Dlaczego niskie wibracje, chaos i nadwaga rozwalą Twoją dziecięcą radość życia?
  • 44Autor:44

Dlaczego niskie wibracje, chaos i nadwaga rozwalą Twoją dziecięcą radość życia?

Dodano: 40

Ponieważ Wszechświatem rządzi prawo rezonansu.

Wysokie przyciąga wysokie, a niskie przyciąga niskie. I nie ma od tego odwołania. Komć: Moja teoria jest taka, że ciąży nade mną jakaś klątwa. Ale skąd, za co i kto mi to kuku robi, to nie wiem? A tak naprawdę i tak w klątwy nie wierzę, bo ostatnimi czasy jestem ateistką.  (...) A potem się dowiaduję, że mogę skończyć z tym wszystkim. To ja chcę, ale nie wychodzi mi to. Ciągle dzieje się coś złego. Mam firmę transportową (nie lubię tego). Teoretycznie powinnam mieć kupę kasy, albo chociaż sporo, ale ciągle powtarza się jeden schemat: – o wpłynęły pieniądze na konto, cudownie, zapłacę zaległy ZUS i księgowość i zaraz dostaję telefon, że mój pijany kierowca rozwalił mi nowe auto… I za jakąś chwilę, wychodzę troszkę z tej dziury, wpływa troszkę pieniędzy i dowiaduję się, że mój mąż zapomniał sobie wypowiedzieć ubezpieczeń i nagle z 20 tysięcy robi się 60 tysięcy, które muszę zapłacić. Ale też staję na nogi, natomiast za chwilę ktoś/coś mnie kopie i znowu spadam w czarną dziurę. Mój mąż doprowadza mnie do szału, dla niego nie ma żadnych problemów. Chyba, że przychodzi koniec miesiąca i trzeba zapłacić kredyt jego mamy, to wtedy pieniądze odzyskują wartość. Moich rodziców nienawidzę boleśnie. Ale to już inny dół… I tak sobie żyję w głównej mierze w czarnej dziurze, czasem płytszej, czasem głębszej. Kiedy moje dzieci miały 1 roczek, komornik zlicytował moje mieszkanie, kupił go okoliczny bandzior i powiedział, że jeśli nie chcę żeby stało się coś moim dzieciom, to lepiej żeby mnie rano nie było. Wyszłam szlochając z rzeczami w workach na śmieci… Rodzice pozwolili nam zamieszkać w swoim brudnym, niedokończonym, śmierdzącym domu. I tak mieszkam… A teoretycznie powinno być pięknie… Bardzo przytyłam i nie chce mi się nawet ubierać po ludzku, właśnie kończy mi się paczka czipsów i to mnie jeszcze bardziej przytłacza… A kiedyś praktykowałam dzogczen (buddyzm) i od mojego ówczesnego przyjaciela i mistrza na ten czas dostałam przekaz, weszłam w naturalny stan umysłu, zobaczyłam coś, COŚ. Nie mogę teraz tam wrócić, nie wiem jak? Jestem chyba zbyt nieszczęśliwa i nie wiem jak wyjść z tej parszywej dziury. Zaakceptowałam stan w jakim jestem, ale nie wiem co dalej? Czasami wpadam w taką nienawiść do całego tego świata, moich rodziców którzy mieli i mają mnie i swoje wnuki w dupie, do mojego wiecznie radosnego męża, do ludzi którzy robią kuku dzieciom, innym, zwierzętom, że wydaje mi się, że spalę się jak pochodnia w gniewie i nienawiści… Często, od lat czytam Pepsi, wtedy pomagają mi nawet teksty o brukselce 😉 Na jakiś czas się wyciszam, jest mi dobrze, medytuję, czasem też ćwiczę i zdrowo się odżywiam, a potem wpadam do czarnej dziury… No i nawet nie mam na imię Alicja 🙁

Przede wszystkim dzięki za tego komcia. Sugestywny i poruszający, a przy tym zgrabnie piszesz, pomyśl o tym. Oczywiście nie zaakceptowałaś tego, czego doświadczasz, ale nie zamierzam Cię łapać za słówka. Żyjesz w oczekiwaniu. Oczekujesz czegoś od rodziców, od męża, od otoczenia. Spodziewasz się sprawiedliwości, dłuższego ciągu sukcesów bez porażek, spodziewasz się wzrostu. Po pierwsze ciągły wzrost jest niemożliwy i okazałby się zgubą, doprowadziłby do karykatury, wynaturzenia, do monstrum. Nic nie może ciągle wzrastać. Spójrz na otaczający Cię świat, który dąży do równowagi wzrostu i rewolucji. Ale nie o tym będę teraz nawijać. Twoja postawa jest roszczeniowa, masz innym za złe, nie okazujesz wdzięczności za zdobyte doświadczenia, zaglądasz darowanemu koniowi w zęby, oczekujesz, żeby inni się zmienili, sądzisz, że to co Ci się przydarza "złego" jest winą innych, lub złego losu, jakiejś klątwy, czy karmy. Przy czym przewrotnie zaznaczasz, że jesteś ateistką. Przy okazji zdanko w temacie ateizmu. Ateizm jest tym samym co wiara. Jest to prostu druga strona tego samego medalu. Tylko ślepiec musi wierzyć w światło słońca, a Ty po prostu możesz zobaczyć, najzwyczajniej poznać i  wiedzieć. Czy wierzysz, czy nie wierzysz, tak czy siak żyjesz w niewiedzy. Nie ma potrzeby w nic wierzyć, ani nie wierzyć, skoro możesz  po prostu samej poznać. Matrix religijny narzuca obowiązek wiary, po czym rozlicza z niej innych. Ateizm stawia na niewiarę. Nonsens, po prostu zobacz jak jest i dowiedz się. Natenczas koniec dygresji o wyższości światłych ateistów nad ciemnymi wierzącymi, czy też odwrotnie. Wszystkie Twoje problemy są Twoim hologramem, są Twoimi programami, to Twoje lustro. Dopóki nie pojmiesz, że tylko poprzez zmianę siebie samej będziesz mogła odmienić odbicie w lustrze, dotąd będziesz tak oscylowała z tendencją do bycia w dole amplitudy drgań. Przebywasz w niskich wibracjach obwiniania ludzi i zdarzeń, co powoduje, że rezonujesz z kijowo niskimi wibracjami kolejnych doświadczeń. Jednak wszystko dzieje się po to, żebyś dostrzegła jak się sprawy mają, żebyś okazała wdzięczność za te doświadczenia i mogła w końcu ruszyć ze skrzyżowania. Ale nic na siłę, gdy nie skumasz o co w tym biega, nigdy szczerze nie okażesz wdzięczności. Oprócz Jezusa nikt nie kochałby Stalina. Gdy zaczniesz rozumieć co się dzieje, że wszystko co potrzebujesz już masz w sobie, czyli pod ręką, będzie to pierwszy krok do przebudzenia. Każdy następny będzie podwyższał Twoje wibracje i zaczniesz rezonować z coraz bardziej sprzyjającymi Ci wydarzeniami, ludźmi, akcjami. Rodzice wcale nie muszą szczególnie zajmować się dorosłymi dziećmi, ani ich dziećmi. To raczej Ciebie łączy nierozerwalna nić z Ziemią poprzez Matkę, ale o tym nie teraz. Tak, czy siak, to jest po Twojej stronie. Gdy obraz, który widzisz nie podoba Ci się, gdy każdego dnia grasz w grze, która nie jest zabawna, gdy widzisz przede wszystkim niepowodzenia już jest nieźle. Bowiem wszyscy przebudzeni, na czele z Atishą powiedzą Ci, że trzeba zacząć od zepsutego, niezadowalającego, gdyż wszystko się przeobraża. A więc, po wzroście musi nastąpić chociaż lekkie ochłodzenie rynku. Dlatego gdy świadomie zaczniesz od dołu kryzysu, przed Tobą pewność, że wejdziesz na ścieżkę wzrostu. Kreacji, spełnienia, radości.

Na razie śpisz jeszcze głęboko, gdyż obwiniasz świat, zamiast jak najszybciej samej się zmienić. Ludzi trzeba kochać, takimi jakimi są Bridget. Jednak nie można się zmusić do miłości, to nadejdzie samo. Zaakceptuj jak jest, bo to Twój program i Twój hologram. Gdy zrozumiesz, wówczas zaakceptujesz. Więc zacznij od skumania. Gdy Ty się zmienisz, zmieni się wszystko wokół Ciebie. Ci nisko wibrujący ludzie i sytuacje odpadną, nie będą Cię dotyczyć. A Ty będziesz dryfować wyżej, coraz wyżej i w końcu wysoko. Oczywiście z lekkimi wychyleniami amplitudy, oscylując w równowadze, bez zamartwiania się i lęków, ale i bez chorej ekscytacji. Na luzie, spokojnie, z półuśmiechem Foresta Gumpa.

Niczego nie oczekuj  od innych, gdyż wszystko co Cię może radośnie wyciszyć, masz już w sobie, tylko po to nie sięgasz.

Nadwaga i chaos, jedno bez drugiego nie egzystuje

Polecam Ci odautomatyzować każdą czynność, w tym myślenie i generalnie życie, oraz  program Jem i chudnę z przerywanym postem. Zostań chudą obserwatorką siebie samej. I wygrałaś w tej grze.

Lovciam:)

 
 40
  • Monika   IP
    Od późnego dzieciństwa przez całą szkołę podstawową miałam problemy z akceptacją przez otoczenie. Nie wiem z czego to wynikało ale źle się czułam wśród kolegów z klasy a oni wykorzystywali to i zdarzało się, że byłam obiektem kpin i docinek. W tym czasie, żeby trudny dla mnie czas jakoś przetrwać skupiałam się na sobie, na swoich reakcjach, na zaciśniętym kciuku gdy musiałam wyjść do tablicy, na oddechu i biciu swojego serca gdy wchodziłam do szatni pełnej koleżanek, na małym palcu u nogi...dawało mi to wewnętrzny spokój, myślałam, że tylko moje ciało jest wystawione na widok i pośmiewisko a nikt nie wie co jest we mnie w środku, nikt nie wie, że słucham swojego oddechu, nikt nie ma do mnie dostępu...
    W szkole średniej wszystko się zmieniło, i już nie miewałam podobnych sytuacji, z małymi wyjątkami. Ale to przez wieloletnie doświadczenia został we mnie ślad i w sytuacjach stresowych, niepewnych uciekałam się do opisanej techniki. Jestem bardzo świadoma swojego ciała, potrafię zamknąć się w sobie i wiem że ludzie przez ten czas widzą mnie tylko na zewnątrz. To dodaje mi sił i mam świadomość, że mam gdzie uciec. Uciekam w głąb siebie. W moim życiu - chyba ze względu na przeszłość -pojawiła się nerwica lękowa, którą samodzielnie udało mi się okiełznać.
    Jestem już bardzo dojrzałą kobietą, która w życiu spotkała się z niejedną sytuacją, potrafię wyciągać wnioski, analizować, rozwiązywać problemy, walczyć o siebie i o innych.
    Zastanawiam się tylko, co dała mi ta obserwacja i to trwanie w "tu i teraz". Teraz często zmagam się ze stresem, który sama sobie funduję. Więc uciekam w głąb siebie, obserwuję siebie i swoje reakcje, nie oceniam. Trwam. Jednak moje problemy z ciągłą irytacją, pośpiechem, nerwowością nie mijają. Nie staję się lepsza, nie wibruję wyżej, nie zmieniam nic w sobie bo nie umiem. I to mnie smuci. Dlaczego jestem nerwowa, dlaczego wszędzie się spieszę i nigdy nie mogę zdążyć. Obserwuję ludzi wokół siebie, znajomych, rodzinę i widzę, że każdy ze spokojem wykonuje różne czynności i zawsze ze wszystkim zdąży a ja wiecznie się spieszę, poganiam innych i tak nie wyrabiam się z tym co powinnam.
    Pepsi jak to jest?
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 1
    • Maggie   IP
      Kamma może tez uwierzyłas w siebie gdy wyleczyłam synka i to dało ci pewność ze ze wszystkim sobie poradzisz i lęki odeszły...
      Najczęściej boimy się o to ze nie poradzimy sobie w życiu :)

      Piękna historia !
      Pozdrawiam ciepło
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • Kamma   IP
        Skoro się juz ostatnio odważyłam napisać, to napiszę też teraz, jak ja wyszłam ze swojego dołka. U mnie było trochę inaczej - nie wiem, czy lepiej czy gorzej, bo poza rozwodem rodziców, to życie jak z bajki. Pasmo sukcesów: wymarzone studia, wymarzona praca, wymarzony przystojny mąż, fajne towarzystwo, świetna i dobrze płatna praca, w dodatku bezstresowa, wesele księżniczki, nawet prawko zdałam za pierwszym razem :-) Urody, inteligencji i poczucia humoru też mi nie brak. Mimo tego bardzo często czułam się mega h..... i wszystkich dookoła o to obwiniałam. W dużej mierze obwiniałam rodziców, ale to przenosiło sie na męża, przyjaciół a jak urodziłam dziecko, to zdałam sobie sprawę, że to samo prędzej czy później powtórzy się w stosunku do córki. No i wszytsko było do przeżycia dopóki nie pojawila się córa. Po powrocie do pracy z macierzyńskiego życie mnie przygniotło. Nie, nie siedziałam i nie płakałam, ale żyłam w totalnym stresie i ze wszystkimi się kłóciłam. Każda czynność była mega ciężka. Wieczorem bałam się usiąść, bo jak już usiadłam to nie miałam siły wstać, żeby się wykąpać, nie wspominając o innych obowiązkach. W pracy było ok, bo akurat miałam light, ale już droga do domu, po dziecko do żłobka to ciągły stres. A nic wielkiego się nie działo - ot problemy młodej mamy. Wtedy pojawiły się pierwsze problemy zdrowotne. Chodziłam teź na terapię do psychologa, która pozwoliła mi parę rzeczy poukładać, ale pewnie trwałaby do dziś, gdyby nie druga ciąża. No i po urodzeniu drugiego dziecka po kilku tygodniach euforii (hormony zrobiły swoje) zaczęła się jazda z atopowym zapaleniem skóry syna. Stan taki, kiedy to lekarze w szpitalu załamują ręce. Intuicyjnie odrzuciło mnie od alopatów. Trafiłam do dietetyka. Dieta i naturalna pielęgnacja pomogły, ale mielismy mega dużo wyłączeń. Skupiłam się więc na gotowaniu. Szukałam przepisów, planowałam zakupy, szukałam dobrych źródeł i na okrągło gotowałam. Byłam w swoich działaniach ortodoksyjna. Rodzina dziwnie na mnie patrzyła, ale robiłam swoje i troche się odcięłam od znajomych, żeby się wszystkim nie tłumaczyć. Po wyleczeniu syna uwierzyłam, że mogę wszystko i stopniowo moje życie stało się lepsze. Kocham i jestem kochana, zniknęły lęki, znalazłam czas dla siebie, potrafię powiedzieć, czego potrzebuję, np. mężowi. Skupiam się na ważnych dla mnie rzeczach, Przestalam oceniać, tzn. oceniam ale jakoś tak mniej :-) Upraszczam swoje życie. Idę do przodu. Nie wiem, czy się budzę, kij z tym. Wiem, ze jest dobrze. Do przebudzenia pewnie długa droga, ale ostatnio do mnie dotarło, że to moje gotowanie, to była taka moja forma medytacji. Nad tymi garami potrafiłam być tu i teraz i chyba dlatego tak się w tym zapędziłam, bo mnie to relaksowało. Teraz to już rutyna, więc medytacji też takiej nie ma, ale spoko - znajdę sobie nowy sposób :-) I tylko czasami sobie myślę, czy to nie podstępne ego mi mówi, że jest dobrze, bo akurat wszystko idzie dobrze. Jak sobie poradzę, jak coś pójdzie nie tak. Że może powinnam być czujna? Ale zaraz potem przychodzi myśl, że przecież przez większość życia było dobrze, a ja czułam się źle. Teraz po raz pierwszy czuje się dobrze, spokojnie, nie gorsza ani nie lepsza od innych. Ja to ja i tyle.To może jednak jakiś kroczek do przebudzenia poczyniłam :-)
        Mam nadzieję, że moim komentarzem dodam potrzebującym trochę siłki :-) A z porad praktycznych polecam jeszcze zrzygnowanie z telewizji. Nie oglądam w domu. Właśnie jestem w hotelu na urlopie i trochę z ciekawości popatrzyłam na polskie stacje w deszczowy dzień. O matko! Pomyślałam, że odcięcie od tej papki też mi na pewno dobrze zrobiło.
        Dodaj odpowiedź 0 0
          Odpowiedzi: 0
        • Kamma   IP
          Skoro się juz ostatnio odważyłam napisać, to napiszę też teraz, jak ja wyszłam ze swojego dołka. U mnie było trochę inaczej - nie wiem, czy lepiej czy gorzej, bo poza rozwodem rodziców, to życie jak z bajki. Pasmo sukcesów: wymarzone studia, wymarzona praca, wymarzony przystojny mąż, fajne towarzystwo, świetna i dobrze płatna praca, w dodatku bezstresowa, wesele księżniczki, nawet prawko zdałam za pierwszym razem :-) Urody, inteligencji i poczucia humoru też mi nie brak. Mimo tego bardzo często czułam się mega h..... i wszystkich dookoła o to obwiniałam. W dużej mierze obwiniałam rodziców, ale to przenosiło sie na męża, przyjaciół a jak urodziłam dziecko, to zdałam sobie sprawę, że to samo prędzej czy później powtórzy się w stosunku do córki. No i wszystko zreztą było do przeżycia dopóki nie pojawila się córa. Po powrocie do pracy z macierzyńskiego życie mnie przygniotło. Nie, nie siedziałam i nie płakałam, ale żyłam w totalnym stresie i ze wszystkimi się kłóciłam. Każda czynność była mega ciężka. Wieczorem bałam się usiąść, bo jak już usiadłam, to nie miałam siły wstać, żeby się wykąpać, nie wspominając o innych obowiązkach. W pracy było ok, bo akurat miałam light, ale już droga do domu, po dziecko do żłobka to ciągły stres. A nic wielkiego się nie działo - ot problemy młodej mamy. Wtedy pojawiły się pierwsze problemy zdrowotne. Chodziłam też na terapię do psychologa, która pozwoliła mi parę rzeczy poukładać, ale pewnie trwałaby do dziś, gdyby nie druga ciąża. Po urodzeniu drugiego dziecka po kilku tygodniach euforii (hormony zrobiły swoje) zaczęła się jazda z atopowym zapaleniem skóry syna. Stan taki, kiedy to lekarze w szpitalu załamują ręce. Intuicyjnie odrzuciło mnie od alopatów. Trafiłam do dietetyka. Dieta i naturalna pielęgnacja pomogły, ale mielismy mega dużo wyłączeń. Skupiłam się więc na gotowaniu. Szukałam przepisów, planowałam zakupy, szukałam dobrych źródeł i na okrągło gotowałam. Byłam w swoich działaniach ortodoksyjna. Rodzina dziwnie na mnie patrzyła, ale robiłam swoje i troche się odcięłam od znajomych, żeby się wszystkim nie tłumaczyć. Po wyleczeniu syna uwierzyłam, że mogę wszystko i stopniowo moje życie stało się lepsze. Kocham i jestem kochana, zniknęły lęki, znalazłam czas dla siebie, potrafię powiedzieć, czego potrzebuję, np. mężowi. Skupiam się na ważnych dla mnie rzeczach, Przestalam oceniać, tzn. oceniam ale jakoś tak mniej :-) Upraszczam swoje życie. Idę do przodu. Nie wiem, czy się budzę, kij z tym. Wiem, ze jest dobrze. Do przebudzenia pewnie długa droga, ale ostatnio do mnie dotarło, że to moje gotowanie, to była taka moja forma medytacji. Nad tymi garami potrafiłam być tu i teraz i chyba dlatego tak się w tym zapędziłam, bo mnie to relaksowało. Teraz to już rutyna, więc medytacji też takiej nie ma, ale spoko - znajdę sobie nowy sposób :-) I tylko czasami sobie myślę, czy to nie podstępne ego mi mówi, że jest dobrze, bo akurat wszystko idzie dobrze. Jak sobie poradzę, jak coś pójdzie nie tak? Że może powinnam być czujna? Ale zaraz potem przychodzi myśl, że przecież przez większość życia było dobrze, a ja czułam się źle. Teraz po raz pierwszy czuje się dobrze, spokojnie, nie gorsza ani nie lepsza od innych. Ja to ja i tyle.To może jednak jakiś kroczek do przebudzenia poczyniłam :-)
          Mam nadzieję, że moim komentarzem dodam potrzebującym trochę siłki :-) A z porad praktycznych polecam jeszcze zrzygnowanie z telewizji. Nie oglądam w domu. Właśnie jestem w hotelu na urlopie i trochę z ciekawości popatrzyłam na polskie stacje w deszczowy dzień. O matko! Pomyślałam, że odcięcie od tej papki też mi na pewno dobrze zrobiło.
          Pozdrawiam
          Dodaj odpowiedź 0 0
            Odpowiedzi: 0
          • Lucia  
            GraceAdieu, pięknie ci dziękuję za tłumaczenie. :) A tobie Peps, za lampkę. :) Ściskam.
            Dodaj odpowiedź 0 0
              Odpowiedzi: 0

            Czytaj także