logo
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
68 464 739
156 online
28 987 VIPy
Reklama
 

POLECANA WITAMINA C o przedłużonym działaniu z dodatkiem bioflawonoidów z cytrusów

WITAMINA C 1000+ TiB

 

TOP

Dzień | Tydzien | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum
  • Kto pierwszy podał frytkę, burgera i pizzę Twojemu dziecku?

    Jami Oliwer chce zdrowo karmić dzieci, ale jakoś nie wszystko się udaje. Łaj?

    Jak typowa Ziuta odcięta każdej doby od jedzenia na 20 godzin lubię od czasu do czasu rzucić gałką na Jamiego Oliwera. Dlaczego właśnie on osiągnął tak niebagatelną w dzisiejszym świecie pozycję najbardziej ubóstwianego kucharza, a co za tym idzie najbogatszego? Jego kuchnia na wizji przypomina kuchnię klasyczną, typu niedzielny obiad w domu, gdyby tylko nasze kucharki miały możliwość większego wyboru ingredientów, no i niekiedy polotu.

    Piszę w eterze, gdyż jego firmowa restauracja w Wiedniu, owszem designersko wypasiona, jednak nie podaje nadziewanych gęsiną karczochów (czy odwrotnie), ani kaczki z truflami, a jedynie pospolite steki i „hamburgery” na dechach, niby, że to odleciane, a na wystawce nad barem leci rząd chemicznego aperitifu Campari, chyba z zylion butelek jedna za drugą. Uciekajmy stamtąd.

    Wracając do polskiego niedzielnego obiadu (z Alternatyw 4), który nie nazywał się lanczem, dinerem czy łodewer, ale właśnie obiadem, zwykle pojawiał się w miarę ładny, chociaż niewielki kawałek mięsa od „baby”, jakiś gładki sos (lub wymiennie paniera), tłuczone ziemniaki i zawsze gościło gotowane warzywo (trzeba przyznać, że nigdy al dente), a niekiedy nawet surówka, typu sałata z yyy … skwarkami.

    TU ZNAJDZIESZ 100% ORGANIC 4 GREENS This is BIO idealny
    do KURACJI 4 SZKLANEK, która oczyszcza wątrobę,
    usuwa pasożyty, odtruwa inne organy jak nerki,
    przy okazji dotleniając
    ciało.

    I Jamie przepowiada na wizji, że coś w tym stylu jest zdrowe (podobnie jak niezbyt zdrowa, na gałkę, pani Gessler), że idealne, do tego obsypuje rzecz surowym szpinakiem z własnego herbarium, czy też szpanerską sałatą dla hipsterskiej młodzieży, dzieci wyrafinowanego mainstreamu. Za jaką (sałatę) uważa się zwykłą rukolę, wręcz chwast, który wyrośnie wszędzie, nawet jak się go już od dawna nie chce hodować na wybrukowanym podjeździe.

    Jamie układa diety nawet Angelinie Joli i licznemu potomstwu (Bradowi ze zrozumiałych powodów już nie). Cokolwiek rzec, żyjemy my, dzieci i wnuki niedzielnych obiadów, przeżyją i oni. Ewidentnie może być coś znacznie gorszego, widocznie taka dieta nie jest aż taka zła. Chów nie był przemysłowy, a ludzie byli podobno szczęśliwi, jak i zwierzęta. Chociaż ostatecznie ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

    Faktycznie w porównaniu z jedzeniem, które współcześnie spożywają ludzie i jeszcze więcej ich dzieci, było to jedzenie nie tyle, że zdrowe, ale niemakabrycznie niezdrowe.

    Jamie jest na liście pierwszej setki wpływowych osób w UK więc może więcej i do tego chce mu się. Wymyślił (akcja miała miejsce parę lat temu), że uzdrowi sposób żywienia dzieci w wieku szkolnym, dokładnie tych od 5 do 12 lat. Nie znam się na szkolnictwie w UK, w każdym razie ktoś w tym wieku do niej uczęszcza od zera.

    Okazało się bowiem, że dzieci jedzą tylko i wyłącznie hamburgery (zwykłe, nie „domowe”), frytki i pizzę i popijają to czymś bardzo słodkim, z gazem i z plastiku, zamiast kompotem z wiśni leczącym podagrę. Na potrzeby całej misji o wielkiej oglądalności, Jami odwiedził wraz z ekipą filmową klinikę pediatryczną.

    Okazało się, że nagminnie zjawiają się tam schorowane gastrycznie dzieci. I nie chodzi już o to, że mają choroby, kiedyś szczenięcemu wiekowi praktycznie nieznane (o ile rodzice nie podali czegoś z muchomorem), jak podrażnioną wątrobę, nadmierny poziom cholesterolu, cukrzycę typu drugiego, czy już początki miażdżycy, zaburzenia w układzie krwionośnym i wszystkie inne dolegliwości, które zwykle związane są z przekroczeniem minimum czterdziestki. To jeszcze do tego zaczęły (nagminnie) pojawiać się okropne, dotąd prawie niespotykane symptomy.

    Dieta dziecka oparta na hamburgerach, pizzach i frytkach, do tego najczęściej jedzenia z głębokiego mrożenia, odgrzanego w mikrofali, tak bardzo pozbawiona jest właściwości odżywczych, ale przede wszystkim błonnika, że jelito grube nie może trawić, tego pokarmu i taka na pół kupa cofa się do jelita cienkiego!

    I wtedy dzieci wymiotują yyy … kałem

    Oczywiste, że dzieciom B12 nie zabraknie w takim przypadku.

    Na dowód powyższego lekarz pediatra, pokazał zdjęcie rentgenowskie, jakie akurat miał pod ręką, a ma ich setki, gdzie na prześwietleniu ośmiolatka, wyraźnie było widać plamy kupy w jelicie cienkim. Horror. Każdy, jako dziecko rzucił pewnie pawiem, ale nie był to nigdy paw z kupy.

    Wracając do misji Jamiego:

    Eksperymentalnie dostarczono stosowną wiedzę dla kucharek szkolnych i upichciły dania z jego przepisów, coś na kształt polskich obiadów niedzielnych. Mięso, sosy, ziemniaki, surówki i duszone warzywa.. Wprawdzie nic z głębokiego tłuszczu, ale też, Dżizas, nic na parze przyrządzanego.

    Jednak dzieci nie chciały kupować takiego jedzenia.

    Większość zbojkotowała stołówkę i na przerwie lanczowej wybyła do okolicznych fast foodów, a najmłodsze dzieci, które nie mogły same opuszczać szkoły zastosowały zasadę outsourcingu i zleciły starszym kolegom zakup frytek, snickersów i hamburgerów. Którzy z pełnym zrozumieniem dostarczyli za pobraniem frytki z pizzą.

    Ale kto to zrobił tym dzieciom?

    Kto zrobił coś takiego tym małym, wymiotującym kałem ludziom, którzy nie są w stanie właściwie ocenić sytuacji, ani świadomie się do niej ustosunkować?

    Dzieci mają tylko swój apetyt i nic więcej. Nie jak dorośli, którzy też przekręcili sobie apetyt, albo dali go sobie przekręcić, ale mają dorosłe ego do obrony. Mogą przeczytać, nastraszyć się, zrozumieć, to ich sprawa czy to robią czy nie.

    Jednak dzieci nie mają żadnej innej broni, posiadają tylko swój zabójczy apetyt, który sprawia im wiele przyjemności.

    I w żadnym wypadku nie można liczyć na to, że dziecko podejmie prozdrowotną decyzję:

    – Marzę o pizzy, ale chętnie zjem brokuła z parownika, gdyż pragnę mieć doskonałą kondycję zdrowotną zarówno teraz jak i w przyszłości. Nie chcę też umierać na cukrzycę w wieku bardzo dla mnie przecież dobrze uzmysławianym. Azaliż pięćdziesięciolatka, wcześniej straciwszy nogę w wyniku cukrzycowej amputacji.

    Kto to zrobił?

    Jak to jest możliwe, że fast foody wciąż istnieją? Dlaczego dziecko zna smak mrożonej frytki smażonej w głębokim, przepalonym, skwierczącym tłuszczu, zanim jeszcze do pójdzie zerówki?

    Kto pierwszy dał takie jedzenie Twojemu dziecku? Ty, teściowa, niania? I to nie dzieje się w domach trudnych, zalkoholizowanych, gdzie pomieszkuje element. To się dzieje w naszych wypasionych domach z siedmioma płaskimi telewizorami, z furami na cztery fajerki pod hawirami, gdzie pan na bicyklu z garbem na plecach przywozi do domu zamówioną pizzę.

    Zmieńmy to, skoro lubimy swoje dzieci. Chociaż jak widać, nie będzie łatwe. Oduczyć takie dziecko miłości do własnego apetytu i sprawienie, żeby faktycznie mogło go kochać, jako wielkie dobro własne, jest mega trudne.

    A może po prostu nie dawać takich rzeczy do jedzenia, póki dziecko jeszcze nie poznało smaku frytki, pizzy, czy hamburgera?

    owocek:)

     

    (Visited 4 255 times, 1 visits today)
    Pepsi Eliot
    Blog pepsieliot.com nie jest jedną z tysięcy stron zawierających tylko wygodne dla siebie informacje. Przeciwnie, jest to miejsce, gdzie w oparciu o współczesną wiedzę i badania, oraz przemyślenia autorki rodzą się treści kontrowersyjne. Wręcz niekomfortowe dla tematu przewodniego witryny. Jednak, to nie hype strategia, to potrzeba.
    Może rzuć też gałką na to:

    Dobre suplementy znajdziesz w Wellness Sklep
    Disclaimer:
    Info tu wrzucane służy wyłącznie do celów edukacyjnych i informacyjnych, czasami tylko poglądowych, dlatego nigdy nie może zastąpić opinii pracownika służby zdrowia. Takie jest prawo i sie tego trzymajmy.

    Powiązane artykuły

    1. Anna 26 stycznia 2018 o 21:03

      A no wlasnie, swieta racja..niestety w wiekszosci przypadkow to dzieki rodzicom poznajemy smak fast foodow..mimo, iz wiedza ze to bardzo niezdrowe to sami czesto ulegaja tym pokusom i uwazaja ze jak raz czy dwa zabiora nas na frytki do maka to nic sie nie stanie..pozniej z tego razu czy dwoch wychodza kolejne „razy” a to szkolna wycieczka, a to wypadzik z paczka znajomych i sie zaczyna..fryteczki, pizza do tego oczywiscie cola obowiazkowo..z czasem zaczynamy sie przyzwyczajac do tego typu „jedzenia” uzalezniamy sie, co wiecej jest masa przypadkow, ktorym normalne, nie przetworzone jedzenie przestaje smakowac, bo maja do tego stopnia zepsuty smak tymi wszystkimi sztucznymi aromatami, barwnikami i calym swinstwem. To mnie przeraza, naprawde! Z niepokojem patrze na postawe swojej mamy, ktora pomimo tego ze cierpi na hashimoto jak ja nie chce wprowadzic zadnych zmian..popelnia blad za bledem i tylko narzeka, ze jest wiecznie zmeczona i bez energii, jej must have w kuchni to oczywiscie gluten, bez chleba nie przezyje, ziemniaki, mieso, kawka (oczywiscie wybor „najlepszy” z mozliwych rozpuszczalna jacobs..) i obowiazkowo mleko do kawy..plus ciasto, bo jak to bez slodyczy? Ciagle ja uswiadamiam, daje tyle wykladow, ale nic nie docierA..mysle ze ona zna juz na pamiec te moje gadki o szczodliwosci glutenu, laktozy, wplywie diety, eliminacji psiankowatych na jakis okres czasu, sporcie, suplementach itd, tylko przytakuje ale checi brak..nie wiem co ja z nia zrobie

      1. Alia 26 stycznia 2018 o 22:22

        Też znam taką. Choruję teżna Hashi. „A jak ty to robisz, że masz takie wyniki? A nie tyjesz? A zmęczona nie jesteś?” A jak podaję GOTOWCA receptę od Pepsi to już mniej interesujący temat, bo nie ma na łatwiznę, trzeba troszkę przetrzymać zanim mózg i żołądek zrobi sobie odwyk od narkotyków: glutenu, kazeiny, cukru.

      2. Bio pomidore 27 stycznia 2018 o 09:40

        Anna twoja mama sama musi chcieć. Moja mama jest taka sama, ja jej już nic nie mówię,(moja mama mówi tak „Co chcesz wiekowac ?albo kazdy na cos musi umrzec”),tylko jak mnie lub dziecko chce częstowac np.cipsami z biedronki to mówię nie dzięki to syf . Jak byłam dzieckiem to nie było smieciowego jedzenia w domu,mięso raz w tyg. Ze swojej swini i swoich kurek karmionych trawa i pokrzywa.Były zupy. A teraz tylko miecho z marketu.

      3. Bio pomidore 27 stycznia 2018 o 09:49

        Pepsi dobry artykuł. Mieszkam w uk i widzę jak tu są karmione dzieci (choć to się zmienia na lepsze).
        Moje dziecko chodzi do przedszkola i lunch box przygotowują rodzice, zalecenie od przedszkola jest żeby nie dawać junk food i słodyczy.
        W innym przedszkolu, które oglądałam jedzenie mogło być z domu lub z własnej kuchni przedszkolnej (można było wybrać menu i były też dania vege.owoce i surowe warzywa). Oczywiście nie wszystkie przedszkola są takie.
        Za to szkolna obiady to tragedia Ale można przynosić swoje jedzenie z domu.

      4. Ania 27 stycznia 2018 o 12:56

        Pepso, dzięki!
        Ja nie dałam frytki, pizzy ani hot-doga. Natomiast i tak nie mam wpływu, co moje dzieci jedzą u babć, kolegów, na urodzinach, co dostają od ciotek, sąsiadek, co kupują za swoje drobniaki. Moi rodzice są niereformowalni, ja już się poddałam, bo płakałam i wk..wialam się. Jedyne, co mogę, to w domu trzymam czystą michę. Tłumacze, tłumacze, tłumacze. Moje dzieci i tak mają super, bo jedzą wszystkie warzywa i owoce, w tym awokado, buraczki i seler naciowy. Piją wodę i herbaty ziołowe. Cukru w domu nie mamy. Tym się pocieszam i mam nadzieje, że z czasem zrozumieją (maja poniżej 10 lat), że nie warto ukradkiem przed matka leciec do żabki i za rogiem zeżreć czekoladę, popić kolą i dopchać czipsem. Na imprezach rodzinnych rzucają się na ciasto jak hieny, a ciotki z satysfakcja patrzą, ze to dlatego, że ja im nic słodkiego nie kupuje. Nie wiem, co robić w takiej sytuacji. Nie bronię im. U mojej mamy rzucają się na płatki śniadaniowe rożnego sortu, te w miodzie i czekoladowe, kisiele, budynie z torebki, soki z kartonów, biszkopty, wafelki i tosty. Najlepsze jest to, ze moi rodzice oboje maja cukrzyce i kupują ten syf. Ja już im nic nie mowie. Są dorośli.
        Czyli tak to wygląda w rzeczywistości.
        PS. Moi rodzice są poza tym wspaniałymi rodzicami i dziadkami, nie będę zrywać kontaktów.

        1. Kasia 31 stycznia 2018 o 09:53

          Łączę się z Tobą we wkur..eniu. Niestety, tak to wygląda i u nas. Zastanawiam się już czy nie wypisać dzieci z instytucji żeby uczyć je w domu ale to mi zalatuje chęcią pełnej KONTROLI a to też złe.

          1. Ania 1 lutego 2018 o 14:41

            Ok. No ktoś też tak ma, ciesze sie, ze sie odezwalas. Bo w mojej miescinie nie spotkalam jeszcze nikogo świadomego żywieniowo. Czuje sie jak kosmita. Czesem widzę, co inne dzieci mają w śniadaniówkach – wybałuszam oczy. Myśle sobie: kurcze, to niemożliwe, mamy 21. wiek, epidemia raka, otyłości i innych chorób, internet pełen jest informacji, jak choćby na tym blogu. Jakim cudem u diaska, rodzice tych dzieci nic nie wiedzą?! Cała śniadaniówka słodyczy i w ramach zdrowego jedzenia Pinquin-kanapka, która ma tyyyyle wapnia!! Hahhahaha. No rozumiem, że byłaby jakas mniejsza grupka, jakieś pojedyńcze elementy takie jak ja. Ale nikogo?? Wołanie na puszczy? Nie mam z kim rozmawiać. Mam tylko jedną koleżankę w innym miescie, która dużo wprowadza zmian i moja siostra też, ale juz ostrożniej. Pozostali twierdzą,że jestem nawiedzona i „wszystko jest dla ludzi”. Zreszta staram sie juz nie rozwijac tematu. Tylko dzieciom swoim mowię…

            1. Kasia 1 lutego 2018 o 21:09

              Ania, ja mieszkam na Opolszczyźnie. Zanim dzieci poszły do instytucji byłam przekonana że rodzice są różni. Nie są. Nie u nas. Też świruję bo głeboko wierzę i wiem że dawanie kinderków jest złe a jednak to ja – nie karmiąca syfem – jestem odmieńcem. Ciągle widzę te uśmieszki pełne powątpiewania czy aby ze mną wszystko ok i satysfakcji kiedy któreś z dzieci zjada ciasto na imieninach. Wykańcza mnie to i choćbym nie wiem ile się nasłuchała że powinnam być ponad to to i tak uważam: nie da się. Instytucje wykradły mi dzieci. Wiem, można wypisać ze szkoły, nie chodzić na urodzinki a do babć z własnym prowiantem, tyle że ja nie chcę ciągle iść pod prąd. Chcę odrobiny zrozumienia! Chcę mieć prawo decydować o moim dziecku. Za nieszczepienie wszedł nam do domu kurator… Za niedawanie słodyczy szuszą głowę na każdym kroku. Ja pier… Już teraz wiem że nie rodziłabym dzieci na tym świecie gdybym mogła cofnąć czas. Smutne to.

            2. Pepsi Eliot 2 lutego 2018 o 08:33

              a jak radzę żeby nie rodzić to wszyscy się wnerwiają i mówią, że się nie znam 😀

            3. grzegorzadam 2 lutego 2018 o 14:25

              Za nieszczepienie wszedł nam do domu kurator… ”
              Zaszczepiłaś?

          2. Ania 2 lutego 2018 o 14:41

            Hej Kasia! Pisze tu, bo pod tamta odpowiedzią się nie da. No aż tak restrykcyjna to ja nie jestem i nie wyobrażam sobie nie mieć dzieci! I myśle, że nie będzie tak źle z nimi. Większość i tak jedzą i piją wg moich ustaleń. Np. w szkole mają w śniadaniowych to, co ja im dam. To będzie ponad tysiąc śniadaniówek, albo lepiej, które zjedzą zdrowo. Obiady i inne posiłki w domu. Myśle, że to kiedyś zaprocentuje. Zanim dorosną, wyrobie im gust na dobre, prawdziwe jedzenie. A potem to już będzie ich wybór.
            Widzą też, co ja jem i mąż (mąż gorzej, chleb, płatki owsiane, serki z nabiału). Przykład uczy najlepiej.
            Piekę im czasem ciasta bez cukru i mąki, robię sama kisiel lub galaretkę z owoców. To te milion małych kroczków, którymi też można dojść. Nie ma w domu napojów gazowanych i niegazowanych farbowanych z biedry za 0,90 zł za 2 litry. Nie pijemy „soków” z kartonów. Kapustę kiszona wyjadamy codziennie z wiaderka, bez żadnej obróbki. Przypominam im o piciu wody. Katary lecze witamina c. Przeganiam na rowerach po 10-15 km, tak, zima też. W ferie co drugi dzień byliśmy na lodowisku. I tak mogę długo wymieniać.
            No powiedz, Kasiu, jest dobrze! 🙂
            Pozdrawiam Cię, nie walcz tak mocno, tylko rób swoje.

          3. Kasia 2 lutego 2018 o 18:21

            Nie. Mieliśmy szczęście, bo sędzina nie podjęła decyzji o dalszych działaniach prawnych, ale wiem że są takie rodziny, które skutecznie przymuszono do szczepienia. Co najmniej jednym w Polsce rodzicom ograniczono z powodu nieszczepienia prawa rodzicielskie…

            1. grzegorzadam 2 lutego 2018 o 20:32

              To jest niezgodne z prawem!
              Bazują na nieznajomości prawa i zastraszeniu, sami to prawo łamiąc!

              ”Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że nikt nie ma prawa żądać od rodziców podpisania oświadczenia „świadomej” odmowy szczepienia i poleca kierować do organów ścigania wszystkie przypadki szantażowania rodziców.

              Jest to zwykłe łamanie praw konstytucyjnych, które wymaga podjęcia radykalnych kroków.

              Rodzicu! Dlatego też, jeżeli kiedykolwiek będziesz miał wątpliwości co do szczepionki, a ktoś z personelu szpitalnego będzie Cię próbował straszyć i zmuszał do podpisania takiego oświadczenia:

              Nigdy go nie podpisuj. Lepiej weź czerwony flamaster, przekreśl jego treść i na odwrocie napisz:

              Art. 192 K.K. Kto wykonuje zabieg leczniczy bez zgody pacjenta, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.

              Wezwij policję i złóż skargę, ponieważ karze podlega ten:

              Art. 191.§1 K.K. Kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia.

              Art. 246. K.K. Funkcjonariusz publiczny lub ten, który działając na jego polecenie w celu uzyskania określonych zeznań, wyjaśnień, informacji lub oświadczenia stosuje przemoc, groźbę bezprawną lub w inny sposób znęca się fizycznie lub psychicznie nad inną osobą, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

              Art. 272. K.K. Kto wyłudza poświadczenie nieprawdy przez podstępne wprowadzenie w błąd funkcjonariusza publicznego lub innej osoby upoważnionej do wystawienia dokumentu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

              Możesz przypomnieć personelowi medycznemu, że kalendarz szczepień jest tylko komunikatem, a nie źródłem obowiązujących prawnie terminów szczepień.

              Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 18 sierpnia 2011 r. w sprawie obowiązkowych szczepień ochronnych można je podać do 19. roku życia.

              Nauczmy się sami bronić i walczyć o swoje prawa, bo nikt za nas tego nie zrobi, jeśli my sami nie będziemy ich świadomi.”
              https://www.odkrywamyzakryte.com/przymusowe-szczepienia/

            2. Kasia 3 lutego 2018 o 10:38

              Wiem to wszystko. Mam twardą d..ę i niestraszny mi wymiar niesprawiedliwości. A jednak po tej wizycie kuratora, zamiast chodzić po górach z dziećmi miałam telekonferencje z J. Sochą, korespondencję z wiceministrem sprawiedliwości itd., no i to czekanie… Oni żerują na nieświadomości, ale też słabości. Dziwne, korespondencja z sanepidu nie przychodzi nigdy do mojego męża. Zawsze do mnie. Bo kobieta się szybciej złamie. I tak to działa. Nie mówi się w mediach, ale dużo rodziców szczepi jednak pod przymusem. Mają dylemat, ale lekarz rozwiązuje go już na pierwszej wizycie… „Koleżanki”, własna siostra – boją się nas, mówią że nie mamy prawa korzystać z „opieki zdrowotnej” bo nie chcą siedzieć w tej samej przychodni co my. Na mnie to średnio działa, a jednak kropla drąży i drąży. Jeszcze tylko trzeba wprowadzić zakaz szkolny dla nieszczepionych i grono nieszczepiących zmaleje. Kwestia czasu. I tak sobie matka Kasia w chwili słabości myśli – a może jak bym zaszczepiła to pożyję sobie dłużej bez tych stresów, a przy odrobienie szczęścia dziecię nie zachoruje od razu… Dobra, nie zanudzam. Postuluję o więcej wątków okołodzieciowych 🙂

            3. grzegorzadam 3 lutego 2018 o 12:14

              Nie sprzeciwiaj się, powiedz , że zaszczepisz później 😉

              W ussa już jest horror, jak w tych fimach o epidemiach!

              ”Fragment z książki Davida Icke „Iluzja Percepcji” część 2:
              „Rząd odbiera dzieci rodzicom, którzy nie godzą się na
              stosowanie wyniszczających układ odpornościowy
              szczepień, rodzicom, którzy odmawiają leczenia takich
              chorób jak rak, bo wiedzą, że chemioterapia i
              promieniowanie z pewnością zabije ich dzieci w
              niewysłowionych męczarniach czy rodzicom, którzy wiodą
              odmienny od ogólnie przyjętego tryb życia i nie stosują się
              do nakazów agentów SS.

              Opisałem już wiele historii o
              służbach SS kradnących dzieci rodzicom, jednak przytoczę
              jeszcze jeden przykład tych coraz bardziej drastycznych i
              coraz częściej powtarzających się praktyk.

              Pewna amerykańska kobieta urodziła dziecko w ambulansie
              będącym w drodze do Centrum Medycznego Hershey w
              Pensylwanii.

              Po przybyciu na miejsce pielęgniarze zrobili
              dziecku zastrzyk. Kiedy kobieta spytała, dlaczego to zrobili,
              usłyszała w odpowiedzi: „Żeby pomóc”. Nie dowiedziała się
              jednak, czemu zastrzyk miał pomóc. Co ciekawe, po podaniu
              zastrzyku pielęgniarka spytała kobietę, czy jest uczulona na
              oksytocynę, którą podano dziecku.

              Kobiecie powiedziano, że jej dziecko jest zdrowe, następnie, że „bardzo źle się czuje”,
              a godzinę później, że wszystko jest w porządku i może
              jechać do domu.

              Po kolejnych godzinach kobieta została poinformowana, że dziecko musi zostać w szpitalu przez 48
              do 72 godzin. Kiedy spytała dlaczego, usłyszała, że z
              dzieckiem wszystko jest w porządku, jednak „prawo
              wymaga, żebyśmy zatrzymali dziecko na 48 godzin”
              (w rzeczywistości w Pensylwanii nie ma takiego prawa).

              Później tego samego dnia kobietę odwiedził rządowy
              pracownik socjalny, Angelica Lopez-Heagy, informując
              matkę dziecka, że w jej sprawie toczy się dochodzenie.
              Kiedy kobieta spytała, czego dotyczy dochodzenie, Lopez-
              Heagy odpowiedziała, że informowanie jej o zarzutach jest
              wbrew prawu. Kobieta powiedziała, że w takim przypadku
              nie będzie odpowiadać na pytania.

              Na to Lopez-Heagy
              odparła: „Jeśli nie będzie pani współpracować, wezwę
              policję i przejmiemy opiekę nad dzieckiem”.

              To zastraszenie przekonało kobietę do odpowiadania na pytania. Zdała sobie
              wówczas sprawę, że postawiono jej zarzut nieudzielenia
              zgody na objęcie dziecka leczeniem.

              Lopez-Heagy swoim przemiłym głosem poinformowała, że kobieta odmówiła
              zgody na podanie dziecku „zastrzyku z witaminą K”. Na to
              kobieta odparła, że nikt nigdy jej o to nie pytał. Witaminę K
              podaje się wszystkim noworodkom, bazując na założeniu, że
              jej niedobór może powodować krwawienie.

              Jestem jednak zdania, że „witamina K” zawiera coś, o czym nam się nie
              mówi, a co atakuje nierozwinięty jeszcze system
              odpornościowy.

              Czy władza nie wykorzystałaby możliwości
              dostępu do każdego nowo narodzonego dziecka?

              W kolejnym epizodzie tej niesmacznej historii matka została
              poproszona o zgodę na podanie dziecku szczepionki przeciw
              wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. Kobieta
              powiedziała, że zgodzi się tylko wtedy, kiedy zobaczy
              wyniki badań potwierdzających, że jest to niezbędne dla
              dziecka.
              W odpowiedzi usłyszała, że pracownicy zapomnieli
              zrobić badania wcześniej tego dnia i muszą teraz podać
              szczepienie bez badań.
              Kazano jej także podpisać „program
              bezpieczeństwa” dla swojego dziecka, a kiedy odmówiła i
              powiedziała, że chce, by najpierw przeczytali go jej mąż i
              prawnik, wówczas pracownik socjalny wezwał policję, która
              bez nakazu sądowego, odebrała opiekę nad dzieckiem,
              utrzymując, że kobieta cierpi z powodu choroby.

              Kiedy pracownik socjalny przejął opiekę nad dzieckiem, kobieta
              zgodziła się na szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu
              wątroby typu B. Następnie jakiś policjant-idiota wyrzucił
              kobietę ze szpitala, ponieważ odmówiła podpisania
              „programu bezpieczeństwa”.

              Kiedy na miejsce przybył jej mąż, oboje zostali wyprowadzeni poza teren szpitala.

              Kobiecie powiedziano, że co trzy godziny może wracać do
              szpitala, by nakarmić dziecko, a to oznaczało, że wraz z
              mężem musiała spędzić noc w samochodzie – zaledwie kilka
              godzin po porodzie.

              Jeśli mieszkasz w okolicy, zapamiętaj
              nazwę tego szpitala – Centrum Medyczne Hershey w
              Pensylwanii. Podobne sytuacje zdarzają się częściej, niż
              większość ludzi jest sobie w stanie to wyobrazić.”

    2. Luxtc 26 stycznia 2018 o 21:14

      Amen.

    3. Alia 26 stycznia 2018 o 22:20

      „On nie je słodyczy! Tylko czasem kinderka”… Autentyczny cytat, który mnie przeraził. Dwuletnie dziecko żrące batoniki mnie przeraża. Dziecko wtryniające smażony żółty ser mnie przeraża. To jest straszne. Za nieszczepienie mandacik, za podanie dziecka g…. powinno być więzienie.
      Mam małe bliźnięta, lubią buły (wybaczcie bogowie, nie uchroniłam, ale piekę sama z pełnoziarnistej mąki chociaż), ale lubią też warzywa i uwielbiają owoce. A najbardziej lubią moje zielone koktajle. Nie daję im zbyt dużo, najwyżej łyżeczkę, bo wrzucam tam ogromne ilości imbiru.

      1. Pepsi Eliot 27 stycznia 2018 o 11:08

        to zrób dla nich bez imbiru, zielone koktajle dla dzieci są super, jak tylko chcą jeść/pić

      2. grzegorzadam 28 stycznia 2018 o 22:13

        Tylko czasem kinderka”…”

        😉

    4. Keyt 27 stycznia 2018 o 06:21

      No jak to tak, dziecku odmówisz.. batonika, cukierka, czekoladki, serca nie masz? Hue hue. A dzieci to jak w dym. A świadome matki, które tego cukierka nie dadzą to jakieś wyrodne. Bo i tak pozna tego smak w przedszkolu, no kurcze, przynajmniej im później tym lepiej.

      1. Alia 28 stycznia 2018 o 23:56

        No to jadę z tym, co ja usłyszałam odnośnie swoich dzieci 😀 : „Wszyscy jedzą, a oni nie będą…?”, „Serca nie masz, żałujesz dzieciom.”, „Teraz to nie jedzą, ale pójdą do przedszkola/szkoły to będą jeść i tak!” (yyy..wtf?! to mam ich zaprawiać od niemowlęctwa?), „oj tylko jeden kawałek”.

        1. Keyt 29 stycznia 2018 o 00:13

          Szukają usprawiedliwienia dla własnych poczynań, dobrze wiedzą że to oni dziecko zapoznali ze smakiem cukierka, ale za nic się do tego nie przyznają. Stąd te podszepty żebyś zrobiła to samo 😀

    5. Malgosia 27 stycznia 2018 o 06:22

      I tj prawda i cała prawda i tylko prawda. Świetny artykuł Pepsi.
      Najlepsze są widoki jak mama pcha wózek a w nim dzieciak wpierniczajacy czipsy albo inne badziewia. Za moich czasów dzieciak wcinal bułkę suchą. Dzisiaj ta bułka niestety nie byłaby już taka zdrowa bo wiadomo z jakiej pszenicy jest i ile wypelniaczy i innych syfów w niej jest.
      Nawyki żywieniowe są ważne od malenkiosci i uświadamianie dzieci od pewnego wieku.
      Sorry,może ukaże kogoś ale zamiast lekcji religii w szkole wprowadzilabym lekcje prawidłowego żywienia i zdrowego stylu życia.

    6. Marcysia 27 stycznia 2018 o 08:40

      Ja mojemu synkowi(aktualnie 8,5 miesiąca) nigdy nie dam żadnego przetworzonego jedzenia, jakiś fast foodów. Niestety sama czasami ulegam tym pokusom, ale wiem, że muszę znaleźć motywację do tego żeby małemu dać dobry przykład. nie jem glutenu, nabiału i słodyczy i nie mam z tym żadnego problemu, nie rusza mnie to – wiem że np. jakiś batonik to szajs i nic więcej i szkoda kasy na takie coś. Dziadkowie się pytają czy małemu już dawałam jakieś chrupki – ja zawsze im odpowiadam, że nie będzie takich rzeczy jadł, nie będzie jadł słodyczy. A oni, że biedne dziecko itp. Ja na to odpowiadam, to co lepiej żeby jadło słodycze i chorowało? Nie rozumieją pewnych rzeczy i ciężko temu pokoleniu zrozumieć, że dieta ma mega wpływ na zdrowie. Moja kuzynka nie daje swojej córce słodyczy i jak pewnego dnia gdzieś poczęstowali ją lizakiem to mała nie wiedziała co z nim zrobić 😉

    7. Taka tam 27 stycznia 2018 o 11:27

      Mam dwójeczkę małych ludzi. Każde z nich jadło kiedyś frytki. Raz chyba nawet na czyiś urodzinach było coś z Maca… nie smakowało im :D. Nie jestem ortodoksyjna jesli chodzi o zdrowe żywienie. Ale staram się gotować zdrowo. Nie używam przetworzonej żywności. Zupy są gęste od warzyw, a nawet mięsne klopsy mają w środku przemyconą marchew i paprykę. Mam taką zasadę, że w każdym ich posiłku jest warzywo lub owoc. Może to niewiele, ale moje dzieci nigdy nie proszą o „coś słodkiego”. Często goście przynoszą jakies żelki, czekoladki, które lądują w koszu ze słodyczami. Nie ma nim zainteresowania. Ostatnio wyrzucałam przeterminowane… Są szczupli i zdrowi (pomijając dyspraksję syna z którą walczymy, ale to chyba inna bajka). Nigdy nie brali antybiotyków. Z chorób – czasem zdarza się katar (raz, dwa razy w roku).
      Mloda je też posiłki w przedszkolu – nie biegam za nią z termosem i bezglutenowym chlebem. Je teoretycznie to, co dzieci – chociaż Pani się śmieje, że się dobrze uzupełnia z grupą, bo jak na śniadanie jest chleb z serem i ogórkiem, to dzieci ściągają ogórek z chleba, a ona ściąga chleb z serem z ogórka.
      Nie jestem zwolenniczką zupełnego odseparowania dzieci od „niezdrowego jedzenia”, bo to często nie wykonalne: koledzy na przerwie i tak poczęstują chipsami, czekoladkami, frytkami, a pani na wycieczce szkolnej kupi całej grupie lody z kolorową posypką.
      Jednak nawyki zdrowe i niezdrowe wynosi się z domu. I tu jest pole do popisu 🙂 Z mojego doświadczenia wynika, że mimo wszystko nawet w dzisiejszych czasach można uzyskać całkiem nieźle wybierające dzieci. O ile samemu wybiera się podobnie…

    8. Vivi 27 stycznia 2018 o 11:30

      Swietnie napisane!!!!
      Powinno byc w niedziele odczytane na ambonie!! W TV po dzienniku tez, codziennie. ;-))
      Goraco pozdrawiam.
      Wychowana na niedzielnych obiadach.

      P.S Chce tylko dodac. Jestem rocznik 1962 . Spedzalam bardzo duzo czasu u Babci. Gdy bawilam sie na podworku Babcia rzucala mi w torebce ostrugana marchewke do pogryzienia lub wolala mnie do domu na utarta marchew, surowy buraczek itp.
      Gdy rosly mi zeby, slinilam sie i podgryzalam cwiartki jablka, ktore Babcia miala zawsze ze soba w torebce.
      Z przerazeniem patrze na te wszyskie dzieci w wozkach z ciaskiem lub pseudobulka w reku.
      Pa.

    9. Bio pomidore 27 stycznia 2018 o 11:56

      Maluchy od małego sa przekarmiane, znam dzieci które zawsze coś mają do jedzenia w wózku, chrupki,cipsy dla dzieci (juz taki syf jest),bułka itp.no po co to? Jak dziecko zjadło przed spacerem to brałam tylko wode. A jak idę na dłużej to owoce i rodzynki.
      Zamiast chipsów marchewka,papryka,owoce.
      Btw jak byliśmy na wakacjach ze znajomymi to mówili,ze pierwszy raz widzą jak takie małe dziecko je sałatę,cebulę i inne warzywa.

      1. Pepsi Eliot 27 stycznia 2018 o 15:22

        małe dzieci, które non stop jedzą papier (8 miesięcy), doskonale reagują na liść bio sałaty rzymskiej 🙂

    10. Amoureena 27 stycznia 2018 o 18:30

      Moje dzieciństwo to owoce i warzywka z działki, własne dżemy i kompoty, ćwiartka świniaka od znajomego dziadka, ziemniaki ‚na zimę’ od chłopa trzymane w piwnicy, tarte buraczki lub marchew do obiadu, zupa codziennie obowiązkowa oraz słonecznik w roli przegryzki, czasem chrupki kukurydziane, orzechy lasowe i włoskie na święta. Lody wyłącznie niedzielę po kościele – i to jedna gałeczka.
      Oczywiście były i torty urodzinowe – całkiem tradycyjne, takie robione w domu na maśle, nigdy na margarynie, której nie uważano u mnie w domu za rzecz jadalną.
      Już od naprawdę wielkiego święta były gumy Donald z Pewexu oraz batonik Snickers krojony na 4 osoby, czasem na więcej.
      Gdy tak patrzę na to, co dzieje się teraz, czasem zastanawiam się całkiem serio, czy te wszystkie obecne dzieci dożyją 40-stki.

      1. grzegorzadam 28 stycznia 2018 o 22:19

        Mają dożyć do emerytury, chorując wcześniej na ”tabletki”.
        Takli jest plan hodowli.

      2. grzegorzadam 28 stycznia 2018 o 22:19

        Jeszcze wziąć wcześniej kredyt na 30 lat.

    11. Bursztynek 29 stycznia 2018 o 01:39

      ja oswiecilam sie dzieki Wam, zaczelam gotowac tylko w domu dla siebie i meza, sniadania, obiady, soki warzywne, soki cytrusowe, szejki z super foods. Tlumaczylam o chlebie, o mleku, wydawalo mi sie ze wszystko wie i rozumie. Kiedys wcinal chalke, popijal mlekiem, codziennie tabliczka czekolady, ciasteczka, fast foods. Wydawalo mi sie ze go oswiecilam. Wczoraj sie wyprowadzil z naszego mieszkania….mowiac ze musi odpoczac ode mnie…. ja przepraszalam ze moze za bardzo sie wczulam i zmienilam jego nawyki, i dalam mu chalke, butelke mleka, ciasto-sernik, chleb – ucieszyl sie, wzial to i wyszedl z domu……

    12. Bursztynek 29 stycznia 2018 o 01:53

      juz nigdy nie bede nikogo przekonywac do suplementacji, do zdrowego odzywiania itp. – a myslalam ze jak mam taka wiedze to trzeba sie nia dzielic, uswiadamiac ludzi, przekazywac dalej, i przede wszystkim dbac o osoby najblizesze 🙁

      1. kijanka 29 stycznia 2018 o 22:31

        Bursztynek to strasznie przykre… Ale to przecież nie z powodu zdrowego stylu życia… Przemyśl Wasz związek, nie oszukuj się…

    13. grzegorzadam 29 stycznia 2018 o 09:49
      1. Ania 29 stycznia 2018 o 18:06

        Muszę to dzieciom pokazać! Dzięki!

    14. Maja 29 stycznia 2018 o 13:20

      Wszystko ładnie, pięknie tylko co z tego jak otoczenie nie pomaga, i niszczy to co my bardziej lub mniej świadome żywieniowo matki lub/i ojcowie robimy. Nie byłam (i nadal jeszcze niestety nie jestem) super przykładem pod tym względem, ale starałam się trzymać bardziej niż mniej zdrowego żywienia, tj., np. dużo zup warzynych, kasze, warzywa na parze itp. i to wszystko jadł synek, do czasu, aż ze względu na mój stan zdrowia zaczęłam z synkiem spedzać w tygodniu dużo czzasu u mamy, a potem z przymusu zamieszkalismy tam i od pn do ndz obiady to głównie były kotlety, robione w nadmiarze i odsmażane żeby szybciej było 😉 zupy rzadkością były, a kaszy moje dziecko nie zobaczyło przez dwa lata na talerzu…. wyrzucam sobie teraz, że zaniedbałam to, ale niestety mi zdrowie w ogóle nie pozwalało na zajęcie się tym tematem, byłam zdana na to co mama uszykowała i teraz moje dziecko ma nadwagę, cięzko walczyć z jego nawykami (najlepiej smakuje pizza, hot dog frytki), w mcdonaldzie nigdy nie bylismy, lody zaczął jesc w wieku 4/5 lat tylko smietnakowe, waniliowe lub czekoladowe, słodyczy typu lizaki cukierki nie lubi bo są za słodkie, uwielbia wodę, owoce i warzywa na bakier, jeszcze nie dawno lubił marchewkę i buraki, ale obraził się i na nie… i mimo, iż dbałam od małego zeby nie poznał tych smaków to nie uchroniłam go przed tym. mam tylko nadzieję, że to że dużo rozmawiamy i oglądamy programy typu „wiem co jem i co kupuję” i dam mu przykład siebie zacznie to rozumieć, bo już teraz ma świadomość swoich złych nawyków żywieniowych, skład produktów, wie czego unikać – i świadomie potrafi zrezygnować z tych półproduktów.

    15. Wagabunda 7 lutego 2018 o 09:44

      Pamiętam jak u swojej babci na wsi zajadałam jabłka, gruszki i czereśnie prosto z drzew (po których się namiętnie wspinałam), porzeczki, agrest prosto z krzaczków, marchew prawie że prosto z ziemi :), pomidory z foliówki… Mój syn też uwielbia owoce i warzywa – brokuł i kalafior to nawet bardziej na surowo – choć lubi też przegryźć chleba, a u babci kotleta 🙂 Nie dajmy się zwariować…

    16. Wagabunda 7 lutego 2018 o 09:58

      Przypomniało mi się jak kiedyś na wakacjach pewien Amerykanin zaniemówił z wrażenia, kiedy zobaczył mojego syna zajadającego surową paprykę…

      W czasie studiów pracowałam w USA jako kelnerka w pewnej restauracji (gwoli wyjaśnienia nie był to McDonalds). W przerwie na lunch zamówiłam sobie łososia, sałatkę, brokuły… kucharka, która przygotowała mi to danie, zapytała: „jak ty możesz to jeść”? yyy… a jak ona mogła to ugotować?? 🙂 🙂 🙂

    Dodaj komentarz