Pepsieliot
Możesz się śmiać, ale i tak za kilka godzin
zmienisz swoje życie...
204 831 079
85 online
30 863 VIPy

ZNACHORZY, czyli uzdrawiająca manifa – powieść Pepsi Eliot

Od dzisiaj, codziennie pojawi się tutaj nowy rozdział „Uzdrawiającej manify”:)

Jeśli masz ochotę zrobić sobie dzień na TAK, zapraszam do krótkiej codziennej lektury!

ROZDZIAŁ 1

FRUTARIANIN i MACOCHA (ŚNIEŻKI)

To było nierozerwalnie związane z jego wyglądem, Jalu był po prostu uderzająco atrakcyjny. I wszyscy musieli się specjalnie starać, żeby nie zwracać na niego uwagi. Przystojnością zmiękczającą rzeczywistość, prawie, że nieświadomie i tak osiągał więcej niż inni. Pomimo, że dzisiaj trochę nawiedzony eterem duchowości, nie drażnił nawet materialistek, bywalczyń sklepów z nietanimi rzeczami do kuchni i salonu, nie mówiąc o ubraniach, czy dodatkach. W tym posiadaczek średniej Birkinki, torebki pod którą bierze się kredyt hipoteczny. 

Idiotycznie ciepły listopad roku drugiego kowidowego. Jalu Spirit (takie pseudo) klęcząc w trawsku na polanie niedaleko Murzasichla byłby nudził otoczenie. Gdyby nie te proporcje twarzy. Wyobraź sobie najbardziej dekadenckąminę z suszeniem dwóch nadzwyczajnych jedynek. A teraz pomnóż to przez dwa a nawet cztery, tak uśmiechał się ten człowiek na pokaz. Jeszcze lepiej wychodził na zdjęciach.

Świeżo wysłuchawszy (czytając nie możesz jednocześnie grać w Kapi Hospital) rocznika 84 tym bardziej gardziłneokomunizmem. A może rzeczywiście klimat się ociepla? I co z tego? Kiedyś się schłodził. A może to miazmaty gorącego metanu kłębiące się blisko przemysłowo hodowanych zwierząt? Zyliony ton sztucznej paszy plus ciepłe prądy El Nińo?

Skończ ze znachorstwem, bo mi wystraszysz czytelnika, powiedz coś na plus pozytywnego. Miałeś nażreć się słońcem, a widzę pęto kiełbasy na szałasie. Może to bananyktoś jednak okazał się odporny na absolutną przystojność.

Zgadłaś macocho, łaknąłem biofotonów dla równowagi wewnętrznej, jak kujon dyktanda.Teraz zapiszę się do wątpiących. Zgubiłaś gdzieś Śnieżkę? – dodał mściwie – Od dwóch dni nie jem kanapek tylko w tym trawsku, z zamkniętymi gałami usiłuję wessać słońce. Wraz z głębokim wdechem ma się rozumieć Balladyno.

Na wszelki wypadek spakował kilka bananów, dyndały teraz na żerdzi tipi, gdzie jakby chciał, mógł nawet rozpalić ognisko. W tej dziurawej chacie z lnianej szmaty zamierzał oczyszczać hipsterów z paskudnego wnętrza. Następnie palić wspomnienia na stosie chrustu. Takie było założenie. Lecz misja nie cieszyła się większym popytem z prostego powodu, nie stosował ajałaski, co ją stosują dzisiaj wszyscy kumaci epigoni Indian Keczua. Brzmi kozacko, ale to zwykły plagiat.

Jalu Spirit przyciągał kobiety nie tylko wyglądem, ale też elitarną mentalnością, dla której traciły głowę. W sensie ścisłym, łaziły potem bez mózgów. To proste, obojętność odwrotnie proporcjonalna do wyglądu intryguje, albo wkurza, więc intryguje. A Jalu na opak, im bardziej wyglądająca, tym on bardziej zajęty wymysłami, jak zostać drogowskazemdla uśpionych. A praktycznie wszyscy kimali.

ROZDZIAŁ 2

JALU POZNAJE MONIĘ TWIST

Póki co, Jalu szedł w duchowość. Medytacje (zwykle nieudane) przedkładał nad pożądany przez większość materializm. Nawet ten wyrażony przedmiotem w kształcie długiej, płaskiej, czarnej i szybkiej, jak kosmos wyścigówki. Może wyścigówki nie, ale jedna bogaczka bardzo mu się spodobała.

Na kolację była kasza gryczana niepalona z tofu i kawałkiem awokado. Jadł w zamyśleniu.

To ostatecznie nielogiczne, mam z włoska wyrafinowaną estetykę, ale nie do przedmiotu mnie ciągnie. Może nawet kocham ją przez wyparcie, modelz Kopca piękną Monię Tłist.

Pod tym względem, nie należał do wyjątków, gdyż praktycznie każdy zainteresowany, kto zetknął się chociażby epizodem z jej greckim nosem jednym prostym odcinkiem wyznaczonym poprzez przedłużenie namiętnej linii czoła i innymi transcendentnymi atrybutami blondynki, zakochiwał się w tej chwili. Wysmuklona i wiotka osoba, subtelnie łopocząca na wietrze kremowa aksamitka obróciła w gruzy dewizę spirytualisty, materia to gówno. Przy Tłist modelce nikt nie pozostawał neutralny. Towarzystwo nie mogło oczu od studentki znawstwa filmów animowanych oderwać.

Wprawdzie gminne kumpele ostrzegały, że starożytny grecki szkic w urodzie upodabnia twarz Tłistówny do końskiego ryja. Pięknego, ale jednak mordy końskiej. Lecz jakby nawet sam podpisał się pod tą idiotyczną konstatacją, to komu by przeszkadzało posiadać w rysopisie piętno rasowego folbluta? Rys dzikiego mustanga w profilu? Raczej każdy by się na to zgodził.

Jalu Spirit, tak jak wszyscy prawdopodobnie, zakochał się w młodszej Tłistównie (bo jeszcze miała siostrę, jak to możliwe w tak dobrej rodzinie, po prostu grubaskę, ale o tym nie teraz), jakby od pierwszego wejrzenia.

Monia Tłist pojawiła się kiedyś na Mistrzejowicach w ramach lotnego seminarium, dyktanda zadanego przez ponadambitnego asystenta rysunku odręcznego. Mieli animować (ależeco?) walcownię w hucie. Student z blokiem rysunkowym przyparty do muru zaliczeniem, nie z miłości do proli bynajmniej. Stąd każdy zadufek personifikował piec martenowski i resztę przemysłowych okoliczności wytapiania stali. Wśród nich modelka ubrana w kurtkę puchową Coco z rękawami 2/4 (tak! nie przesłyszałeś się), niekonsekwentnie posługując się alegorią wstydliwąjałowym skojarzeniem naszkicowała kreską rosyjską (w sumie lepsza od disneyowskiej) żeliwiaka niby piec chlebowy z chojrackimi oczkami, głębokim otworem gębowym i mikro stopami w onucach, a surówkę (wrzącą lawę), jak zupę z emotikonem.

Strasznie wszyscy skretynieli od tego internetu. Może skończę z dalszym opisem jej wypocin, bo mi się od transmutacji hutników w krasnoludków hejho hejho zrobi słabo, a nie to jest istotą późnego popołudnia spędzonego w hucie Lenina, teraz Sędzimira, wkrótce pewnie znowu Lenina. Sednem było zakochanie Jalu od pierwszego wejrzenia.

Bazgrali, trzpiotowali, wkurwiali hutników, w końcu poszli. Rozbawiona studencka wataha wypadła z monumentalnej industrii, historycznych pałaców dożów weneckich w wersji socjalistycznej i popędziła przed siebie osiedlowymi alejami Nowej Huty. Mijali łyse głowy drące faje przed blokami, coś tam rymujące, coś tam kręcące się w kółko na twardych łbach breakdancem. Mijali starszych ludzi siedzących na krzesłach z domu przed blok wyniesionych, jak kiedyś ich dziadkowie siadywali przed chatami.

Studenci znawstwa animacji w końcu ze zdziwieniem spoglądali na klatki z królikami i małe zagrody z prosiętami porozstawiane wzdłuż skwerów Alei Róż i Nasturcji. Nowohutczanie oprócz rottweilerów i dobermanów dla towarzystwa, wciąż hodowali w swoich M3 zwierzęta do jedzenia.

Studenci filmówki biegli dalej, obok trzepaków nielicznie obwieszonych starszą młodzieżą ćwiczącą podciąganie, albo dziewczynkami ze zwisającymi w dół głowami. Zdyszani gonili obok świata, którego nie znali, ale przeczuwali z filmów Trainspotting, że gdzieś jest. Akurat tutaj.

Minimalne uczucie zagubienia zniknęło dopiero, gdy na horyzoncie dostrzegli znajomy żółto czerwony barak. Na pewnym gruncie w mgnieniu oka okrzepli i nawet część towarzystwa wbiegła w skandaliczny incydent estetyczny po coś szybko do picia.

Monia stanęła przed sklepem jak jakiś egipski obelisk na Placu Zgody, trofeum tęsknoty, coś z nieznanej dalekiej wojny, z tajemniczego świata pięknych ludzi, których w tutejszym pejzażu nie uświadczysz na lekarstwo. Stała, a co odważniejsze, zdziwione nieczęstym widokiem dzieci lekko uciskały ją palcem, żeby za chwilę wskoczyć w kałużę z wstydliwym chichotem. Łyse głowy, co właśnie wyszły z Biedry z browcem (z Biedry z browcem) metalicznie zalatującym puszką, raperstwo z świeżym pomysłem hejta na zarozumiałe z Kopca laski, wmurowało w krzywe płytki chodnikowe. Co innego rymować w ciemno, kiedy się na żywo nikogo takiego nie widziało, a co innego zetknąć się w realu ze zjawiskiem Moni Tłist z Kopca.

Długo jeszcze po tym wydarzeniu zaprzestali pod blok wychodzenia, siedzieli w samotności, robili sznyty i permanentnym tuszem pisali po przedramionach, naprzemiennie. I niejeden wtedy kolczykiem love przygwoździł sobie język, a Łysy podobno nawet mosznę.

Całą scenę pod marketem w zapamiętaniu monitorował frutarianin Jalu Spirit, chroniący się przed deszczem w cieniu filara krużgankowej strefy handlowego blaszaka. Piszczało mu w uchu, a ubranie miał całkowicie mokre, będąc jednocześnie szarpanym przez uczucia ambiwalentne. Albowiem gardził płytkim życiem mieszkańców Kopca, jednak w tym samym momencie uświadomił sobie miłość do Tłist Moniki, którą nawet opad atmosferyczny oszczędzał, bo też był w niej zakochany. A skąd jak nie z Kopca miało takie zjawisko na rogatkach miasta, już prawie w Nowej Hucie się objawić?

ROZDZIAŁ 3

Zapoznajemy Sylwię Parker na fecie filantropów

Sylwia Parker rzeczywiście wyglądała jak długopis, dokładniej cienkopis. Kasjerka ze sklepu spożywczego z miną na kwintę stała oparta o ścianę na imprezie dobroczynnej nomen omen wspierającej kulturystów. Nie mieli chłopaki równych szans z powodu żadnych subwencji państwa w ich przyrosty masy. Zmuszeni samotnie organizować odżywki, bo wiadomo, że pozbawieni towaru (mimo setek zginań łap z ciężarem) za Chiny nie osiągną pożądanej muskulatury. Nikomu w Nowej Hucie nie trzeba było dwa razy powtarzać, że niezadowolony atleta, robił się agresywny i potem przychodnie penitencjarne puchły.

Dlatego od czasu do czasu komitety dzielnicowe urządzały bale dobroczynne dla ekspedientów kasowych Biedry, aby z dobrowolnych pracowniczych datków zebrać fundusze. Właśnie ten dansing odbywał się w osiedlowej poczcie polskiej, która łatała finansowe dołki w weekendy odnajmując pomieszczenia pod rozmaite obrzędy typu wesela lub fety typu filantropie. Chociaż Sylwia znała łatwiejszy sposób na poprawę kondycji polskiej poczty, mogli po prostu otworzyć drugie okienko.

Wnętrza osiedlowego urzędu pocztowego były bardzo brzydkie (spiżowy odcień i olejna lamperia, czkawka z gierkowskiej estetyki) i tak nieprzystosowane do wesel i filantropijnych fet, jak amerykański nieuk zesłany do starochińskiej biblioteki.

Goście wpadali na ruchome przepierzenia, lufty kasowe, jak gilotyny zatrzaskiwały się na opuszkach, czy też bombardowały ich ukryte za ścianką shoji nigdy niewysłane paczki. Można wiele niemiłych słów wpisać do komputera o wystroju nowohuckich wnętrz, ale skończmy z turpizmem, wracając do humanitarnej imprezy i Sylwii opartej o ścianę poczty polskiej. Mało urodziwej dziewczyny o średniej inteligencji i mniejszej wiedzy delikatnie przytupującej niedrogim obcasem w takt prostych bitów o kulturyście ”Siedzę w domu, rozpiera mnie moc. Nieważne czy to dzień czy noc” …

Obcas bezwiednie wybijał rytm rzewnej melorecytacji. Sylwii też brakowało stylu, a nawet odrobiny smaku, gdyż ubierała się jak wiejski celebryta zamieszkujący podkrakowskie wsie od strony Topielic, czy Bagnisk, drobiący w niedzielę wieczór do świetlicy. Za to ona obnosiła się ze spódnicą z błyszczącego plastiku na co dzień. Do tego rude włosy jak matowa kita nieżywej wiewiórki w połączeniu z mysim odrostem. Skórą cieszyła się pospolitą dla zamieszkiwanych regionów, raczej bladą z krostami i nierównym pigmentem. Nad spódnicą wisiała na płaskiej klatce piersiowej kremowa bluzka z kołnierzykiem bubie, niedająca się wyprasować nawet enerdowskim żelazkiem i niewiadomo skąd wyciągnięta. Bubie z pyska? No cóż, jakby hipsterska.

Za to dolne, chude jak cała Sylwia, kończyny, niby dwa pędy bambusa ze zgrubieniami w kostkach i kolanach zakończone niedrogim obcasem każda, idealnie nadawały się do wysłania Sylwii w formie niewidzialnej paczki. Gdyby dziewczynę jedynie zawinąć w dywan, jak kiedyś Kleopatrę, następnie obojętne, czy turlać do Palestyny czy też wysłać kurierem na adres Juliusza Cezara, i tak nikt nie domyśliłby się, że stanowi przesyłkę.

Nie miała anoreksji, a jedynie typ urody. A znalazła się na tym dobroczynnym capstrzyku przypadkowo, nie dysponując żadnym datkiem dla atlety z kapturem, imbirową bulwą, żeby jeszcze bardziej urosła na kwaśnym karku.

Sylwia przywlokła się za Ingą Tłist, z którą od niedawnego zapoznania przy trzepaku obok strit artu były praktycznie nierozłączne. Nowohucki punkt wyszynku dla atletów prowadzony przez Ingę, wymusił jej obecność na fecie, następnie magnesem zapoznania Sylwii z kimkolwiek, przyciągnęła i ją.

Różniły się i to bardzo. Inteligencją i oczytaniem to raz. Po drugie Inga zawinięta w dywan (jakby zapadła podobnie głupia decyzja), nie mogłaby imitować nieobecności, wręcz przeciwnie. Coś jak wąż Exuperrego, który połknął słonia. Bowiem Inga Tłist (siostra wiecie kogo) była korpulentną tłuszczem szatynką.

Ładne rysy twarzy, zadarty nos, niezbyt głębokie oczodoły i relatywnie płytko, nie jak u grubego, zatopione w nich kumate gały otoczone przydymionym (się podoba) makijażem. Jednak wszystkie stałe elementy gry, jak owe gały z brwiami, nos i broda skupiły się wokół otworu gębowego z modnymi (górna większa od dolnej) wargami, niby na polu karnym pod bramką. I tak jak na boisku duża część murawy stoi nieobsadzona, tak na pozostałej (dużej) płachcie twarzy Ingi niewiele się działo.

Stąd szkolna ksywka jednopunktowiec, rzadziej monosajt. Niby to lepsze od baleronu, ale i tak kijowe. Dla niepoznaki nosiła za ciasne ubrania. Pomysł ściągnięty z wysoce klikanych programów dwóch lasek, które naprawiały nienaprawialne (nie Telma i Luiza), w przypadku Ingi był chybiony, skutkował niedotlenieniem i jeszcze większą irytacją.

Nieustające rozdrażnienie grubością maskowała agresywnym zachowaniem i hardością, żeby tylko ktoś nie domniemywał, że ma ze swoim tułowiem jakiś problem. Że się może przymila z powodu za dużego anektowania przestrzeni.

Egzystencja społeczna Tłistówny w związku z tym była powierzchowna, a niekiedy wręcz niegrzeczna. Odpowiadała na pytania zanim jeszcze je zadano, czym nie tyle, że wzbudzała zdziwko, ale bardziej zniechęcała do dalszej konwersacji. Gdyby tylko wiedzieli, że cała pochopność i szorstkość Ingi miały rudymentarny początek wyłącznie w nawarstwieniu tłuszczu, który dawno wyrwał się spod kontroli i jak nanos śniegu po zawietrznej, bułka karpatka wrzynała się w ubranie, odbierając jakąkolwiek ochotę do rozmowy. Nawet z kimś kulturalnym czy tylko przezabawnym. Może nie miałaby za sobą tylu dysharmonii, jak ta przed chwilą, gdy pewna laska już miała się do Ingi odezwać, a wariatka nie czekawszy odparła.

– W okolicznościach kiedy będziesz moją klientką chętnie o własnych ewentualnych niedoskonałościach porozmawiam i się z nich jakby co wytłumaczę, ale teraz proponuję, skupmy się jednak na zjawisku średniej aktoreczki, czyli ciebie we własnej osobie tu przede mną stojącej.

I zmyła się szybko skonfundowana blondyna, bo przecież miała w planie tylko grzecznie zapytać o toalety w urzędzie pocztowym umiejscowienie.

Na szczęście jeśli chodzi o własny biznes, Inga działała profesjonalnie. Żywiołowo i misyjnie, lecz bez rozrzutności i emocjonalności, wszystko wyuczone od Warrena Buffetta.

Zapomniawszy już o incydencie z Merlin Monroe, jak nie Inga, latała w uśmiechach po sali pełnej atletów. Przecinała ich drogi, zagadywała, nawiązywała kontakty przez jednostronną wymianę wizytówek, które właśnie odebrała. Licząc na kontynuację zażyłości w postaci rosnącego zysku netto ze zwiększonego obrotu brutto we własnym sklepie dla kulturystów i ludzi aktywnych.

W tym czasie uchwyt ruchomej ścianki shoji wbijał się plecy Sylwi Parker. – Co ja tutaj robię? Miało się roić od potencjalnych, a tu wszędzie rozpełzł się NIE MÓJ typ. Wyłaniające się zza ciasnych ściągaczy karki, następnie łyse czaszki, o spłaszczonym kształcie. Jakby ich matki nie wiedziały, że dziecko trzeba odwracać z boku na bok, by uniknąć robienia z głowy naleśnika. I teraz łaziły ogromne pineski z ostrymi nosami, spłaszczonymi fałdami potylic, jak nity uczepione armatnich korpusów. Żaden z muskułów nie wykazywał też zainteresowania osobą ścianę podpierającą.

Zresztą i tak cały dzień na kasie był do kitu. Tuż przed końcem zmiany sekutnica z kolejki zaczęła obwąchiwać reklamówki. Miały być ekologiczne, a podły nos twierdził, że śmierdzą chemikaliem – To cuchnie herbicydem, kupą z plastiku, chemicznym gównem. – krzywiąc kinol, nierównym konturem permanentnie obwiedzionymi wargami podniosła fałszywy alt.

Do tego jak można sprzedawać reklamówkę?! To jest w sprzeczności z marketingu zasadami!

Wąchałam wczoraj siatkę z kerfura i śmierdziała sosem magi – odezwała się kasjerka Sylwia Parker grzecznie na usprawiedliwienie zaistniałej sytuacji.

Na to szajbuska – Jak najbardziej hydrolizat białkowy jest wskazany, zaraz rozpuści się w ziemi, a ten erzac zalegnie na trzysta lat oszuści i zdziercy! – alt przeszedł w skrzek.

Zamilkła zmęczona kasowaniem kasjerka, na odpór podobnej elokwencji nieprzygotowana. Udręczonym okiem rzuciwszy przelotnie na następnego pacjenta w ogonku, o dziwo znajdując w nim zrozumienie dla śmieciowej umowy własnej, oraz reklamówek do eko śmieci rzeczywiście nienależących.

Klient szybko w bok gałką uciekł od nieładnej Sylwii, lecz z silnym poczuciem sprawiedliwości do kąśliwej osoby z PMS się odezwał – Odczep się bankierko od klasy pracującej. Idź do delikatesów kupować pokrowce z ekościemy, a tutaj daj żyć ludziom. Zakończ popisy bywalczyni wernisaży golasów z bio selerem w tyłku, że to niby sztuka jest. A co ty tutaj w tym sklepu robisz jakżeś taka z zagranicy? Tu się hurtem kupuje brzydkie produkty w opakowaniach bardziej jadalnych od ich zawartości. Więc dość konwersacji pseudo finansistki, która sama pewnie coś upłynnia, jakiś korporacyjny kit, a tu się popisuje, że niby z kiszonej kapusty organik by bezmarkową siatkę chciała na tej rosochatej powierzchni handlowej najlepiej za darmo w promie dostać. Jak jesteś taką królową Kopcu truflu i machasz złotym klapku, to co tu robisz w tym mieście bez Boga, w tej Nowej Hutu sklepu?

Bezinteresowna mowa obronna z kolejki klienta wzruszyła Sylwię bardzo. I chociaż pozbawiona z mecenasem pro bono kontaktu wzrokowego, teraz na fecie rozpamiętywała napotkaną niesprawiedliwość i zaraz potem jego oratorskie remedium. Nieznajomy całkiem gratis bronił jej nieładną głowę przed ostrzałem mściwego sopranu.

Ależ przystojny – powiedziało jej się samo.

Tak, wręcz nie do zniesienia – odpowiedziało echo.

To jeszcze bardziej utwierdziło ją w postanowieniu, że po pracy na kasie rozwijać się będzie i prawdziwym intelektem ludzi zaskakiwać ciekawą rozmową z trudniejszymi słowami po angielsku, a szczególnie tymi z końcówkami polskimi albo węgierskimi, jak hejter czy Dalajlama. Czuła, że coś ją omija, jakaś intelektualna finezja, która niby na wyciągnięcie ręki jest, ale dla niej wciąż za daleko. Tym bardziej teraz podpierając ścianę party filantropii dobrowolnie barczystej i rozczarowanym wzrokiem błądząc po łysinach odbijających mdłe światło poczty polskiej, nadziei żadnej nie miała, że spotka tutaj swojego wybawcę z kolejki. Chłopaka o łagodnym zapewne spojrzeniu, którego pokochała prawie, chociaż bez wymiany jednego zdania z nieśmiałości wrodzonej i nabytej głupoty.

Dla kogoś być może spilśnione loki, waga jak przy niedożywieniu, oraz brak widocznej muskulatury to uosobienie osrajdupy witarianina, może nawet ćpuna, ale dla niej już od dawna niepożądający kurczaka przemysłowego na wagę był kimś do anielskiej transcendencji wręcz stworzony. A tu kicali jedynie pochłaniacze piersi i odżywek białkowych w kierunku wzrostu masy mięśniowej. Po to się tutaj wszyscy zebrali. Kątem oka zlokalizowała Ingę łaszącą się do wielkiej łapy opartej na pulchnym w tłuszcz ramieniu zdobionym gotyckim tribalem.

To wszystko kicz – Sylwia gapiła się w inną dal z cudownym dredziarzem, który może nawet potrafił energią słoneczną się żywić.

Z nieistotnych powodów ktoś podszedł znienacka i zakłócił medytacje o fruktozie. Niejaki Kuba Gajner, syn dalszej sąsiadki zaczął rozmowę. Znała go kiedyś bliżej i od zawsze chciała natychmiast spławić, tak wtedy jak i teraz.

Nie mogę tu rozmawiać, bo sorry nie mogę się spotkać. Akurat wuj kuzynki szwagra najlepszego przyjaciela agenta ubezpieczeniowego, współlokator złotej rybki irydolog w ZOO zmarł. Może następnym razem?

Chociaż teraz nie przeszkadzał jej tak bardzo buraczany pysk z włosami zebranymi na czubku głowy w jakąś dziwnie po chojracku wywiniętą sterczynę, że właśnie jak burak cukrowy wyglądał. Jakby warzywnych wtrąceń było mało, luźna bluza dżinsowa wykończona przy szyi zamkiem błyskawicznym okazała się spodniami, które w charakterze góry założył. Jedno słowo. Świr.

– Co się stało, dlaczego w dal patrzysz? Smutna jesteś? – usłyszała darcie styropianu po szybie.
– To coś osobistego.

– Mnie możesz powiedzieć.
– Dobra. Sam chciałeś. Wszyscy to kurwy – mściwie spojrzała na człowieka w gaciach na szyi.

Potem, nawet nie wie dlaczego, wzięła między dwa zgięte palce, wskazujący i środkowy jego nos, tak odpychający i ściskając go prawoskrętnie, wysyczała – zrób coś z tym.

Sylwia szukała już tylko kojącej ewakuacji. Miała przeświadczenie, że chociaż swoim popularnym kmiotki wyglądem jest w ten dobroczynny pejzaż brakiem światowej klasy dość dobrze wtopiona, to jednak szósty zmysł podpowiadał, że życie może być bardziej kulturalne, o wiele bardziej. Chciała biegać po łące z dredów właścicielem, rozmawiać o transcendencji i co najważniejsze zaprzestać pracy w Biedrze na kasie.

Rozdział 4

Market Wielkopowierzchniowy

Nie było żadną tajemnicą, że personalni w dużym sklepie stosowali specjalne sito do selekcji kandydatów na kasowych. Jak centymetr Mary Poppins przesiewało tylko bardzo średnich. Przez oka przelatywali zarówno grubi, jak i chudzi, byleby tylko spełniali kryterium nieładności.

Wprowadzono politykę zaczarowanego sita, żeby osoby siedzące na kasie nie były w żadnym wypadku ładniejsze od oferty. Nie było to zbyt proste, gdyż oferta była wyjątkowo brzydka. Opakowania produktów nie odstawały, jakby też kupione tutaj.

W takich okolicznościach sklep wystawiał świadectwo małej urodzie kasjera i jego braku powabu. Podobnie jak zatrudnieni w sieci z szybkim jedzeniem nie mogli być ładniejsi od hamburgera, a nawet od zmiętej frytki.

Społeczność kasjerów oznakowano niewidzialnymi kotylionami, co dawało marketom pewność, że żaden flirt pomiędzy płacącym a kasjerem nie zakłóci przepustowości stanowiska kasowego. To się nigdy nie zdarzy. Bez niepotrzebnego zwiększania entropii prawie wszyscy klienci starali się jak najszybciej, w tym eliminując kontakt wzrokowy, mieć już za sobą kasowe przewężenie.

Trzeba powiedzieć, że szybka akceptacja sitem Sylwii nieprzyjemnie ją dotknęła. Jeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Mieć pracę, a jednak zostać odrzuconym przez sito brzydoty byłoby ideałem. Lecz Sylwia przeleciała przez cedzak bezdotykowo jako jedna z pierwszych. Dlatego szczególnie w jej przypadku zapoznać kogoś siedząc przy kasie graniczyło z cudem. Szkoda. Sylwia Parker najbardziej pragnęła miłości.

Rozdział 5

Strit art w NH

Wynajmowały z Ingą dwa pokoje z kuchnią niedaleko marketu i to był jedyny plus głupiej pracy. Nigdy wcześniej nie żyła życiem z bloku i dlatego nie pisała rapu, a może chciała. Mogłaby ten spodziewany ból, który prawdopodobnie w niej siedział wyrzucić, krzyknąć im wszystkim w pysk rymem przewidywanej udręki. Przypuszczalnie nosiła to w sobie, jak Eminem. Ona ze wsi, a on biały.

Inaczej rzecz się miała z jej przyjaciółką bogatą w tkankę tłuszczową i nie tylko, Ingą z charakterem buntowniczki od dziecka. Która przez większość wypasionego życia musiała się szwendać po snobistycznym uchu świętej Bronisławy, dzielnicy starożytnego Krakowa, jednak tęskniła do prawdziwej bohemy z bloku. Soli ziemi czarnej, życia przez duże C i dlatego Nowej Huty zapragnęła doświadczyć pod blokiem. Tam się zresztą poznały, na wernisażu sztuki ulicznej.

Dzieła sztuki eksponowane na bloku pomimo niekorzystnych zmian pogodowych dających niezamierzone impulsy do gofrowania dzieł oraz ich łopotania były interesujące. Na obdrapanych elewacjach wystawiano rodzajowe sceny z tutejszego życia.

Inga Tłist w niebieskiej bluzie z kapturem nonszalancko paliła papierosa, opierając się plecami i podgiętą podeszwą prawego konwersa o drzwi do zsypu z poczuciem rozpierającego ją istnienia. Niski poziom żelaza objawiał się lekkim swędzeniem goleni, ale nawet się nie podrapała.

– Trzeba by tutaj dla przypakowanej młodzieży, dla karków atletów założyć punkt handlowy z dla nich odżywkami. Porzucić kopiecki (od Kopca) szpan z podrabianymi hipsterami.

Jakaś prawda wisiała w tym postkomunistycznym niewypale i ludzie byli inni, a z pewnością detalicznym realizmem dotknięci. O tym często myślała niespełniona dziewczyna z zamożnej rodziny, jak życia będzie kosztować w nowej rzeczywistości dokumentnie zmyślonej.

Nieładna Sylwia w przerwie podziwiania dzieł sztuki współczesnej na elewacji z wielkiej płyty wybrała to samo schronienie na fajkę, i tak się zapoznały. Ukryte przed ochotniczymi dzielnicowymi trójkami tropiącymi ulicznych palaczy, za śmietnikiem z grafitti „Tu byłem – Tony Halik” znalazły bezpieczny kąt na kontemplacyjnego sztacha.

W zaciszu zsypu i złomowiska urodziło się kobiece braterstwo ze zrozumieniem, co dla wielu znaczyło epitet sprzeczny. Osobliwą i do końca niejasną fuzją, grubej z chudą, miastowej z wiochą, inaczej ładnej z jednoznacznie brzydką, bez uzasadnienia wylewnej przychylności do siebie, choć tak wiele je różniło.

Grubsza chodziła do szkół prywatnych maklerskich, z pięciocyfrowym czesnym w języku angielskim Master of Business Administration skończyła. Brzydka owszem bez rewelacji dwoma językami władała, w tym narzeczem polskim i dialektem ciała. Wieśniaczka przybyła do nowohuckiej przestrzeni oczarowana światłocieniem neonu z kurczakiem i szansą rozwoju realnie dostrzeżoną w miejskiej ofercie.

Dla odmiany znudzona dobrobytem plutokratka tęsknotą hipstera niby autentyczna siedziałaby w złej dzielnicy, do której wystarczyło od czasu do czasu z dreszczykiem emocji udać się na imprezę modnego artysty z loftem, czy na wernisaż współczesnej sztuki wieszanej na bloku. Mogłaby prowadzić punkt z kultowymi ciuchami specjalnie na peryferyjnych śmietnikach otwierany, raz tu raz tam, byle w smutnej dzielnicy, taki zabieg formalny. Czy sklep z rowerami bez hamulców i przerzutek, zamiast wyszynku dla kulturystów. I co najbardziej dziwaczne, nie zamieszkać w brązowym mieszkaniu z chudą Sylwią na osiedlu Szklana Pułapka bez indeksu z liczby. Bo po co?

Powody jednak były logiczne, żeby sklep dla kulturystów prowadzić w peryferyjnej dzielnicy, gdzie jest pakerów najwięcej. Pakerstwo przez większą część roku przybierało na wadze, gromadziło masę, w tym mięśnie z tłuszczem jak leci. Następnie przed wybiegiem na plaże Przylasku, robiono rzeźbę. Teraz na gwałt wytapiano aerobami i innymi wynalazkami tłustą tkankę zasłaniającą muskuły.

Stąd Ingę, nie jak grubą tutaj traktowano, tylko laskę na masie świadomie masę robiącą i więcej, jak mus to mus, ważącą. Po raz pierwszy od krnąbrnej i krągłej dziewczynki czuła się w swoim ciele lepiej, gdyż na masie właśnie przebywała, a nie bez potrzeby grubą była.

Jej nieładna nowa znajoma nie miała aż tak wycyzelowanych powodów zakotwiczenia się w dzielni na peryferiach Krakowa. Czuła tylko, że czegoś w tym miejscu doświadczy, nieokreślonej inności. Mogłaby brać udział w sednie akcji, wślizgnąć się na pierwszy plan życia. Była niebogata, a na Mistrzejowicach roiło się od niezamożnych. Na każdym kroku się ich spotykało. Szastali hardością, nie jak w Bagniskach oraz Topieliskach nieśmiało klęczano w ostatnich ławkach. Tu z bryndzą obnoszono się zawadiacko, raperką i kapturem chroniącym odbijającą światło latarni glacę.
Tutaj dwie naturalne potrzeby człowieka niezamożnego, raz by ten fakt ukryć, dwa, by o nim zapomnieć nie były mile widziane. Brzydka z ryja Sylwia rozumiała to przesłanie jakby nie intelektem, ale wręcz atawistyczną intuicją wczuwała się w tematy egzystencjalne współczesnego niebogatego z miasta. Co sprawiło, że tak szybko porozumiały się z tłuścioszką Ingą. Na płaszczyźnie głębszej właśnie.

– Jestem Sylwia ze wsi, mogę zadrzeć obok? – odezwała się do dziewczyny na masie opartej o drzwi zsypu.
– Spoko, zadrzyj – odpowiedziała na wpół rozkojarzona i zaraz dodała.

– Ello, jestem Inga z Kopca – jakby to cokolwiek mogło uwypuklić wieśniaczce.

– Ale czad, szkoda, że ci tfurcy śmietnikowego art stritu nie zdają sobie sprawy, że normalni ludzie mają w dupie ich fascynacje i liczą tylko na to, żeby im ręce przy rzyci pousychały – Sylwia potwierdziła swoje pochodzenie z Topielisk oraz Bagnisk.

– Nie byłabym taka pewna, sztuka uliczna to nie tylko wielokolorowe graffiti na murach i pociągach, czy występy niezależnych performerów na dworcu metra. To także sztuka niejako użytkowa, która ubogaca nieco miejską dżunglę, rozwesela ją i sprawia, że mamy więcej dystansu.

Sylwię zatkało, nikt do niej nie zagadnął starocerkiewnym od czasów wykładu zaproszonego przez kierownika do wiejskiego liceum językotwórcy i dramaturga Pilcha Masłowskiego. Zrozumiała, że dzisiaj spotkała człowieka w słowo i wiedzę szczodrego. Że w Indze tkwi ratunek dla intelektu Sylwii rozwoju, do celów nakreślenia i znalezienia sensu życia w końcu.

– Twórcy trójwymiarowego Street Artu wykorzystują zasady perspektywy i iluzji optycznej … – brzydkie kaczątko urwało w połowie złożonego z pewnym wysiłkiem zdania, kątem oka, dostrzegając zagrożenie, nadciągającą trójkę dzielnicową.

Przytomnie wyrwawszy faję grubej Indze i razem z własną z sykiem gaszonych papierosów w jeziorku śliny na języku obie przełknęła. Celulozę z tytoniem perfumowanym bez jednego oka zmrużenia.

Chytrze węsząca trójka dzielnicowa składała się z dwojga spontanicznych rodziców wolontariatem zapisanych do ochotniczych hufców pracy na rzecz dzielnicy i jednego niezawisłego sędziego. Rodzice wybitnych uczniów liceum mięsnego, oraz przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości (podobno nie Pisowiec, niech mi tu kaktus wyrośnie) spinali trójcę dołującą palaczy ulicznych grubymi mandatami, szykanami słownymi, a nawet w najbardziej drastycznych przypadkach mogli wygnać dymiącego z miasta. Ma się rozumieć po ściągnięciu myta. Trójca była prawie pewna, że grubsza z paskudą zwołały ten wiecyk w celu palenia papierosów i wydmuchiwania substancji toksycznych otoczeniu w nos. Jednak dowodów nie znaleziono.

Przebiegłe dziwolągi pokrzyżowały plany zawczasu zacierającej łapy trójki dzielnicowej pewnej procentów od mandatu. Węszono jeszcze, czy w takim razie pokątne zapłodnienie in vitro nie miało miejsca, ale nie. W końcu poszli w pizdu, nieczęsto oglądając się za siebie.

Dziewczyny miały szczęście, że w pierwszym karmicznym wcieleniu Sylwii w kozę nabyła umiejętność wskakiwania na pochyłe drzewo, a zjadanie papieru wraz z tytoniem było wręcz łatwizną. Inga wciąż z obiekcjami wspólnego zamieszkania, po szczęśliwym połknięciu petów, teraz z sympatią już bez żadnych woltów nawinęła.

– Zamieszkajmy w Hucie razem, spoko będzie. Otworzę punkt z paszą dla kulturystów, ty gdzieś poszukasz zatrudnienia chociaż na tymczasem, chociaż w dyskoncie jest tam stały nabór, a potem coś się wymyśli.

Sylwia prostolinijnie rzuciła się na korpulentną szyję Ingi i wymieniły uściski.

Rozdział 6

Inga Tłist na masie

Wkrótce zgodnie z planem otworzył się na parterze nowohuckiego bloku nowy przybytek dla kulturystów. Przestronny, w stylu metalowej klatki, jak to lubią atleci. Wszystko pięknie póki świeżo zatrudniony sprzedawca zapluwając się i drżąc jak koń dwulatek na starcie nie zainicjował opowieści.

– Wiesz Inga, że tu, przed tym sklepem, na tym małym placyku spodziewam się ostrych ręko i kopytoczynów? Nie wiedziałaś? Cienka czerwona linia tu przebiega. Podział na kibiców Wisły i Cracovii właśnie leci tutaj na skraju Dywizjonu, gdzie masz lokalizację Inga biznesu. Ale się tutaj będą szaliki naparzać. Ale się kibole tu będą chłostać. Draka, demolka i mordobicie, może nawet ktoś jebnie w witrynę – rozkrochmalił się młody sklepikarz.

Rozmarzony wizją napierdalanki, radosnych zdarzeń przed drogimi przeszkleniami z trudem powracał do pracy, co na Kopcu doprowadziłoby Ingę do szału. Tutaj co innego, to nie przymus, lecz wybór. Sama chciała himalajskiej soli życia zamiast cukru pudru fałszywej egzystencji. Chyba zaadoptuje tego pojeba.

By głębiej wtopić się w nowohuckiego autochtona kupiła ogromną odzież sportową. Popularny, jak na przedmieściach Chicago rozmiar trzy X plus L udał się na siłownię bratać się w pocie. W szatni damskiej o dziwo nie była najgrubsza, chociaż na bank najbledsza. Oraz wyszło szydło z worka, że nie posiadała atrybutów podstawowych. Ani tatuażu, ani hybryd, ani przedłużanej grzywy. Oczywiste, że nie robiła też obowiązkowej solarki. Za to miło się do brązowych osób z długimi paznokciami uśmiechnęła. Konsternacja wynikła z nieznajomości niepisanych prawideł. Nieobytą się okazać to pestka, gorzej, gdy z premedytacją niegrzeczną. W szatni bowiem, podobnie jak na ulicach dzielni panował bezwzględny, całkiem intuicyjny zakaz uśmiechania się do nieznajomych.

Uśmiech do nieznajomego nie był mile widziany, nawet więcej, wzbudzał zmieszanie i coś na kształt zagrożenia u odbiorcy wycelowanego w niego uśmiechu. Tu się z uśmiechu nie żartowało. Uśmiech mógł zaświadczyć, że kpisz, że ironizujesz uśmiechem, że podważasz powagę chwili, że się może śmiejesz z kogoś, a nie w sensie ścisłym uśmiechasz. To nie było łatwe do rozróżnienia, więc tutejszym kodeksem nie uśmiechano się wcale. Jak nie znano, to się z automatu nie uśmiechano.

Rozdział 7

Nowohuckie tatoo

Świeżo wyedukowana prosto po fitnessie poszła się wydziarać. Szyld A4 z drukarki atramentowej ustawionej chyba na tryb oszczędny w oknie na parterze bloku obok, nie zachęcał do zrobienia tatuażu właśnie tam, lecz Inga miała plan. Na dolne plecy dobrze na aerobach wyglądający krzew różany, szczególnie gdy spodziewała się schudnięcia (nowa dieta wiecie). Na biceps gotyk tribala też ładny w fioletowym świetle, oraz na łopatce na sam koniec męki, małego motyla.

Na razie kościec pleców Ingi wciąż przykrywała siedmiocentymetrowa warstwa tłuszczu, o czym dowiedziała się wczoraj po pomiarze tłuszczomierzem w firmie homeopatycznej odchudzimy cię tłuszczem. Motyl mógł więc za bardzo utopić się w cieście. Jednak został zadysponowany.

Z pewną podejrzliwością, a nawet napięciem rozejrzała się wokół, spodziewając się chociaż w przybliżeniu jasnej formy gabinetopodobnej, czegoś na kształt lekarskiej izby z higieną i środkiem dezynfekującym. Jednak miejsce do dziarania było brzydkim brązowym pokojem w stylu Biga Lebowskiego w bloku, z telewizorem, paprotką, dywanem i wersalką na kształt współczesnej sofy, może nawet z narzutą znanej szwedzkiej firmy z tym, że też brązową.

Tatuażysta wdział sam z siebie obcisłe rękawiczki jednorazowe jakby chirurgiczne, dzięki czemu Inga wypuściła z ulgą wstrzymywane powietrze. Jednak luz nie trwał długo, gdy w krótkiej przerwie człowiek od dziary postanowił zapoznać Ingę z podopieczną tchórzofretką podobno mądrą jak owczarek alzacki, albo nawet mądrzejszą. Wyszedł dotykając klamki rękawiczką septyczną i wrócił z naręczem tchórzofretki również w tych samych na wpół białych rękawiczkach ortopedycznych. Inga wewnętrznie załkała.

Czy mógłbyś zmienić rękawiczki, te są jakby już tchórzofretką skażone? – z delikatnością wyszeptała.
Yyy, jasne, tylko nie mam drugich – rezolutnie odpowiedział tatuażysta głaszcząc przy tym psa pointera wesoło nadbiegniętego do pokoju – może zleję te jodyną, będzie dobrze?

Kiwnęła głową z rezygnacją, nie chcąc drążyć tematu, gdyż sytuacja swoją dezynwolturą z powstawaniem tatuażu powiązana i tak była drakońsko stresująca. Trzeba negliżem epatować i kwilić potem z bólu, kiedy znieczulająca maść przeznaczona dla szczepionych noworodków po kwadransie działać przestała, a wkrótce człowiek się na nią całkowicie uodpornił.

Po czterech godzinach półprzytomna opuściła skromne domostwo tatuażysty, wlokąc się dotarła do swojego auta z napędem na cztery koła. Z rozpaczą spotęgowaną abstrakcyjnym bólem pleców i przedramienia doświadczyła kradzieży swojego starego parasola za pośrednictwem rozbitej szyby.

Rozmowa mogła wyglądać następująco:

– Asia, ja siebie kocham. Osz kurwa, ale leje. Chsesz Asia parasolek? Nie smokniesz. – Masz Asia parasolek.

Lecz w takich przypadkach wszystkie trójki dzielnicowe zapadały się pod ziemię. Za to w momencie wyskakiwały znikąd gdy tylko chciałaś spokojnie wypalić papierosa, zapłodnić się za pomocą probówki, albo nieprawidłowo choć na chwilę zaparkować.

Takie były realia tego miasta, że nic, dosłownie nic, co by się Asi mogło w najmniejszym stopniu przydać, nie można było zostawiać w samochodzie.

Rozdział 8

Pasowanie na ziomalę

Po pewnym czasie afirmacje neofitki Ingi dla człowieka z bloku, jak to zwykle bywa w nużących przypadkach, zmalały. Nabrała cynizmu w usta, zero wniebowzięcia kolejnym przejawem sztuki ulicznej, ekspresją tłuczonych szyb i modulowanych klaksonów, połamanych pomników, w tym przyrody i ujadania rottweilerów. Statystycznie na jednego blokera przypadało zero koma osiem rottweilera. Silni ludzie potrafili zdominować trudną rasę. Przesłanie akcji było jasne: w każdym małym mieszkaniu minimum jeden duży w typie mastifa pies.

Gdzieś tak po pół roku krzepnięcia, uwierzcie, że zastyganie w oschłości idzie tu naprawdę szybko, ciągle gruba, być może nawet jeszcze grubsza z powodu zatrzymania wody po zjedzeniu solodrążka, jechała przez miasto pakera.

Sunąc niespiesznie w kolorze kawy stonowanie ubrana, jak nie ona, w poszukiwaniu prawoskrętnej stacji benzynowej, w kierunku lewoskrętnych nawet nie patrząc, gdyż bez dociśnięcia do ściany skazać się na nawrotkę nawiedzonym nowohuckim rondkiem nie miała w zwyczaju. Szczęśliwie zjechała na swoją stację w znaczeniu, że były tam jej dane do faktury, a tu socjopatycznym brakiem ostrzeżenia nadziała się na rwakućma remont.

W tym czasie gablota przed nią zatarasowała jedyny wyjazd z cholernego bezbenzynia. Ze złomu ziom się wygramolił i powolnym rozhuśtanym krokiem z oddalonymi od tułowia łapami jakby pod każdą nosił niewidzialne arbuzy, polazł na ścianę do bankomatu chyba modlić się do bankierskiej skrzyni.

Tłist Inga jeszcze może do przedwczoraj siedziałaby wniebowzięta w subtelnym herbacianym stroju i łagodną empatią wodziła za tak nonkonformistyczną uzewnętrznioną przez jednostkę prezencją. Kozaka Zhuty, który miał w dupie zator uliczny.

Jednak dzisiaj zaszła dziwna w lasce modyfikacja, poczuła, że też jest u siebie i do maniany adaptowana mentalnie w tym mieście. Nacisnęła bez żadnej modulacji klakson i dodatkowo praworęcznym fakiem podbiła rwetes robiąc znamienną minę Michela Jacksona z krzywym pyskiem i przygryzioną wargą.

Fak.

Fak – kozak też jej odfaczył bez trzymanki, bo wgapiał się akurat w ścianę jak zahipnotyzowany.
W końcu bankierska machina wypluła drobną kasę, teraz z wolna wsiadł do zdechłej fury i odjechał niespiesznie z wystawionym ze zgona, tym razem leworęcznym fakiem.

Ruszył sznur gablot z tłuścioszką na czele i poczuła się nagle w swoim delikatnym khaki stroju i w jednym bucie większym o dwa numery od drugiego, gdyż taki, ale za to bez przymiarki kupiła, bardzo na miejscu i bardzo u siebie.

W sensie ścisłym Inga Tłist była już ziomalą.

(cdn)

Tutaj znajdziesz codziennie kolejny rozdział:)

owocek

(Visited 1 681 times, 1 visits today)
-
Blog pepsieliot.com nie jest jedną z tysięcy stron zawierających tylko wygodne dla siebie informacje. Przeciwnie, jest to miejsce, gdzie w oparciu o współczesną wiedzę i badania, oraz przemyślenia autorki rodzą się treści kontrowersyjne. Wręcz niekomfortowe dla tematu przewodniego witryny. Jednak, to nie hype strategia, to potrzeba.
Może rzuć też gałką na to:

Dobre suplementy znajdziesz w Wellness Sklep
Disclaimer:
Info tu wrzucane służy wyłącznie do celów edukacyjnych i informacyjnych, czasami tylko poglądowych, dlatego nigdy nie może zastąpić opinii pracownika służby zdrowia. Takie jest prawo i sie tego trzymajmy.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sklep
Dołącz do Strefy VIP
i bądź na bieżąco!

Zarejestruj sięZaloguj się
Reklama

Twoja Witamina D3 z K2 TiB do ssania, wchłania się już z receptorów podjęzykowych!

 

TOP

Dzień | Tydzień | Miesiąc | Ever
Kategorie

Archiwum