydostać na zewnątrz. Komórki tłuszczowe są bardzo stabilne i bezpieczne, ale wymagają wydatków energetycznych, by je utrzymać przy życiu, no i swoim metabolizmem nadwyrężają też oczywiście metabolizm. Ale każda porcja wypalonego tłuszczu to powrót toksyn do obiegu, wątroba znowu zapakuje małą porcję do żółci, w jelicie grubym niestety znów lwia część tego się wchłonie z powrotem i tak w koło, ale po trochu szansa na pozbycie się toksyn jest… Spirulina może wspierać i dobry roślinny błonnik. Część tych recyrkulujących toksyn zawsze jednak będzie stresem i zagrożeniem dla ustroju, część może uszkadzać komórki nerwowe, dlatego wątroba znowuż jawi się w centrum, bo od jej mozliwości zależy, czy sprawnie znowu zbierze te krążące resztki. Stąd oczyszczanie wątroby to dla mnie trochę oksymoron, bo to wątroba nas oczyszcza a nie my ją, no chyba że wlewamy w siebie to, co wątroba pilnie musi zneutralizować czyli sami odbieramy jej szansę, żeby sprzątnęła też te głębsze pokłady. Zastanawiam się, czy folgując sobie z dużą podażą fruktozy też daję w tym momencie wątrobie w twarz – owszem, fruktoza to jej pokarm, ale jak jest nadmiar, to musi go jakoś neutralizować i w ten sposób zabieram jej i sobie energię na głębsze oczyszczanie. No i ta termogeneza, wątroba musi robić te jałowe cykle ATP jeszcze na dodatek i jeszcze musi wyłapać wszelkie błędy, wszelkie odpadki jakie też tu zawsze powstają… Więc zimą wątroba pracuje w naszej szerokości geograficznej na pewno mocniej…

        A tarczyca? Ona szczerze mówiąc jakoś zupełnie nie pasuje mi do tej układanki, chyba że przedstawię ją jako… czarny charakter, pasożyta wewnętrznego, coś jak wypustka – koń trojański układu nerwowego w desancie na życiodajne zasoby wątroby. Tarczyca kojarzy mi się z reakcją, organizm w panice napina cugle i wola – grzej, grzej, dawaj, próbuje hormonami wymusić na wątrobie jeszcze większą termogenezę i dodawanie do pieca, nawet w środku lata, jeśli myślimy o klasycznej nadczynności… tym to jest zawsze gorąco, ja marznę, a oni by jeszcze otwierali okno… Ale organizm faktycznie jakby się przepala, złe skutki dla serca, agresja, ale też rewelacyjna wydolność…
        A niedoczynność? Obstawiam, że to jest ten sam mechanizm, tzn. że układ nerwowy z jakiegoś powodu krzyczy: grzej! – ale… tutaj już nie ma tak lekko, bo organizm… jednak się broni, jednak nie chce grzać… mówimy – tarczyca niedoczynna, ale dopiero w zaawansowanych przypadkach faktycznie spada ponizej normy poziom hormonów T3 i T4, natomiast wcześniej są dysproporcje innych hormonów, wysokie TSH, a jednak organizm nie chce doprowadzić do tego przegrzania, gasi wręcz tarczycę wapnem, a w gorszych przypadkach pojawia się rebelia przeciwciał, które mówią tej tarczycy – weź cicho siedź… no właśnie, i znowuż zamiast skupiać się na tarczycy, dobrze byłoby odciążyć wątrobę, to wtedy ona będzie miala siłę na termogenezę, i będzie organizmowi cieplej, i wtedy nawet TSH spadnie bo układ nerwowy zrozumie, że nie jest zimno…

        Innym takim wewnętrznym pasożytem wydaje mi się rdzeń nadnerczy (adrenalina), czyli że w ciele istnieje pewien dualizm – komórki nerwowe, wyspecjalizowane w bodźcowaniu, w reakcjach, potrzebują ogromnej ilości energii do konsumpcji, nie będąc zdolne do bardzo wydajnego prowadzenia całego procesu energetycznego – kontra komórki wątroby, które nie są wyspecjalizowane, ale mają ogromne możliwości wytwórcze/przetwórcze, są niesamowitym źródłem energii (owszem, cudzożywnej, nie mają niestety chloroplastów jak komórki liści roślinnych). A więc komórki nerwowe i wątrobowe żyją w jednym ciele… Czymś pośrednim są komórki mięśni szkieletowych… zawierają zarówno komponent przewodnictwa elektrycznego, reakcji, przypominają trochę komórki nerwowe, ale jednocześnie potrafią konsumować glukozę, nie działają tak imponująco jak wątroba, ale są też przetwornicami energetycznymi.

        Tarczyca i rdzeń nadnerczy to silny komponent współczulny, to jakby agenci komórek nerwowych usiłujący wywrzeć wpływ na komórki wątrobowe, odżywcze. A kora nadnerczy (kortyzol) i przytarczyce (para-T-hormon) to jakby jednak komponent przywspółczulny, dający tamę reakcji, wspierający organizm w sytuacji, gdy wahadła reakcji za bardzo się wymykają spod kontroli. Kortyzol chroni przed ekspresją adrenaliny, a jak patrzę na para-T-hormon i jego rolę w uwalnianiu wapnia do krwi, to też mi się wydaje, że to jest mechanizm obronny, pewna alkalizacja, właśnie zalanie tej tarczycy wapniem gdy jest już tak nieznośna… a zwapnienie tarczycy jest przecież odwracalne (u mnie kiedyś było i ustąpiło – ślad po zapaleniu, bez nadwyrężenia przeciwciał), w odróżnieniu od nierównowagi przeciwciał, która może się ciągnąć latami.

        1. Pepsi Eliot 30 grudnia 2022 o 10:26

          tak, dlatego unikam sformułowań: oczyszczanie wątroby, za to upieram się o pomocy (np 4 szklanek) wątrobie w jej samooczyszczaniu. Np, gdy problem gospodarki tłuszczowej jest w miarę rozwiązany, wątroba ma więcej sił do oczyszczania. Pomoc w wyprowadzaniu toksyn też jest możliwa.
          Co do toksyn w krwi, tak, dlatego na przykład ciągłe wahania wagi są niezdrowe, lepiej nie chudnąć wcale niż narażać się na masę tłuszczu i syfu we krwi w związku z nową kuracją odchudzającą. Odchudzajmy się raz, ale konsekwentnie i porządnie. Efekt jojo jest nie tylko niefajny wizualnie, czy mentalnie dla zainteresowanego, ale to katorga dla wątroby.
          Z tym uczuciem zimna, oczywiście często wiąże się niedoczynność, czy w inny sposób spowolniony metabolizm. Wysoko energetyczny pokarm surowy również bardzo schładza ciało, zresztą owoce tropikalne do tego służą. Ale po pewnym czasie to mija i robi się wręcz cieplej. Przez pierwszy rok na witarce jadłam w kurtce puchowej.

          1. kiszonka 30 grudnia 2022 o 18:23

            Dziękuję ci bardzo, Pepsi, za pomoc i dodanie otuchy.

            Możliwe że to właśnie to małe nurkowanie lekko w dół, żeby potem było lepiej. To już trzy lata od początku mojej jedzeniowej, stopniowej przemiany (nie, to nie było postanowienie noworoczne, zaczęło się około połowy grudnia, czyli… tuż przed okresem świątecznego obżarstwa 😉 ) i wiem, że to nie przebiega po jednej linii nieprzerwanie wznoszącej.

            Tak też zresztą u mnie było – trzy ogromne schudnięcia wcześniej w moim zyciu, bardzo szybkie, ale po omacku i bez głębszej motywacji, więc za każdym razem było jojo i silą rzeczy mój metabolizm jest nieźle pokręcony, a toksyny mogą we mnie jeszcze siedzieć wiele lat, a fale detoksu powracać.

            A dzisiaj czuję się mocniej!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Sklep
Dołącz do Strefy VIP
i bądź na bieżąco!

Zarejestruj sięZaloguj się

TOP

Dzień | Tydzień | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum