Pepsieliot
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
214 618 502
98 online
35 328 VIPy

Opowieść wigilijna & życzenia 💚🌿

Pewnego dnia budzisz się i wiesz, że nie możesz pytać ludzi o swoje sprawy, gdyż ludzie nie kumają Twoich spraw, a Ty nie kumasz ich spraw 

Co druga historia strony internetowej zaczyna się od tego, że ktoś czegoś doświadcza (bywa, że dla siebie pozytywnego) i postanawia się tym podzielić.

Ale choćby nie wiem jak się natężał i zjadł tysiąc kotletów, to nie udźwignie, taki to ciężar.

Ludzie nie chcą cudzych prawd, bo NIENAWIDZĄ NOWEGO. Takie prawdy mogłyby zburzyć im życie.

Gdy zmieniam wizerunek bloga, ludzie są wściekli.

Osobiście jestem wściekła, gdy wchodzę do e-banku, a bankiery ośmieliły się wprowadzić zmiany. Tak to działa.

Mój osiedlowy sklep spożywczy zrobił przemeblowanie

O wiele bardziej podobało mi się tak, jak było, więc powoli, jedna rzecz po drugiej, przenoszę im wszystkie towary na stare miejsca 🚀

Czy sądzisz, że nagle pojawił się Jezus i zachęcał, aby ludzie kochali bliźnich, ba, żeby dawali się policzkować wrogom i oddawali miłość, to czy Ty myślisz, że 2 tysiące lat temu ktoś by się tym podjarał? I że się z tego zrobiła mega religia?

Dzisiaj jak napiszę, żeby kochać sąsiada, teściową, chirurga, który z powodu mięśniaka wyciął komuś macicę i dla pewności jajniki, kochankę męża, czy odwrotnie, oraz szefa, specjalistę od mobingu, to nikt nie mówi, że mnie tu przysłał Bóg, tylko czytelnicy są poirytowani.

Pepsi, naprawdę mam lofciać rzeźnika i masarza?

Czy wiesz, że ocenianie kogoś, bo ten ktoś ocenia też jest oznaką uśpienia?

Ale wróćmy do pragnień.

Życzę Ci Kochana i Wam wszystkim Kochani, pięknych relacji z sobą

Zrozumienia siebie, i miłości bez stawiania warunków (no dobra, trochę mniej De Mello, a więcej życia: kochaj se dzieci bo są Twoje, kochaj se tego faceta, dopóki jest Twój, etc etc)

Aceptacji (tiaaa, pozwól sobie nałożyć dowolną ilość filtrów na fizis, mniej piecze niż botulina 🌿)

I cieszenia się Z KAŻDEJ nowej siebie, którą dokładasz do kolekcji każdego dnia.

Nieważne, czy wczoraj siadłaś do kolacji sama, czy z rodziną, przyjaciółmi, albo zagubionym wędrowcem. Może w ogóle nie jadłaś przy stole, tylko sobie czytałaś kapitalną romansę?

Nie ma znaczenia, czy nie zjesz niczego, bo pościsz nieprzerwanie postem przerywanym, czy spotkasz się z wielkim TAK, czy malutkim NIE (może być odwrotnie), dla własnych wyborów żywieniowych.

Czy jesteś empatyczną weganką, czy też nie chcesz o tym myśleć, po prostu powiedz sobie: – Tak, kocham.

Jadą saneczki, dzyń dzyń dzyń

Dzwonią dzwoneczki dzyń dzyń dzyń

Do gorących życzeń dla Ciebie oczywiście dołącza się cała nasza, czyli Twoja ekipa z miłością

loveU 💚🌿💚🌿💚🌿 

 

(Visited 2 111 times, 1 visits today)
-
Blog pepsieliot.com nie jest jedną z tysięcy stron zawierających tylko wygodne dla siebie informacje. Przeciwnie, jest to miejsce, gdzie w oparciu o współczesną wiedzę i badania, oraz przemyślenia autorki rodzą się treści kontrowersyjne. Wręcz niekomfortowe dla tematu przewodniego witryny. Jednak, to nie hype strategia, to potrzeba.
Może rzuć też gałką na to:

Dobre suplementy znajdziesz w Wellness Sklep
Disclaimer:
Info tu wrzucane służy wyłącznie do celów edukacyjnych i informacyjnych, czasami tylko poglądowych, dlatego nigdy nie może zastąpić opinii pracownika służby zdrowia. Takie jest prawo i sie tego trzymajmy.

Komentarze

  1. avatar Ani stąd ani z tamtąd 25 grudnia 2023 o 12:07

    Ładne życzenia, dzięki 🙂

    1. avatar Pepsi Eliot 25 grudnia 2023 o 19:47

      <3

  2. avatar kiszonka 25 grudnia 2023 o 21:55

    Hej,

    jestem na tak, w święta jakie by nie były bądźmy tu i teraz, obecne/obecni vel uważne vel przytomni.

    Nie bądźmy w przeszłości (poza tymi wspomnieniami, które nas wspierają)

    i nie bądźmy w antycypacji (antycypacja zabija ambicję, ambicja to coś co się wytwarza w działaniu, jest bardziej nagrodą niż warunkiem startowym).

    Przytomność, to by było dla mnie osobiście najlepsze tłumaczenie słowa mindfulness, przytomność więc niezasypianie w sensie mentalnym i każdym innym poza błogosławionym fizjologicznym snem, z którym walczy cywilizacja, kultura, jednym słowem ego-strażnik przestraszonych społecznych małp.

    Kiedy nie chcemy/nie wolno nam/nie umiemy bo zapomnieliśmy – fizjologicznego zasypiania, tym łatwiej zasypiamy mentalnie, coraz bardziej staczając się w rolę strażnika, czyli parobka własnego ego. Boimy się zasnąć bo nas okradną lub chcemy straszyć tym innych. Chciwość i strach, te bodźce nie mają nic wspólnego z przetrwaniem. Służą utwardzeniu relacji podległości, przetrwaniu tej relacji, ale nie naszemu fizjologicznemu przetrwaniu, dlatego z tym jednym nie umiem się zgodzić, że ego powstało, aby nas chronić. Ego stróżuje, chroni zasłony rozpostarte przez tego, kto aktualnie włada naszym ego i ma je na swoich posługach. Jeśli jest to ktoś z zewnątrz lub jakiś myślokształt, ego zrobi wszystko, by tę przesłonę utrzymać a my uciemiężeni pod własnym zniewolonym ego nie ustawali w utożsamianiu się z nim. Zaprząc swoje własne ego do roboty – to też być może nie obejdzie się bez rozpostarcia pewnej zasłony – żeby ego nie widziało, że to my sami/nasz atman aktualnie trzyma te lejce… wtedy jednak ego usilniej jeszcze będzie wyć lub szeptać, i tak będzie utyskiwać i ekscytować się, i będzie to docierało do naszych uszu, bo czy mamy powozić ogłuszeni w nausznikach?
    A ta zasłona, którą możemy się chronić, to też pewnie raczej zasłona akustyczna… milczenie? Nic nie mówić, nie odpowiadać na zaczepki ego… co również brzmi utopijnie, bo przecież ono i tak dalej będzie mówiło swoje…

    Ale jest w tym jednak pewna sztuczka – jeśli nie będziemy albo zminimalizujemy reakcje na podszepty ego, to wtedy łatwiej dostrzeżemy, że ego jest tylko rezonatorem niskich wibracji z zewnątrz i od siebie zupełnie nic nie dodaje, jest kompletnie niekreatywne… o ile my sami nie dosypiemu mu z własnej kreatywnosci argumentów, punktów zaczepienia, nie oddamy mu czegoś z siebie, co otworzy nas samych na niskie wibracje. Brzmi to również tytanicznie/utopijnie, by zachować wobec swojego ego pełne milczenie, nie strofować go (te utyskiwania na samych siebie mają ten wymiar), dostrzec wtedy tę przezroczystość jego, dostrzec esencję niskich wibracji w sobie na tym rezonatorze bez wtórowania im swoją reakcją – wymówkami, połajankami, które w diaboliczny sposób są jednocześnie samousprawiedliwieniami i mocniej wciągają nas niskowibracyjne wiry.

    Tak samo widzę kwestię czakr – dla mnie są to po prostu rezonatory – odbiorniki-przekaźniki określonych barw dźwięku, przy czym każda z czakr, zwłaszcza te, które tradycja kocha nazywać „wyższymi”, odbierają zarówno wysokie jak i niskie wibracje. Intuicja mówi mi, że większość niskich wibracji wpuszczamy jednak tymi „górnymi” czakrami i wtedy zniewoleni przez własne ego oddajemy energię która mogłaby zdrowo płynąć wszystkimi pozostałymi czarkami do tej dowolnej czakry najbardziej zainfekowanej, czakra ta staje się wtedy przekaźnikiem-nadajnikiem tych niskich energii dowolnej maści gdzieś dalej w świat. Każdy taki nadajnik potrzebuje prądu, żeby drgać i szerzyć dźwięk, i to jest te koszt energetyczny, energia wyciekająca z nas, marnotrawiona z naszej perspektywy, odsysana przez zło, będąca w funkcji zła.

    Czakry, gdyby koniecznie je jakoś dodatkowo systematyzować czy dzielić, bardziej widzę jako wewnętrzne kontra zewnętrzne, bo dwunożnosć i erekcja sylwetki nie kojarzy mi się z jakimś postępem czy nową jakością. Widzę to bardziej na modelu organizmów takich jak gąbki, dwuwarstwowców z membraną wewnętrzą – odżywiającą się i zewnętrzną – nerwowo-reakcyjną, sensoryczną. Moim zdaniem te zewnętrznie jakby bardziej osadzone czakry nie są wyższe, nie dażę ich zbytnią ufnością. Być może zbytnio idealizuję te wewnętrzne – odżywcze, ale to właśnie one są niezmordowanym źródłem energii. Te zewnętrzne są jej niestrudzonym konsumentem…
    Nie ma co jednak walczyć z tym, że istnieją również te zewnętrzne, nerwowe tkanki… to wszystko bazuje przecież na przepływach energii w obrębie fizjologii organizmu, więc jest ok. Natomiast co do czakr, które rozumiem jako dobrą metaforę porządkującą różne kategorie przepływów, z którymi się borykamy, to tutaj wydaje mi się, że żadna czakra nie powinna czerpać z innej, nie powinna na niej pasożytować…

    Ale jak w takim razie wzmacniać w sobie wysokie wibracje na wszystkich czakrach? Weźmy tę tzw. „najniższą” czakrę – może wibrować rewelacyjnymi, wysokimi wibracjami opieki, a może być zniewolona myślokształtem ekspansji rozrodczej w wyimaginowanym poczuciu zagrożenia wyciągać zbyt wiele energii na jakiś monstrualnie napompowany owoc, który zostanie skonsumowany z zadowoleniem przez zacierającego ręce egregora…
    Gdzieś tam dalej jest czakra tarczycy/języka, niezbyt sympatyczna, chętna do obmowy i zdolna do stawiania organizmu w stan ciągłej nadgotowości (aż organizm musi ją skarcić, wysyłając wapń lub przeciwciała…), a jednak… na wysokich wibracjach cóż jak nie milczenie i dobre słowo zdolne jest zgasić oszczerstwo, przywrócić miarę słów, a nawet wyłapać toksyczny jod gdy poddajemy się tomografii z kontrastem… nawet ten pasożytniczy narząd tarczycy/języka może nam się przydać, gdy wibruje wysoko, ale jakież spustoszenie sieje w nas na codzień…

    A jednak gdy choć jedna z czark ciągle wibruje w nas zdrowo, jest jakaś szansa, że inne też nastroją się na wyższe wibracje… to jakaś inna mimikra, nie wertykalny przepływ energii, ale jakiś poprzeczny rezonans między tym receptorami odmiennych barw. Koncepcja czakr to jakby pryzmat – narzędzie w naszych rękach, by rozszczepić wiązkę energetyczną na tych kilka odrębnych barw i szansa na to, by poprzez to narzędzie-szkiełko podjąć trud podwyższenia wszystkich wibracji, oczyszczenia się z tych niskich, zauważenia ich, że są i że nas nie wspierają, uważne słuchanie, wychwytywanie fałszywych tonów…

    Nie tych z dzieciństwa, odgrzebanych, ale tych z chwili obecnej… i tu wesprze nas narzędzie praktyczne – uważność/obecność/przytomność.

    No i oprócz przytomności drugie narzędzie praktyczne – milczenie lub minimalizowanie dialogu z własnym ego, aby ta dostrzeżona kupa nie rozchlapywała się na nas jeszcze bardziej, ale żeby objawiła nam się w swojej prostocie i zapachniała nam w swojej prawdzie… tutaj ego nas nie zawiedzie, gdy nie podamy mu wędki, ale dostrzeżemy je w całości umorusane tym w danej chwili. Tym łatwiej poczynimy wtedy odpowiedni krok w bok, wstecz, ku innej ścieżce… czyli damy (sobie) odpowiedź, zamiast wejść (ze swoim zbrukanym ego) w reakcję.

    I czakry jako narzędzie czysto abstakrycyjne – laboratoryjne niczym szkiełka pryzmatu… szkiełka innych, wszelakich koncepcji, które nie uwodzą nas zbytnią spójnością, nie ograniczają nas do strefy myślowego komfortu, które rozbetonują nasze myślenie zamiast je zasklepiać.

    Usciski 🙂

    1. avatar Pepsi Eliot 26 grudnia 2023 o 16:05

      bardzo mądre spostrzeżenia. byłam obecna. bardzo ciekawe o czakrze tarczycy, kiedyś tak myślałam, nawet napisałam, potem zapomniałam, kobiety boją się trochę swoich tarczyc 🙂
      ściskam Cię Kiszonko, i dzięki
      ps
      co do ego, to jest to jak dla mnie, automat. z automatem się nie dyskutuje, automatu się nie przekonuje, nie krzyczy na niego i nie wścieka. Po prostu sobie jest.

      1. avatar kiszonka 26 grudnia 2023 o 19:12

        Hej,

        automat to też świetny punkt odniesienia jeśli chodzi o ego, dla mnie to taki automat-przekaźnik wibracji, najczęściej jednak tych niskich, oscylujących wokół strachu i/lub zachłanności.

        A ta moja dygresja o tarczycy to tylko taki wypadek przy pracy. Niech sobie te tarczyce będą, w określonych wypadkach są przydatne, łatwiej byłoby, gdyby w toku ewolucji nie musiały się pojawić, no ale tak jakoś wyszło, ciężko polemizować z tym. Mnie się tu uruchamia po prostu strasznie drastyczny scenariusz: że oto w pewnym momencie na szczęśliwe wody praoceanów tętniących życiem rozlała się ogromna ilość jodu, z jakiejś głębi, za sprawą tektonicznych ruchów, wyłoniły się jodowe osady i rozpuściły w wodzie, przez co niemal całe to życie mogło wyginąć w jednej chwili… i pewnie ogromna część wyginęła poza tymi organizmami, które nauczyły się ten jod wyłapywać i jakoś wydalać. W przypadku strunowców ciekawa jest ewolucja endostylu, narządu filtracyjnego, którego niektóre fragmenty tkankowe są zdolne do akumulacji jodu, niemniej (jak na razie) nie stwierdzono w nich żadnej aktywności wydzielniczej-hormonalnej powiązanej z jodem… Endostyl został jednak uznany za prekursora tarczycy u kolejnych grup strunowców.
        Trudno się tego jodu pozbyć… w pewnym momencie jod zresztą zhakował metabolizm tych organizmów i podłączył się pod procesy rozwoju osobniczego, rozwoju układu nerwowego, z czym borykamy się do dziś – skoro jod uczestniczy w naszym rozwoju, nie możemy funkcjonować zwłaszcza na wczesnym etapie rozwoju już bez tego toksycznego pierwiastka. To taki bagaż ewolucyjny, który nam pozostał.
        Te obudowane już przez organizm związki jodu zhakowały nas jednak i pod innym względem, wywołując stałą presję prozapalną-mobilizującą-utleniającą bardzo licznych tkanek. To wymaga ciągłego wtórnego mechanizmu obronnego, żeby tę aminokwasowo-jodową bombę rozbrajać. W praktyce – przy ciągłym jej umiarkowanym dopływie istnieje ciągła fizjologiczna, podtrzymująca aktywność mechanizmów przeciwzapalnych. Z jednej strony wątroba ciągle pracuje nad unieszkodliwianiem tych hormonów, z drugiej strony pewna część fizjologicznego kortyzolu jest pożytkowana/marnowana na neutralizację ekspresji tarczycowej. To jest stały wydatek energetyczny, który nasze organizmy ponoszą przez całe życie gdzieś tam w tle… o ile nie dochodzi do wytrącenia organizmu z równowagi… ta dodatkowa tracona energia – coś jak te małe światełka w niektórych włacznikach światła, które pozwalają nam znaleźć przełącznik w ciemności – konsumują jakąś część naszej energii non stop.
        Aż tu przychodzi przeciążenie – złom ze złomowiska, tłuszcz, zaburzenie rytmu, cywilizacja… wątroba jest przeciążona, wiec na pewnym etapie… odcina prąd od tych strażniczych światełek, nie daje już rady trzymać w ryzach nawet fizjologicznej aktywności tarczycy, bo musi produkować więcej żółci, rozkładac więcej alkoholu itd… I wtedy jakby na pomoc wątrobie idą inne reakcje obronne, w wariancie łagodniejszym – wapń, w ostrzejszym – układ immunologiczny wysyła przeciwciała, żeby powiedzieć tarczycy… (sayonara… no dobra, to chwyt poniżej pasa 😉 )
        I nawet jeśli tarczyca jest wtedy w miarę niewinna, bo nie miała pierwotnej nadczynności tylko równo robiła swoje, to jednak… organizm odcina te linki, bo poziom stresu metabolicznego jest coraz wyższy i wyższy, gdy złom i rdza dziurawią kadłub…
        Więc wtedy zaczyna się już ta typowo tarczycowa historia na dokładkę kolejne wybicie z rytmu adaptacji a raczej… kompensacji…

        I paradoksalnie! To też jest jakaś szansa. Siada ci tarczyca? = odcinasz złom albo… ustawiasz się w poczekalni do endokrynologa co parę miesięcy żeby tak już do końca życia tkwić w kolejnej kompensacji, obocznej adaptacji, temacie pobocznym, zastępczym.

        To brzmi surowo. Moze nazbyt? Moja historia z tarczycą była statystycznie… łagodna i skończyła się bardzo dobrze. Zwapnienie owszem wykryte w USG, które już po roku w następnym USG… cofnęło się, choć i tak usadziło mnie to w tematach endozastępczych na kilka cennych, jakże jednak cennych lat…
        No ale nie, to nie wina tarczycy, to jednak moja wina. Szukanie tych wymówek, szukanie tej jednoczynnikowej recepty, żeby móc w rozlazły sposób prowadzić wszystkie pozostałe tematy…
        Po prostu – nasza własna ewolucja. Nie trzeba wielkich tektonicznych ruchów, rozpuszczenia ogromnej ilości jodu, nie trzeba nawet Czarnobyla, żeby stanąć na tym skrzyżowaniu, na którym stoi tak duża część populacji… cywilizacyjny złom – zostawiamy, czy stawiamy prawdziwy krok naprzód?
        Oto jest pytanie 🙂

        1. avatar Pepsi Eliot 28 grudnia 2023 o 08:20

          Oto jest pytanie. love

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Sklep
Dołącz do Strefy VIP
i bądź na bieżąco!

Zarejestruj sięZaloguj się
Reklama

TOP

Dzień | Tydzień | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum