„Złe, czyli pokolenie sushi" - miasto iluminowane owadami
 (rozdział 1)
  • Pepsi EliotAutor:Pepsi Eliot

„Złe, czyli pokolenie sushi" - miasto iluminowane owadami
 (rozdział 1)

Dodano: 23

Czyli powieść Pepsi Eliot

Wydrukują mi tę powieść z wielką chęcią, pod warunkiem, że podpiszę umowę na książkę o Hashimoto. Póki co nie podpisałam, bo nie mam wielkiej chęci. Zapraszam więc do mojej powieści:

Rozdział 1

MIASTO iluminowane owadami

Kraków, do niedawna ostatni bastion sierściuchów, w końcu zaczął śmierdzieć pieniądzem. Trwało to trochę, gdyż na swąd pieniądza pozostawał dziwnie oporny. Wciąż się nie poddawał, z tym tłumem niedorobionych studenciaków opitych tanim piwem, hałasujących sztubacką pierdolingwą. W sumie student zrobił się dość ohydny w odbiorze. Co bardziej wykształceni Krakowianie kręcili z niechęcią głowami, że za ich czasów ktoś taki nigdy nie mógłby zostać studentem, gdyż podobno idiotów wtedy nie przyjmowano. Co z pewnością nie było prawdą, chociaż może chodziło tylko o liczebność? Obok rzeszy studentów bez pieniędzy na krakowskich plantach wysiadywali również bez pieniędzy emeryci z rencistami, a na ich głowy z trwałymi – tak, trwałe wciąż były modne w tym mieście – albo w filcowych kapeluszach obwiedzionych szarymi wstążkami z pionowym reliefem, opadały z rzadka skrzydełka długowiecznych lip szerokolistnych. To wszystko jednak już odchodziło w przeszłość, jak kompletnie zapomniany kataryniarz, któremu wyrzucano przez okno drobne monety zawinięte w złotko po galaretce z mieszanki krakowskiej, czy chłop na wozie drabiniastym rozwożący drewno i wydzierający się na temat własnej oferty – wzorcowe przykłady sierściuchów, Lajkonik i Smok. Ale tego lata w końcu pojawił się wyczekiwany insekt. Śpieszący gdzieś bez ustanku, bzyczący o pieniądzu, uderzający w materialistycznym amoku w żywe przeszkody i martwą naturę, wypadający szybkim autem z niskim zawieszeniem zza rogu Wawelu, cyniczny od korporacyjnego pieniądza gapił się na wszystko z wyższością garniturowca. Stare krakowskie rodziny z pieniądzem roztrwonionym, czy też ulokowanym w brzydkich serwantkach marki Biedermeier, albo jeszcze paskudniejszych Ludwikach Filipach, zmuszone były odsprzedawać swoje kamienice, wcześniej porozumiawszy się z ich współwłaścicielami mieszkającymi obecnie w Izraelu. Ostatnie wolne działki na drodze nie do końca jawnych przetargów dostały się już w ręce grubszych insektów w kaszmirowych garniturach. Któregoś dnia nadleciały chmarą do miasta pełnego wyższych uczelni i zerowych zabytków, starodawnych fasad z zakotwiczonymi w nich kantorami kupić–sprzedać i obskurnymi do niedawna podwórkami, aby osadzić się w jaskrawo świecących o zmroku korporacjach. Zyliony banków z odnóżami i inne ogromne firmy dowodzone długimi mackami niewiadomo skąd, ale na pewno zlecające usługi księgowe w Indiach, zgodnie z oszczędnym outsourcingiem wepchnęły się do miasta Krakowa. Do niedawna ostatniego bastionu na wpół sierściuchów. Co z tego, że podszytych mieszczańskością, ale skłonnych nie rozmawiać przy stole o pieniądzach, szczególnie przy gosposiach, jeść niespiesznie z łokciami przylegającymi do boków tułowia, i niemających pojęcia, jak uruchomić najnowszego iPhone’a. Ludzi, którzy nigdy nie zjedli hamburgera, nie mówiąc o rolce sushi, powoli zaczęła wypierać odmiana insekcia znająca się na wszystkich zagadnieniach powiązanych z wi-fi, wasabi, a przede wszystkim na pieniądzu modnym, glamour, niskim, długim i szybkim, korporacyjnie zakodowanym, z dreszczem ryzyka na lekko chropowatym grzbiecie z karbonu. Pieniądzu, który mógłby zaspokoić potrzeby nie do zaspokojenia.

Bzyku bzyk przestało w języku potocznym oznaczać przereklamowaną kopulację. Obecnie był to synonim kręcenia się insekta niskiego szczebla po przeszklonych korporacyjnych korytarzach z kartką papieru A4 w wiadomym celu. Mistyfikacji przydatności, co ściśle wiązało się z pionową ścieżką kariery i zarabianiem. Metr kwadratowy ściany zawsze kosztował mniej niż tafla szkła. Do tego ludzie pochodzący w prostej linii od sierściuchów czuli się dziwnie zagubieni w szklanych przestrzeniach. To pestka, bo wkrótce po przeobrażeniu w insekty wkładali garnitury i łapali wiatr w żagle, lecąc na całego w swoje nowe fluorescencyjne życie w bogatym lub chociaż aspirującym do dużego pieniądza mieście. Życie bardzo cool, bardzo loftowe, bardzo ze szkła. Jednym słowem insekcie. I w tym właśnie momencie zaczyna się nasza historia, gdy w końcu w krakowskim wczesnoletnim powietrzu pojawiły się pierwsze błyszczące złotem pyłki, oznaki prawdziwego korporacyjnego pieniądza, a groźba kolejnego światowego kryzysu zeszła na zdecydowanie dalszy plan. Mamy rok 2016 i nie można się dziwić, że od czasu do czasu kawałeczki insekcich odnóży, jak strzępki grzybni, wpadały do ust bardzo spieszących się przechodniów. Nikt sobie z tego nic nie robił, nie spluwano z odrazą, po prostu przełykano i życie toczyło się dalej. Na ulicy Floriańskiej, na Grockiej, całym szlaku królewskim czy nawet częściej na Placu Nowym, gdzie właściwie nikt się oficjalnie nie spieszył. Plac Nowy, przeżywszy różne perturbacje dziejowe, stał się w końcu miejscem tak zwanego lansu. Lans z kolei wymagał niespiesznego wysiadania z niskiego i bardzo drogiego auta albo powolnego przeciągania nogi przez siedzenie Harleya Dawidsona – to w wersji dla insektów łapiących w żagle drugą młodość. Ów żydowski placyk, obecnie pełen najdroższego klinkieru, piaskowca, szkła, już nie stali, a częściej odlewów żeliwnych, niekiedy poziomych bel drewna vintage dla przełamania zbyt sztywnego wizerunku, zamienił się w miejsce do obnoszenia się z sukcesem. Dlatego nie byłoby sensu szukać na Placu Nowym sierściucha o mglistym spojrzeniu, bo nawet kramarze i człowiek sprzedający zapiekanki, no dobra: hot-dogi w budzie, mieli już ten charakterystyczny odblaskowy wyraz oczu. Owszem, jeszcze czasami jakiś sierściuch o mrocznym spojrzeniu bijącym z głęboko osadzonych źrenic, coś jak u wicehrabiego de Valmont uwodzącego cudzą i niewinną żonę, zaplącze się w Alchemii, ale to niedobitek, przeżytek i z pewnością dziki z problemem alkoholowym.

Albo jakaś plastyczka po Matejce w lejących szmatach z hinduskiego sklepu, zamiast obowiązującego dress code, przysiądzie jeszcze na kawiarnianym krześle Thonet ze szklanką latte, i można się założyć, że marzy o hodowaniu owiec, ale wcześniej chce tylko znaleźć całkowicie wyzbytą z kalkulacji miłość. Naiwniaczka. Dlatego chociaż w powietrzu fruwały od czasu owe strzępki grzybni insekta, któremu się nie powiodło, albo po prostu zdrajcy, z każdego krakowskiego węgła iluminował już pieniądz na poważnie, prawie tak jak w złowieszczej Warszawie. Część Kazimierza, kultowej krakowskiej dzielnicy, została przeobrażona w korporacyjne centrum. Tutaj na najdroższej miejskiej powierzchni, zrozumiałe, że tylko najbogatsze firmy miały swoje biura z widokiem na rzekę Wisłę, dobrze że jeszcze nie tak szeroką jak w Warszawie, za to z dużą ilością suto podświetlanych mostów o niewyrafinowanych techniczną myślą kształtach. Brzydkie mosty. Tak czy siak, bogate korporacje prowadziły swoje wielkie interesy w pobliżu krakowskich bulwarów wiślanych, dlatego nie należy się dziwić, że dobrze stojąca na giełdzie firma Tara, zajmująca się ogólnie pojętą spożywką, ulokowała się w niesłychanie przeszklonej kubaturze pod bardzo dobrym adresem na ulicy Rybaki, już za Krakowską, ale jeszcze przed Wietora. No po prostu spoko adresik, z którego również cieszył się jej prezes, bardzo młody jak na prezesa, Stan Blek.

Wyrafinowany mężczyzna w garniturze typu: milion dla krawca; prawdziwe dziecko szczęścia; wymień co ci przyjdzie do głowy, a prezes Stan Blek już to ma lub właśnie jest w trakcie transakcji. Korporacja Tara zatrudniała zarówno dorosłe i grube insekty typu dizajner Pinto czy dyrektorka Kita, jak i ich mniejszych naśladowców zwanych potocznie owadami aspirującymi najprzeróżniejszych rodzajów. Szare myszki, do których niestety, chcąc nie chcąc, przynależała nasza bohaterka Skarlet Ohara, trochę wyżej stojące lemury w postaci zdolniachy Jeloła, modela Paula i równie pięknej Tesy Oberwij czy ostatecznie chomiki w typie jeszcze grubszej od Skarlet, Ingi, które dotąd nie odkryły, że wciąż pedałują w kółko w swoich kołowrotkach. Naprawdę kłania się Emil Zola.

owocek:))))

   
 23
  • syldra   IP
    Pepsi super piszesz. Gdzie ciąg dalszy?
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 1
    • Kasia   IP
      Nooooo. Tak. Skarlet jak zwykle piękna ?
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • Dominika   IP
        Heloł a ja z innej beczki. Jak to się dzieje, że człowiek wie, że chemiczne żarcie mu szkodzi i gdyby go zapytać to powie, że on nawet nie chce tego jeść a mimo to je. Dzień w dzień. I wie, że obgadywanie, krytykowanie, zazdrość i zawiść jest be i przez to nisko wibruje i nie chce mieć z tym nic wspólnego ale codziennie patrzy z nienawiścią na ten wredy ryj tesciowej a w rozmowie telefonicznej z psiapsiółką tak strasznie obgaduje tę głupią sąsiadkę, że ta biedna spać nie może. I nasz bohater też nie może bo co wieczór dręczą go bolesne wyrzuty sumienia, że to nie tak miało być, ale obiecuje sobie, że jutro bedzie inaczej. Jutro zacznie dzień od biegania a potem wypelni się miłością, pokojem, radością i organiczną szamą. Ale oczywiście wstaje czlowiek rano i nie wiedziec kiedy ten dzień toczy się tak samo jak poprzedni. I takim samym bólem się konczy jak wczoraj. Nie ogarniam tego mechanizmu...będę wdzięczna za wyjaśnienie. A powieść luksss ?
        Dodaj odpowiedź 0 0
          Odpowiedzi: 1
        • fila   IP
          O, jak to się fajnie czyta!
          Jakby co literówka się wdarła: Grodzka.
          Dodaj odpowiedź 0 0
            Odpowiedzi: 1
          • Iwona   IP
            Świetnie się czyta! Chce wiecej☺
            Dodaj odpowiedź 0 0
              Odpowiedzi: 0

            Czytaj także